Recenzja „Dead Rising 2: Off the Record”

Dead Rising 2: Off the Record

Wiedzieliście, że swego czasu Capcom wypuścił 16 edycji pierwszego Street Fightera? SZES-NA-ŚCIE! Po co to piszę? Cóż, najwidoczniej w tradycji firmy leży wydawanie po raz enty nieznacznie poprawionego, ale w gruncie rzeczy tego samego produktu. Fani żółto-niebieskich wiedzą o czym mowa. Teraz jednak czasy się zmieniły i o ile w latach 90'tych, kiedy to o takich wynalazkach jak DLC czy patch'e do gier konsolowych można było jedynie snuć futurystyczne wizje przy ognisku reedycje miały jeszcze jakąś swoją rację bytu, tak teraz próba sprzedaży odgrzewanego kotleta często spotyka się z krytyką graczy. Czy tak jest w wypadku Dead Rising 2: Off the Record? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w treści poniższej recenzji.

Elden Ring

Elden Ring

Na nową grę od From Software czekać nam było dane równo trzy lata, jednakże najnowszy tytuł od japońskiego studia wynagradza nam ten czas z nawiązką. Wydany przed chwilą Elden Ring łączy w sobie wszystko, co najlepsze soulsy miały do zaoferowania do tej pory - poczynając od Demon's Souls, a na Sekiro kończąc - a do tego dorzuca całkowitą nowość: otwarty, różnorodny i niebezpieczny świat. Zapraszam na wyprawę do Ziem Pomiędzy!

Horizon Forbidden West

Horizon Forbidden West

Dokładnie pięć lat temu Guerrilla Games zaprezentowało nam swoją wizję świata przyszłości, który w zasadzie cofnął ludzkość w przeszłość. Na ziemi dominowały bowiem maszyny, na wzór zwierząt i dinozaurów, a ludzkość walczyła o przetrwanie, zamieszkując nieliczne i dość prymitywne osady, traktując znany nam świat niczym mit. W jednej z takich osad mieszkała Aloy, rudowłosa łowczyni, dla której los przewidział coś więcej, niż tylko codzienną walkę o przetrwanie. Teraz mamy okazję poznać dalszą część jest historii.