Po God of War i Team Ico Collection przyszedł czas na ruch ze strony Namco Bandai. Tekken Hybrid – w swej rdzennej części – zawiera Tekken Tag Tournament z poczciwej czarnulki w wersji HD, ale nie tylko. To nietypowa hybryda składająca się z gry sprzed przeszło 12 lat, dema jej nadchodzącej wielkimi krokami kontynuacji, a także (a może przede wszystkim) film zrealizowany w technice CGI osadzony w uniwersum perypetii rodziny Mishima . Czy warto sięgnąć po ten dość niecodzienny mix?
SENTYMENTALNY FLASHBACK W HD
Do Tag Tournamenta żywię szczególne pokłady nostalgii. Była to moja pierwsza gra na PS2 i jedna z ulubionych bijatyk przez wiele, wiele lat. Kapitalny balans postaci, świeży jak na tamte czasy mechanizm pojedynków 4 vs 4, niesamowita oprawa graficzna i idealnie współgrająca z nią ścieżka dźwiękowa w Roku Pańskim 2001 robiły na mnie, jak i na wielu fanach Turnieju Żelaznej Pięści kolosalne wrażenie. Dość powiedzieć, że po dziś dzień spora część graczy uważa TTT za najlepiej wyważoną część w historii serii. Tym bardziej ucieszyłem się na wieść o tym, że Namco szykuje jej reedycję z podciągniętą oprawą graficzną.
I tutaj pojawił się pierwszy, solidny zgrzyt. Wspomnienia mają to do siebie, że wielokrotnie idealizujemy w nich to, co niegdyś wydarzyło się w przeszłości. Podobnie jest z melancholijnymi wizjami gier, które przyszło nam grać za młodu. Spróbujcie odpalić pierwszego Crash Bandicoot i zobaczcie swoją minę w lustrze. Prawda, że gra wygląda dużo gorzej niż to, co zarejestrowała Wasza pamięć o niej? Podobnie jest z Tekken Tag Tournament HD. Jedenaście lat temu ten Tag’owy spin-off serii robił spore wrażenie, gdyż nie było żadnej bijatyki, która w kwestiach wizualnych mogła stawać z nim w szranki. Obecnie – mimo grafiki w wysokiej rozdzielczości– tytuł ten prezentuje się wręcz mizernie.
Tak, mam żal do Namco Bandai, że poszli na łatwiznę i zamiast przyszykować solidną reedycję tej kultowej gry ograniczyli się tylko do podbicia rozdziałki i zapewnienia nieco lepszej płynności animacji. Już nie raz konkurencyjne studia developerskie udowodniały, że można zrobić remake klasycznego tytułu w taki sposób, by nowi, nieco młodsi gracze nie krzywili się patrząc na jego oprawę graficzną. Japończycy najwidoczniej potraktowali Tag Tournament jako sympatyczny bonus do ich najnowszego filmu, a szkoda, bo tytuł ten zasługuje na zdecydowanie więcej niż rolę swoistego dodatku z cyklu „kup Pan film, stara gra w HD gratis”.
Niemniej każdy szanujący się fan fighting games doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że o prawdziwej wartości bijatyki stanowi złożoność dostępnych weń kombinacji ciosów i odpowiedni balans postaci. Tutaj nic się nie zmieniło. Dalej mamy do czynienia z cholernie grywalnym tytułem, który idealnie wręcz nadaje się na kanapowe zmagania z siedzącym obok kumplem. Można by rzec, że system walki Tekkena jest na tyle uniwersalny i przystępny zarazem, że sporo jeszcze wody w Wiśle upłynie zanim zacznie trącić myszką. Brakuje mu głębi znanej chociażby z konkurencyjnej serii Virtua Fighter, ale jednocześnie jest na tyle złożony by zostawić spore pole do popisu graczom, którzy obudzeni o 3 w nocy potrafią zacytować juggle i rewersale Paula z pamięci.
Sporym mankamentem TTT HD jest całkowity brak multiplayera online. O ile w 2001 roku, kiedy to gra miała swój debiut na PS2 o takich opcjach można było jedynie pomarzyć, tak w 2011 roku jest to absolutny standard. Nawet reedycja kultowego Street Fightera III w HD zawierała opcję gry po sieci, także tym bardziej dziwi jej brak w Tag’owym Tekkenie. Panie Harada-san… naprawę? Nie dało się?
WERSJA DEMO ZWANA PROLOGIEM
Oprócz wyżej opisanej HD reedycji na płycie Blu-Ray w tym niecodziennym tripple-packu znaleźć można prolog drugiej części drużynowych zmagań, która obecnie świeci triumfy w japońskich salonach arcade. Przy czym od razu zaznaczam – słowo prolog jest tu użyte nieco na wyrost, gdyż skrawek Tag Tournament 2 zawarty w Tekken Hybrid to nic innego jak mocno okrojone demo. Do dyspozycji oddano nam zaledwie cztery postacie, a ich dobór – biorąc pod uwagę fabułę Blood Vengeance wydaje się oczywisty. Dwa diabły i dwie laski w krótkich spódniczkach czyli odpowiednio: Devil Jin, Devil Kazuya, Alisa Bosconovitch i Ling Xiaoyu. Więcej postaci Harada-san i spółka nie przewidzieli, a szkoda, bo przez taki skromny dobór zawodników „prolog” nudzi się zaskakująco szybko. Ciężko zatem ocenić złożoność systemu walki. Z nowości nadmienić należy opcję wykonywania tagowych rzutów czy przedłużeń tagowych combosów zwanych tutaj Tag Assoults.
Istotnym novum jakie znajdziemy w przyszłości w pełnej wersji drugiego Tekken Taga będzie wprowadzenie wielopoziomowych aren walki. Niestety w demie zawartym na płycie żadna z miejscówek nie oferuje możliwości np. wyrzucenia przeciwnika przez okno, by toczyć dalej zażarty pojedynek, gdzieś na ulicy, w odłamkach popękanego szkła. Szkoda, że autorzy ograniczyli się do doboru zaledwie czterech aren potyczek i to w dodatku takich, które nie dadzą nam możliwości wypróbowania tego podgapionego z serii Dead or Alive patentu.
Co do oprawy graficznej najnowszego Tekken Taga – mam dość mieszane uczucia. O ile miejscówki, w obrębie których wprowadzać będziemy skomplikowane juggle,revelsale i combosy prezentują się zacnie i okazale, tak design postaci nie powala. Osobiście drażni mnie wygląd Devil Jina i Kazuy, którzy w filmie prezentowali się fachowo, w grze natomiast ich przerośnięte skrzydła zasłaniają sporą część ekranu i wyglądają po prostu komicznie. Podobnie z projektem Alisy Bosconovitch – nie wiem jak Wam, ale mi art design tej postaci śmierdzi straszliwym wręcz kiczem i tandetą. Szkoda, bo kontrastuje to z resztą wojowników z tego uniwersum, którzy w lwiej części wykonani są naprawdę estetycznie.
Pod względem stricte technicznym nie mam jednak nowemu Tagowi niż do zarzucenia. Gra śmiga w ultra płynnych 60 klatkach na sekundę, jest pełna soczystych barw, a animacja ciosów prezentuje jeszcze lepszy poziom niż w Tekkenie 6. Można się co prawda przyczepić do delikatnego alliasingu, ale jak mniemam – do premiery gry ten graficzny szkopuł zostanie usunięty. Wtedy prawdopodobnie będziemy mieli do czynienia z najładniejszą bijatyką na rynku.
PATAOLOGIA KLANU MISHIMA W 3D
Od zawsze uważałem, że niektóre gatunki gier video zwyczajnie kiepsko nadają się na ich filmową adaptację. Tak też jest z bijatykami. Nie licząc całkiem niezłej pierwszej części Mortal Kombat, każda seria z odłamu fighting games, która próbowała swych sił na srebrnym ekranie kończyła w rynsztoku nieprzychylnych opinii filmowych recenzentów. Niestety Tekken Blood Vengeance nie jest wyjątkiem od tej przykrej reguły. Sami zresztą przyznacie – ze szczątkowej, częstokroć mocno infantylnej fabuły uniwersum Turnieju Żelaznej Pięści po prostu nie dało się zrobić chwytającego za serce obrazu o wojownikach torujących sobie drogę na sam szczyt w znoju i trudzie. Storyline jest na wskroś japoński i przy tym nie wolny od typowo mangowych scen z cyklu: „dwie nastoletnie laski jeżdżą na pandzie, z czego jedna z nich jest humanoidalnym cyborgiem z aplikacją rozterek moralnych na pokładzie”. Eh.
Krwawa Zemsta skupia się w dużej części na dość patologicznej, rodzinnej relacji klanu Mishima. Mamy tu więc niespecjalnie wytłumaczony wątek nienawiści między Heihatchim, Kazuy'ą i Jinem. Owych panów - poza bliskimi więzami krwi - łączy wspólna chęć posłania najbliższych członków rodziny do grobu. Milutko. Wątek główny historii koncentruje się na badaniach genetycznych i związanych z nimi odkryciem „genu nieśmiertelności”. Nic porywającego i łatwo się domyślić, kto będzie chciał pozyskać ów gen i w jakim celu.
Głównymi bohaterkami filmu są Ling Xiaoyu i dołączająca do niej później Alisa Bosconovitch. Trzeba przyznać, że to dość niecodzienny zabieg Namco – przynajmniej dla Europejczyka – bo w Japonii mangi i anime, w których obserwujemy emocjonalne dylematy nastoletnich dziewczynek są czymś na porządku dziennym. Tak, nie obyło się bez wątku romantycznego, a także próby odpowiedzi na pytanie czy umiejętność odczuwania emocji czyni z humanoidalnego robota człowieka. Doprawdy, Spielberg i Gepetto byli by dumni.
Pomijając jednak zwyczajnie głupią fabułę, można w Blood Vengeance znaleźć sporą dawkę efektownych, pełnych graficznego przepychu scen walki. Oczywiście nie może być tu mowy o poziomie animacji równającym się z dziełami Pixara lub Dreamworks, lecz nie zmienia to faktu, że CGI filmowego Tekkena stoi na naprawdę wysokim poziomie. Trudno się zresztą dziwić – za oprawę wizualną filmu odpowiada uznane studio Digital Frontier - ci sami goście, którzy stworzyli równie imponujący graficznie, ale płytki fabularnie Biohazard: Degeneration. Podobnie z Krwawą Zemstą. Nie porywa przedstawioną weń historią, ale nie przeszkadza mu to być dopieszczoną wizualnie, efektowną produkcją.
I z takim nastawieniem polecałbym podchodzić do tego filmu. To niezobowiązująca porcja rozrywki pełnej wybuchów i epickich scen walki, która nie będzie wymagała od Ciebie zawiłych operacji myślowych. Doskonale komponuje się z miską prażonej kukurydzy , najlepiej przed wypasioną plazmą 3D, bo i taki format obrazu jest dostępny. Jeden warunek – musisz być odporny na japońskie dziwactwa, tak różne od tego, do czego przyzwyczaił nas europejski krąg kulturowy, w którym przyszło nam się wychowywać.
PODSUMOWANIE
Tekken Hybrid to tytuł niełatwy do oceny. W rzeczywistości trzeba go podzielić na czynniki pierwsze, z których się składa i każdy z osobna poddać stosownej krytyce. Bez wątpienia jest to obowiązkowa pozycja dla fanów uniwersum Tekkena. Ci bez wahania polecieliby do sklepów, nawet gdyby Namco Bandai zdecydowało się wydać sam film, bez dodatków w postaci dema Taga dwójki i pełnej wersji TTT w HD. Pytanie tylko – co jeżeli jesteś osobą, która lubi bijatyki, ale jednocześnie nie zalicza się do uber-wyznawców kultu Turnieju Żelaznej Pięści? Cóż... jeżeli nie grałeś wcześniej w Tekken Tag Tournament to polecam sięgnąć po ten tytuł. Zestarzał się brzydko, ale to nadal kawał cholernie dobrze zbalansowanej i wciągającej bijatyki. Dodatkowo będziesz miał możliwość graficznego porównania jedynki z dwójką i pewną próbkę w jakim kierunku zmierza teraz seria. Na sam deser pozostaje imponujący graficznie film CGI, który obejrzysz raz i odłożysz na półkę. Czy warto? Ten osobliwy tripple-pack można dorwać już za 120 zł, co jest jak najbardziej uczciwą ceną za taki zestaw. Niestety, brak onlinie w jakiejkolwiek postaci sprawia też, że jego żywotność leci na łeb, na szyję, nie przystając do wymagań stawianym współczesnym fighting games. Niemniej to klasyka, którą każdy szanujący się fan bijatyk powinien przynajmniej kojarzyć.