Maciej krytycznie o grach i branży growej w 2014 roku

Rok 2014 był rokiem dziwnym, jeśli chodzi o gry. Było – trzeba przyznać – co włożyć do konsol, ale żadna produkcja nie była „masakratorem”, który zapada w pamięć na długo. A do tego sporo remasterów i zabugowanych tytułów. Poniżej przeczytacie moje subiektywne przemyślenia na zakończony niedawno rok. Przemyślenia dotyczące nie tylko gier samych w sobie, ale growej branże w ogóle.

NA LICENCJACH WYROSŁA RÓŻA

Zacznę na początek od czegoś optymistycznego. Da się zrobić dobrą grę na znanej licencji! Wiem, że wcześniej też się to udawało – wystarczy wspomnieć ostatnie Batmany czy gry z serii Naruto. Ale przyznacie, że ostatnie produkcje z Władcą Pierścieni, South Parkiem czy Obcym (w tym przypadku szczególnie) w tytule sprawiają, że człowieka przechodzą ciarki. Na szczęście tegoroczne Obcy: Izolacja, South Park: Kijek Prawdy oraz Śródziemne: Cień Mordoru pokazują, że jak się chce to można.

Obcy: Izolacja to porządny, nowoczesny horror, potrafiący sprawić wiele godzin dobrej zabawy. W końcu ktoś stworzył grę spod szyldu Obcego, która straszy i daje poczucie walki ze swoim strachem z każdym krokiem, a Xenomorph jest czymś więcej niż tanim mięsem armatnim. Kto by się spodziewał, że ludzie odpowiedzialni za strategie mogą wysmażyć tak dobrą grę, jednocześnie oddając hołd klimatowi sci-fi wyjętego z pierwszego filmu o Obcym.

Śródziemie: Cień Mordoru to natomiast bardzo udany klon Assassin’s Creeda, który przewyższa swojego protoplastę w prawie wszystkich kategoriach. Walka jest bardziej wymagająca, misje mają większą „wagę”, co jest zasługą nie tylko nieźle rozpisanych zadań, ale przede wszystkim systemu Nemezis nadającemu orkom osobowość. Oczywiście, można byłoby przyczepić się małej różnorodności przeciwników czy krajobrazów (ale Mordor nie jest lokacją znaną z różnorodności fauny i flory) czy sztywnej, nadętej fabuły z kiepskim zakończeniem, jednak kiedy grze udaje się sprawić, że masz ochotę knuć w jaki sposób ubić orka to znak, że ktoś odwalił kawał dobrej roboty.

No i na koniec prawdziwy rodzynek, zdobywca dziewic i zdecydowanie najlepsza gra na licencji – South Park: Kijek Prawdy!

Można narzekać, że prosta, krótka i tak dalej. Ale jeszcze nigdy w historii żadna gra na licencji nie zbliżyła się do oddania realiów ze swojego materiału źródłowego do tego stopnia, że można się pomylić czy to odcinek serialu czy gra (mój przyjaciel wpadł do mnie, usiadł i zapytał się, który sezon serialu oglądam). Ten stworzony we współpracy z twórcami serialu tytuł (jak zresztą pozostała wymieniona dwójka) dobitnie potwierdza, że żyjemy w czasach cudów i mamy prawo wymagać od deweloperów/wydawców włożenia choć trochę serca w stworzenie gry na licencji.

BETA-TESTY PO PREMIERZE

Choć gry na licencji się rzeczywiście w minionym roku udały, producenci i wydawcy nie popisali się na innym polu – technicznym. Media branżowe i żalący się w nich deweloperzy przez ostatnie kilka lat chcieli przekonać graczy, że wszelakie zło i niemoc twórców ma swoje w źródło w słabych bebechach PlayStation 3 i Xboxa 360. To one wstrzymywały kreatywność, a pokrętna architektura tych konsol generowała tylko koszty i problemy – mówili w oskarżycielskim tonie. Na nowej generacji będzie inaczej, niekończący się róg obfitości… Taaa, widać to szczególnie, że prawie wszystkie duże produkcje na PS4 miały spore problemy w dniu swoich premier. Co wychodzi nowy tytuł to zaczyna się kolejna, czarna rozpacz.

Człowiek kupuje grę za ponad 200 zł, wraca do domu, wkłada płytę do konsoli, a tam czatują na niego wszystkie egipskie plagi – rwące się animacje, zwiechy, przenikanie obiektów, niedziałające tryby, błędy zawieszające całą konsole. Koszmar, ale co z tego – ważne, żeby hajs z dodatków się zgadzał.

Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak na mnie zadziałał wieczór z Asasynem Unity. Podczas grania szukałem w rogach ekranu napisu Work In Progress czy Uplay Early Access. Ubisofcie, jako że najnowszy Assassin’s Creed działał perfekcyjnie i super płynnie, proponuję wydawać więcej Asasynów w ciągu roku – dwa to za mało. A, zapomniałem! Wydaliście przecież cztery asasyńskie gry w 2014 – oprócz Unity i Rogue, jeszcze konwersja Liberation z PS Vita oraz… Watch_Dogs. Wiem, jestem wredny, ale WD to dla mnie Assassin’s Creed tyle, że w przyszłości. Poza tym, gra też nie wyglądała na taką, jak ją zapowiadano… Jasne, nie tylko Francuzi nawalili, ale ich wpadki były najbardziej widoczne. To Unity stało się pomnikiem tegorocznej nieporadności wydawców oraz twórców. Już nie wspomnę, że Ubisoft potrafił wydać na PS4 nawet zacinającego się… Tetrisa. Zacinającego się Tetrisa w 2014. Poproszę w takim razie jeszcze o zacinającego się Ponga i Pac-Mana.

Pozostaje zadać sobie pytanie – czemu się tak dzieje? Czy technologia tworzenia gier jest tak bardzo niedopracowana, czaso- i pieniężnochłonna i bez armii programistów nie da się wydać kompletnego produktu w odpowiednim czasie? Do tego za rozsądne pieniądze? Może ten pościg na „więcej i ładniej” po prostu przerósł obecne technologiczne możliwości wydawców i twórców? Może rozwoju trzeba szukać gdzie indziej? Starać się rozwijać rozgrywkę, a nie otoczkę? Albo, co jest kompletnym szaleństwem, tworzyć i sprzedawać gry po prostu taniej?

Myślę, że największym problemem jest pogoń za pieniądzem i udziałowcy największych wydawców, dla których nie liczy się sentyment do marki, oczekiwania graczy czy jakość produkcji, a wyłącznie ilość zer na koncie. Przekłada się to na brak szacunku wydawców do mnie, Ciebie, a nawet do swoich własnych pracowników. Wszechobecne dodatki wycinane z podstawowych wersji, ściemnianie na pokazach, żerowanie na nostalgii.

Activision, EA, UBI – to Wy potrzebujecie nas, nie my Was. To my płacimy niemałe pieniądze i oczekujemy, abyście robili dopracowane gry, a nie dawali sobie milionowe premie, robili kampanie reklamowe za grube wory z kasą czy programowali niepotrzebne apki towarzyszące na smartfony, jednocześnie wydając na rynek produkcje, którym brakuje kilku miesięcy solidnych testów.

No chyba, że pójdziemy na układ – wycenicie grę na tyle, na ile jest kompletna. Wtedy Assassin’s Creed Unity kosztowałoby z 80 zł. Chociaż, znając Ubisoft, ciągnęliby kasę za kolejne łatki…

OBROŃCY MORALNOŚCI

Cenzura to dla mnie głupota. Szczególnie w czasach Internetu, gdzie można znaleźć wszystko. Jak ktoś będzie chciał obejrzeć seks to go obejrzy i nie ważne czy to będzie dorosły czy 15-letni dzieciak. Żyjemy w takich czasach, że z dziećmi trzeba rozmawiać, tłumaczyć im co się dzieje na ekranie albo po prostu zainteresować się tym co robią w sieci lub w co grają. Nikt za rodziców tego nie zrobi. Kiedy na pudełku umieszczony jest znaczek „od 18 lat” to w jakimś celu – żeby dzieciaki w grę nie grały. Nie chcę po prostu, aby przez nadgorliwych rodziców traktujących konsolę jako niańkę, gry przeznaczone dla dorosłych były obcinane i cenzurowane.

Jednak rok 2014 należał do feministek – tych growych. Myślałem, że – co jak co – ale w naszej branży kobiety mają lepszą i z każdym rokiem zwiększającą się reprezentację, a patrząc chociażby na dodatek do The Last of Us scenarzyści coraz lepiej rozumieją jak napisać charakter postaci kobiecej. Zgodzę się co prawda, że potrzebujemy lepiej rozpisanych, różnorodnych kobiet w grach (a nie tylko wyidealizowanych, „nieśmiertelnych” mężczyzn), ale takie osoby, jak Pani Anita Sarkesian nie zmienią tego w jedną noc tupiąc nóżkami. Pani Sarkesian przyczepiła się choćby do serii GTA i stwierdziła, że można tam bić i mordować kobiety bez skrupułów. Ja z kolei słyszałem takie plotki, że w tej samej serii można też bić facetów…

Albo atakować twórców historycznej – zresztą wspominanej już i „lubianej” przeze mnie – gry Assassin’s Creed: Unity, że nie możemy grać damską postacią?

Jeśli chodzi o więcej bohaterek i ogólnie bardziej kobiece spojrzenie w grach to jest na to prosta rada. Zamiast wykorzystywać jeszcze dość świeżą gałąź rozrywki i atakować ją, kobiety, zacznijcie robić gry! Małe, duże, średnie. Pokażcie, jakie chcecie być w grach nie słowem a czynem. To nie jest czas na machanie szabelką a czas wytężonej pracy. Bądźcie Mariami Skłodowskimi-Curie gier wideo. Dacie radę!

1080P MIŁOŚCI NA 60 KLATEK PRZYZWOITOŚCI

Gracze byli zmęczeni brakiem mocy w konsolach poprzedniej generacji. Tłumaczeniem deweloperów tym, że 512 pamięci RAM to za mało, aby cieszyć się pełnym HD. Dlatego gdy weszły nowe konsole byliśmy zapewniani, że gry będą działać nie tylko w rozdzielczości 1080p, (czyli znanej powszechnie jako Full HD), ale w dodatku wszystko będzie śmigało w 60 klatkach na sekundę. O ile Full HD musiało być standardem – tym bardziej, że nieśmiało wychodzą na światło dzienne nowe rozdzielczości „K”- to po co było obiecywanie 60 klatek? Ja rozumiem, że są gatunki w których płynność jest wskazana (bijatyki, wyścigi, FPS, slashery), ale takie J-RPG czy gry nastawione na singiel mogą się obejść w płynnych 30 klatkach, prawda? Po co było się zarzekać i trąbić o 60 fps? Po prostu tam gdzie trzeba powinno być super płynnie.

Nie udało się osiągnąć stałych 60 klatek? Przecież przez taką głupotę nikt nie będzie kruszył kopii… Stop. Oczywiście, że będzie – w końcu jest Internet! Musiała zacząć się wojenka, wypytywanie się kolejnych deweloperów w jakiej rozdzielczości chodzi gra i czy jest płynna jak rozgrzane masło? Mogę zrozumieć dlaczego ludzi to bulwersuje – konsole ledwie rok na rynku, a już mają „widoczną granice swojej mocy”. Pomyślcie jednak czy to nie głupota patrzeć na gry przez pryzmat rozdzielczości? Dobra gra obroni się nawet jak będzie nieco brzydszym kaczątkiem (np.: seria Souls), a żyjemy w tak pięknych czasach, że trzeba się bardzo postarać, aby zrobić naprawdę brzydką grę. Zacznijmy oceniać design miejscówek i klimat, a nie rozdzielczość i ostrość tekstur.

GAMERGATE

Gdy w najlepsze trwała „wojna” graczy z feministkami, pewien facet o imieniu Eron Gjoni opublikował tekst na blogu, w którym pożalił na swoją niewierną dziewczynę. Tą dziewczyną okazała się Zoe Quinn, niezależna twórczyni gier. Dziewczyna, oprócz tego ze fałszowała ataki nienawiści na nią, to zdradzała swojego chłopaka z kilkoma facetami, m. in. z redaktorem piszącym dla Kotaku, ale nie tylko on z branży growej był na liście. To zdarzenie było kroplą przelewająca czarę goryczy dla zachodnich graczy mających już od dawna dosyć „skorumpowanych” mediów, wypaczonych, niezrozumiałych ocen i ogólnie kazirodczego związku: serwis growy – wydawca – producent.

Oczywiście ludzie mediów (i nie tylko, twórcy gier też) bronili Zoe i zaatakowali graczy, mając ich za mizoginiczne świnie prześladujące panią deweloper. Druga strona, mimo że nie była tak pięknie skoordynowana jak „profesjonaliści”, to odpowiadała pięknym za nadobne, czasem lepiej, czasem gorzej – np. dowody na machlojki w postaci rzutów ekranów (z których dowiadujemy się wiele ciekawych rzeczy) i prostego kojarzenia faktów. Obie strony strzelały na oślep byle trafić w przeciwnika.

Problem wynikł z tego, że „dziennikarze” na zachodzie poczuli się jako ci, co niosą kaganek oświaty do ciemnego ludu, starając nauczyć nas w jakie gry się gra. Nie twierdzę, że gracze są bez winy. Ale każdy kto pisze o czymkolwiek – nieważne czy to film, książka czy konsole – i przestaje rozumieć swojego odbiorcę, atakuje, obraża go, bo ten może ukłuć w jego dobre imię i siatkę kontaktów, jest dla mnie figurantem pozbawionym kręgosłupa moralnego.

Jak wygląda obraz po bitwie? Trwa typowa wojna pozycyjna. Strony sporu nadal siedzą w okopach, raz co raz ktoś wyskakuje z idiotyczną inicjatywą, która robi więcej złego niż dobrego. Chociaż może zmieniło się coś na lepsze. Parę dużych stron poprawiło swoje regulaminy i może cały ten bałagan wyszedł na zdrowie. Pośrednim efektem GamerGate jest ucieczka tych bardziej znanych osób piszących o grach na YouTube, co by uciec jak najdalej od trybów korporacji.

Niestety, cała ta chora sytuacja pokazuje, że o ile media tradycyjne traciły swoją wiarygodność całymi dekadami, to nowe media giną szybciej. Artykuły na stronach „byle nabić wyświetlenia” czy recenzje uzależnione od ilości reklam na stronie wykupionych przez wydawcę to niestety rzeczywistość. Co smutniejsze, pisanie o grach nie jest traktowane jako dziennikarstwo a bardziej jako słup reklamowy czy roznoszenie ulotek. Miejmy nadzieję, że to się zmieni.

KOŃCZĄC…

W 2014 roku trochę się działo, ale nie było aż tak źle, jak moglibyście stwierdzić na podstawie moich narzekań. Ponarzekałem, bo martwię się o branżę i chciałbym, żeby rozwijała się, trzymając się z dala od skandali i wojenek. Na szczęście to co nas powinno najbardziej interesować, czyli nowe gry – nie zawiodły. PS3 nie zostało olane i dostało sporo wartych uwagi tytułów, zarówno tych przeznaczonych tylko dla niej (np. Dark Souls II czy AC: Rogue), jak i gier, które pojawiły się jednocześnie na PS4. Wszystko się jednak kiedyś kończy i wiele wskazuje na to, że 2015 rok będzie ostatnim sutym rokiem z większymi premierami dla PS3 zanim ta wpadnie w „fifową” wegetację. Zresztą ta nowsza konsola Sony rozkręca się z tygodnia na tydzień i dostaje coraz więcej wartych uwagi gier, ale z drugiej strony cierpi na problemy wieku niemowlęcego, jak choćby niedopracowanie niektórych produkcji – co jednak nie wynika tylko ze specyfiki samego sprzętu, o czym pisałem wyżej.

I to tyle z mojej strony. Czego życzę Wam i sobie w tym roku? Super gier, mało przekładanych premier i jak najmniej spraw okołogrowych.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Battlefield V