Akcja nowej gry od NAMCO rozpoczyna się w Afryce, gdzie w wcielamy się w pilotów elitarnej jednostki Task Force 108 wchodzącej w skład NATO. Aby logicznie wyjaśnić obecność żołnierzy aliantów na tej części globu trzeba wprowadzić wroga, partyzantów, którzy jak się później okazuje, kolaborują z Rosjanami i są w posiadaniu broni niespotykanej dotąd, broni mogącej dokonać bardzo wielu zniszczeń. Przekonacie się o tym już podczas początkowych misji, a jeśli graliście w demo dostępne na PSS to już wiecie z czym w pełnej grze mamy do czynienia. Pierwsze misje są dokładną kopią tego, co uświadczyliśmy w demonstracyjnej wersji gry.
Co do obecności tego śmiercionośnego arsenału i interwencji „sił pokojowych” nie mamy wątpliwości, jednak te pojawiają się w chwili gdy przechodząc grę w trybie dla jednego gracza (a zajmie nam to około 8 godzin) zorientujemy się, że Trinity, ta śmiercionośna broń partyzantów, daje nam się we znaki w zasadzie tylko na przerywnikach filmowych. Patent zupełnie nie jest wykorzystywany w rozgrywce, a mogło być naprawdę ciekawie.
Brakuje takich gier na konsole,
Assault Horizon stara się wpasować w fason rozgrywki zaproponowany przez Ubisoft i ich H.A.W.X. Najnowsza część podniebnych pojedynków od NAMCO nie jest może powrotem do korzeni, czy też nawiązaniem do ostatnich odsłon serii, tych które coraz bardziej wchodziły w sferę Sci-Fi, ale jest to gra pełna wielu nowości, które mi przypadły do gustu.
Co nowego?
Przede wszystkim gra posiada jakąś fabułę, o której mogliście przeczytać na wstępnie recenzji. Oględnie rzecz ujmując to już jest coś, bo w poprzednich odsłonach serii jakoś ten aspekt nie był najmocniejszą stroną gry. Warto także zauważyć, że w
Assault Horizon mamy aż trójkę bohaterów, każdy z nich jest pilotem, lecz innego typu maszyn latających. Dzięki temu bez problemu będziemy mogli toczyć podniebne boje zasiadając za sterami F-16 czy MIGa-29, tworzyć zapory ogniowe i być w pogotowiu strzelając z działek pokładowych, latający wysoko ponad polem bitwy w C-130 Gunship. Wreszcie też, po raz pierwszy, seria oferuje możliwość wcielenia się w rolę strzelca i pilota śmigłowca bojowego lub wielozadaniowego. Jest to zupełna nowość, która zasługuje na poświęcenie jej kilku zdań.
Śmigłowcem, w moim odczuciu, lata się zdecydowanie łatwiej niż samolotem (przy założeniu, że i tu i tam mamy asysty lotu wyłączone). Jeden klawisz odpowiada za wznoszenie, inny za zniżanie lotu, prawy analog służy do obrotu wokół własnej osi, lewy z kolei do lotu w przód lub w tył. Osobny przycisk na karabin maszynowy, zmianę broni i strzał rakietami. Wydaje się, że jest tego dużo, ale to tylko pozory. Już w pierwszej misji nauczycie się tego wszystkiego i dalej będziecie tylko czerpali przyjemność z rozgrywki.
Jeśli mowa o nowościach w serii to nie można pominąć faktu, że po raz pierwszy akcja gry rozgrywa się w realnych miejscach na Ziemi, a nie w jakiś wyimaginowanych światach czy państwach. Fakt, przez większość rozgrywki walka będzie miała miejsce w Afryce lecz zwiedzimy także m. in. Miami czy Moskwę.
Jak widzicie tych nowości już trochę jest, a to jeszcze nie koniec. Wszak
Ace Combat: Assault Horizon wnosi do serii coś, co zwie się
Close-Range Assault (w skrócie CRA). CRA to nowy system walki w zwarciu, taki odpowiednik CQC, ale w powietrzu. Dzięki temu pozwala on graczom skupić się jedynie na walce w przestworzach i zapomnieć o pilotowaniu samolotu. Jednak nie jest on dostępny zawsze. Opcja korzystania z tego typu udogodnienia pojawia się dopiero wówczas, gdy naprawdę znajdujemy się w bliskiej odległości od naszego przeciwnika. Użycie CRA jest opcjonalne, co oznacza, że tylko gracz zdecyduje o tym, czy woli wykańczać przeciwników tradycyjnie, czy korzystać z udoskonaleń serii. System załącza się po wciśnięciu L1 + R1 (w odpowiedniej chwili), wówczas z olbrzymim zoomem siadamy na ogonie wrogiej maszyny. W tych momentach akcja gry robi się bardziej widowiskowa, a wykończenie przeciwnika okraszone jest mini cut-sceną, w której widzimy, jak jego maszyn rozpada się na części.
CRA możemy też wykorzystać w sytuacjach, gdy ktoś nam siedzi na ogonie. Wówczas spoglądamy na wskaźniki (czerwony i zielony), gdy zielony przewyższy ten czerwony możemy wykonać zwrot (wciskając klawisze L1+R1) i to my stajemy przeciwnikowi ością w gardle.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o nowości w serii. Ale za to jakie są to zmiany wobec tego, co było dawniej!
Hangar i uzbrojenie
Zapewne zastanawia was czym się lata w nowym Ace Combat. Nie tylko te maszyny, które wymieniłem wchodzą w rachubę. Samolotów i śmigłowców jest znacznie więcej. F-117A Nighthawk, F-22A Raptor, Su-34 Fullback, Su-35 Flanker-E, F-35B Lightning, AH-64D Apache, MH-60 Blackhawk, Mi-24 Hind, to dodatkowa paczka samolotów ale spodziewajcie się też wielu innych maszyn. Fani symulacji oraz ci gracze, którzy lubią pastwić się nad osiągami maszyn za wiele tutaj nie znajdą.
Ace Combat: Assault Horizon, jak na arkadową grę lotniczą przystało, upraszcza statystyki do pięciu pozycji: prędkość, zwrotność, siła rażenia, stabilność w locie i opancerzenie. Przed każdą z misji mamy do wyboru, jaką maszyną chcemy latać, a czasem możemy ich wybrać kilka, gdyż misje niekiedy są łączone i w trakcie jej trwania operujemy wieloma samolotami.
Podobnie jest z wyborem arsenału. Tutaj również mamy wpływ na to, w co nasza maszyna zostanie uzbrojona. Również rakiety mają współczynniki i wskaźniki. Tak więc od tego jak się uposażymy, taki będzie przebieg pojedynku.
Co najważniejsze w takich grach, samoloty są odwzorowane z doskonałą precyzją. Każdy element widać idealnie. Nie brakuje szczegółów charakterystycznych chociażby dla F-16 w wersji jednoosobowej oraz tej dwuosobowej. Fani będą zachwyceni.
Zbieramy ekipę i heja, czyli jako to jest się bić z kolegami
W dzisiejszych czasach gry bez multiplayera to w zasadzie gry bez przyszłości. Szczególnie nie mogło go zabraknąć w powietrznym Call of Duty. Jest, jest.
Ace Combat: Assault Hirizon posiada tryb rozgrywki wieloosobowej.
Znajdziemy w nim takie tryby, jak popularne w wielu grach Deatmatch czy Domination, w których chodzi o budowanie przewagi w powietrzu albo grając w drużynie lub w pojedynkę starając się przejąć wrogie bazy i utrzymać je do upłynięcia czasu rozgrywki. A ten może być ustawiony różnorako. Zwykle jest to od 10 do 30 minut na mecz.
Capital Contest, tryb podobny do Domination, jednak różnica polega na tym, że należy wrogą bazę zniszczyć, a nie utrzymać. Maksymalnie w obu trybach w powietrzu może znajdować się 16 samolotów.
Jest też co-op, dla tych, którzy lubią polatać sobie we dwoje i więcej oraz niszczyć przeciwników. Takich misji wspierających ten tryb jest tylko osiem i są one stricte wyjęte z głównego scenariusza gry, więc po przejściu kampanii nie powinny one stanowić dla was większego problemu. Co-op jest dla 3 graczy.
Gra oferuje także możliwość swobodnego latania, i poznawanie otoczenia. Tutaj też są przeciwnicy i też walczymy jednak jest nieco łatwiej i przyjemniej. Czuć to rozluźnienie i brak spięcia czy mi się uda czy nie. Głównie za sprawą tego, że sami tutaj dokonujemy wyboru samolotu (ze wszystkich jakie odblokowaliśmy przechodząc kampanię), sami dokonujemy wyboru maski pojazdu, może być nawet cały różowy – według własnego mniemania. Mamy także wpływ na kolor dymu z wystrzelonej rakiety. Ot takie małe urozmaicenie rozgrywki.
Graficznie trzyma poziom, chociaż bez rewelacji
Cztery lata czekania i otrzymujemy produkt, który graficznie w niczym nie odbiega od innych podobnych mu gier. Oczywiście można przyczepić się do podłoża, że jest płaskie i brakuje mu detali, ale spójrzmy prawdzie w oczy – kto tocząc powietrzne pojedynki zajmuje sobie głowę jak z bliska wygląda stodoła, nad którą właśnie przeleciał.
Ta choroba, dotknęła serię jeszcze w czasach PSX i przez te lata niewiele się zmieniło. Owszem mała poprawa jest, zwłaszcza w miastach idzie to zauważyć, ale na peryferiach już jest gorzej. Niemniej gra nadrabia jakością samolotów, które jak zwykle zresztą, zawsze w serii Ace Combat oddane są z najwyższą możliwą dokładnością.
Podsumowanie
Zapowiadany reboot serii nie nastąpił. Może kolejna część będzie właśnie tym, czym miało być
Ace Combat: Assault Horizon. Niemniej gra się w nią całkiem przyjemnie, zwłaszcza gdy jest spory obszar do manewrowania w tych gatunkach gier na konsole. W zasadzie to jest ich tak mało, że fan symulatorów czy gier, które imitują, że takim symulatorami są, powinien sięgać po każdą pozycję.
Czy na Assault Horizon wydać pieniądze? Odpowiedź jest jednoznaczna – ta gra jest dobra, nie rewelacyjna ale fani gatunku będą zadowoleni.