
19.11.2008 | Heviro
Hmm, a lubisz oglądać efektowne "boom" w kolejnym Terminatorze czy innym Rambo? Tak? No to pakuj się , EA i Pandemic zapraszają na orgię zniszczenia do malowniczej Wenezueli. Odpłacimy im się za te cholerne telenowele.
"Więc chodź rozpirzę twój świat..."
"Świat w płomieniach" -nie ma co, ale podtytuł dobrany jest idealnie i od razu sugeruje z czym w Mercs 2 będziemy mieli do czynienia. Autorzy oddają do dyspozycji gracza naprawdę spory, odpowiednio zróżnicowany wycinek Wenezueli. Czy miasta zostały dokładnie odwzorowane względem rzeczywistości? A kogo to obchodzi skoro mogę zniszczyć, wysadzić, zburzyć prawie każdą rzecz która znajduje się w grze (oprócz tytanowych krzeseł których potraktowanie z bazooki daje takie efekty jak pierdnięcie motyla w nasze ucho). Zaręczam, że gdy po raz pierwszy zobaczycie jak jakiś budynek zawala się w kłębach kurzu to momentalnie na twarzy od razu pojawi się błogi uśmieszek. Padenemic dobrze wiedziało, że to właśnie destrukcja otoczenia jest głównym gwoździem programu, więc dało w nasze łapki pokaźny arsenał broni, dzięki któremu będziemy mogli siać niesamowite zniszczenie i zostać dzieckiem Armagedonu. Wśród arsenału znajdziemy kilkanaście standardowych karabinków maszynowych, wszelakich rodzajów pistolety, obowiązkowy karabin snajperski oraz (i tu się dopiero zaczyna rzeź) bazooke. Z kolei ładunki wybuchowe i granaty potrafią zrobić lepszy Sajgon niż to co odwalają Amerykanie w Iraku. Trzy-cztery strzały z rakietnicy zmieniają uroczy domek w piękne gruzowisko. Dwóch gości jadących w jeepie uprzykrza ci życie? Jeden strzał z wyrzutni dostatecznie zamknie ich parszywe gęby, a ty będziesz mógł obserwować pięknie wybuchającą terenówkę. Trzeba przyznać, że wybuchy wyszły autorom bardzo dobrze i z nieukrywaną przyjemnością ogląda się oślepiający wybuch zbiorników z paliwem, czy wspomniane wcześniej eksplozje pojazdów. Wracając do narzędzi rozpusty, niby standardowy jak na gry akcji składzik z amunicją , ale potrafi wrzucić uśmiech na twarzyczkę. Wisienką na torcie są naloty powietrznie. Niby nie potrzebny szkopuł (prawie całą grę da się przejść bez nich), ale widząc jak baza przeciwnika zamienia się w mała Hiroszimę (o taaak, od pewnego momentu w grze dostajemy możliwość kupna własnej atomówki). Mamy też inne bombki które robiąc malownicze "boom" zaprowadziłyby porządek w niejednej zagrodzie z bydłem.
Wspominałem, że destrukcja w tej grze jest wspomagana przez niezłą fizykę i ragdoll'a ? Jeśli nie to robię to teraz.
O tym jak Solano Mathiasowi wilkiem
Jak zapewne zauważyliście recenzję zacząłem dość niecodziennie. Miałem ku temu powód gdyż gdybym zaczął normalnie to usnęlibyście szybciej niż przy transmisji obrad cyrku na wiejskiej ..., eee przepraszam, obrad sejmu. Przed rozpoczęciem właściwej gry możemy wybrać czyimi poczynaniami będziemy kierować (to na kogo padnie wybór nie ma żadnego wpływu na fabułę czy też rozgrywkę, ale fakt że taka możliwość istnieje trzeba skrzętnie odnotować). Do wyboru mamy maskotkę serii - wielkiego, otatuowanego, techno-wikinga Mathiasa, seksowną brytyjkę o azjatyckich korzeniach Jeniifer (dzięki bogu nie Lopez) i człowieka o czarnym kolorze skóry, potocznie zwanego murzynem - Jacobsa. Historia prosta jak lufa ruskiego czołgu, opowiada o zemście za niezapłacony rachunek i postrzał w cztery litery (takiej zniewagi żaden szanujący się najemnik nie przepuści bez wyrównania rachunków). Wypada więc spotkać się z niepokornym klientem i wytłumaczyć mu łopatologicznie ,że za wykonaną pracę trzeba zapłacić. Tym nie pokornym klientem jest niejaki Solano, który pragnie zostać wielkim złym dyktatorem Wenezueli (a potem pewnie podbić świat, trąci oryginalnością). Niestety dostanie się do jegomościa jest zadaniem trudniejszym niż wyjazd do Norwegii na zbiory truskawek. Dziad się nieźle zabunkrował gdzieś na terenie Wenezueli, a by go znaleźć będziemy musieli trochę popracować dla lokalnych frakcji, które z ogólnie panującego chaosu próbują ugrać coś dla siebie. Wśród chlebodawców znajdziemy PLEV- czyli partyzantkę walczącą o wolną Wenezuele, korporację UP pragnącą tylko zysków z eksploatacji tutejszych złóż ropy, będących wiecznie na haju piratów, także wszędobylskie, wciubiające swoje cztery litery wszędzie gdzie się da Narody Zjednoczone i na końcu armię wesołych skośnookich chińczyków. By wypełnić swoją vendettę będziesz musiał lawirować pomiędzy zleceniodawcami. Nie każdy każdego lubi i jak np. z polecenia ONZ, zabijesz chińskiego generała, to wiadome jest, że chińczycy nie będą pałać do ciebie miłością bliźnią i możesz się spodziewać, że za każdym razem gdy jakiś skośnooki szeregowy zobaczy twoją facjatę, to jego głównym celem życia będzie wpakowanie w ciebie całej zawartości swojego magazynka. I to byłoby ciekawe gdyby nie fakt, że w każdej chwili możesz przelać odpowiednią sumę zielonych, co magicznie sprawi, że pokrzywdzona przez ciebie frakcja zapomni o złych uczynkach jakie im wyrządziłeś. Tak naprawdę te 5 stron konfliktu to pic na wodę, fotomontaż bo i tak kończy się na tym, że wykonujesz zadania dla prawie każdej ze stron konfliktu, a to komu zrobisz dobrze a komu źle nie ma wpływu na fabułę a na rozgrywkę tylko po części (każda frakcja prowadzi sklepik osiedlowy, w którym możesz zrobić zakupy. Panuje w nich zasada: im bardziej Cię lubimy tym, więcej rzeczy możesz u nas kupić). Trzeba pamiętać tylko jedno: złymi są zawsze żołnierze Armii Wenezueli, wiecznie wierni El Dyktatoro Solano. Rakieta im w d... . A nawet dwie jak mało!
Mamo, zabierz mnie z tej piaskownicy bo się nudzę!
Niestety developer doszedł do wniosku: "Dobra zrobiliśmy otwarty, spory, podatny na zniszczenia świat. Mamy pięć ugrupowań, nic nam więcej do szczęścia nie potrzeba". I tu także ekipa z Pandemic Studio strzeliła sobie prosto w stopę. To co stworzyli jest wspaniałym fundamentem (trochę brzydkim, ale o tym później) aby stworzyć świetną grę akcji/klona GTA, opartego na słodkiej wyrzynce. Jednak autorom najnormalniej w świecie zabrakło zdolności (na pewno nie czasu, gra miała wielokrotnie przekładaną premierę) lub pomysłów, bo pierwsze misje są naprawdę fajne i ciekawe. Dostarczenie pikapem broni, gdzie za każdy zgubiony karabin czy skrzynię z amunicją zleceniodawca potrąca nam z premii czy przejazd różowym motorkiem w rytm tandetnej pioseneczki pokazują, że gdyby autorzy przy tworzeniu większości misji przysiedli i pomyśleli głębiej to gra potrafiłaby wciągnąć na naprawdę długo. Nikt nie powiedział, że stworzenie gry z otwartym i interesującym światem jest zadaniem prostym, szybkim i przyjemnym. Mercenaries 2 już po dwóch-trzech godzinach atakuje nas schematami i sztucznie podkręcanym poziomem trudności. Wkurzycie się gdy zdobywając jakąś bazę przeciwnika będziecie atakowani przez ciągle respawnujących się gości z rakietnicami w budynku przypominającym kurnik. Uwierzcie mi na słowo, że po jakimś czasie grania wasze oczy automatycznie będą wyszukiwały tego budynku by go zniszczyć w pierwszej kolejności. W dalszej części gry autorzy utrudnią nam zadanie ustawiając kilka takich budynków w jednej lokacji. Wtedy na ekranie robi się aż czarno od rakiet, a my miotamy przekleństwa szybciej niż kałach zdąża wypluwać
naboje. "Kurniki" są największymi "napsuwaczami" krwi w grze. Reszta może im co najwyżej buty pucować. Co z tego, że zawsze atakuje nas wataha wrogo nastawionych postaci skoro ich wspólne IQ wynosi 1 nie stanowiąc w ten sposób dla gracza żadnego wyzwania. Do tego brak instynktu samozachowawczego, którego nie znajdziemy nawet w śladowych ilościach gdyż jedyne co potrafią robić to strzelać przed siebie i biegać bez ładu i składu (wygląda to mniej więcej tak, jak gra naszych piłkarzy w większości meczy). Czołgi? Phi, też mi problem. Rozwalam gościa obsługującego karabinek maszynowy, po czym w rytmie QTE wbiegając po lufie wyciągam za schaby pana czołgistę i pożyczam na chwilę metalową bestię. Podobnie ma się sytuacja z helikopterami, transporterami itp. Czy "wciskane" sekwencje są trudne? Zdecydowanie nie. Sekwencji QTE jest tylko garstka i po ich zapamiętaniu nie będziesz miał problemu z pożyczeniem czegokolwiek, a po jeszcze dłuższym czasie będziesz miał tego mashowania (dosyć krótkiego należy dodać) serdecznie dosyć. Słaby i nudny gameplay ratuje tryb kooperacji przez sieć. Naprawdę miło robi się zadymę z kumplem po drugiej stronie kabla.
Mathias , kto ci tak obił ryja?
Gameplay bez charakteru. Może być coś gorszego? No nie może, bo to on w głównej mierze odpowiada za przykucie gracza do telewizora i wciągnięcie w świat gry na kilka godzin. Sprawą prawie tak samo ważną jest grafika, która ma cieszyć oko gracza. I na tym polu "Najemnicy 2" też nie mają czym się popisać. Dzieło Pandemic wygląda, hmmm, no cóż... strasznie nierówno. Masa kontrastów - z jednej strony średniej jakości tekstury, brzydko wyglądająca woda i postacie którym poskąpiono poligonów, a z drugiej piękne eksplozje i ogień, uginające się drzewa i krzewy oraz niektóre mogące się podobać widoki. Należy też mieć na uwadze, że mamy tutaj do czynienia z otwartym światem, w którym możemy niszczyć wszystko co się nawinie pod rękę (oprócz tytanowych krzeseł: ), dając po części usprawiedliwienie poziomu graficznego produkcji. Niemniej żadnej rewelacji na pewno tutaj nie ma i na początku wygląd gry potrafi skutecznie zniechęcić do grania. Bardziej od średniej grafiki, bolą liczne bugi i niedociągnięcia. Nasza postać potrafi zaklinować się w krzakach, a przechodnie dostają myśli samobójczych i rzucają się czasami pod koła naszego auta. Zresztą pojazdy, nie dość, że delikatne jak porcelana (kilka razy oberwie i już trzeba uciekać, bo zaraz wybuchnie) to te cywilne prowadzi się, jakby jeździło się po lodzie (czołgi czy transportery prowadzi się już sporo lepiej). Czasami dają o sobie znać niedopracowane algorytmy zniszczeń (a to na naszej drodze pojawi się niezniszczalny budynek, a to rakieta przeleci przez cel jak przez powietrze itd.). Szkoda, że beta testerzy nie przyłożyli się do pracy, trochę szlifów i gra zgarnęła by ocenę o pół czy nawet oczko wyższą.
Kontrakt wykonany?
Na pewno "Świat w ogniu" nie jest grą tragiczną i bez problemu sprawdzi się jako krótki relaksator po ciężkim dniu w pracy, szkole czy na uczelni. Można pograć, mimo, że autorzy nie popisali się, tworząc nudny i wtórny gameplay, okraszając go licznymi większymi i mniejszymi błędami i wpadkami. Sytuację ratuje możliwość rozwalenia wszystkiego co widzi się na ekranie (oprócz tytanowych krzeseł) oraz co-op, bo jak wiadomo demolka najlepiej smakuje, gdy robi się ją razem kumplem. Gra nie jest warta pełnej ceny, ale jeżeli macie kumpla posiadającego Merców, to śmiało możecie pożyczyć. Czy miałeś kiedyś Graczu możliwość własnoręcznego odpalenia atomówki? No właśnie...