Recenzja „Dead Rising 2: Off the Record”

Dead Rising 2: Off the Record

Wiedzieliście, że swego czasu Capcom wypuścił 16 edycji pierwszego Street Fightera? SZES-NA-ŚCIE! Po co to piszę? Cóż, najwidoczniej w tradycji firmy leży wydawanie po raz enty nieznacznie poprawionego, ale w gruncie rzeczy tego samego produktu. Fani żółto-niebieskich wiedzą o czym mowa. Teraz jednak czasy się zmieniły i o ile w latach 90'tych, kiedy to o takich wynalazkach jak DLC czy patch'e do gier konsolowych można było jedynie snuć futurystyczne wizje przy ognisku reedycje miały jeszcze jakąś swoją rację bytu, tak teraz próba sprzedaży odgrzewanego kotleta często spotyka się z krytyką graczy. Czy tak jest w wypadku Dead Rising 2: Off the Record? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w treści poniższej recenzji.

A Plague Tale: Innocence

A Plague Tale: Innocence

Jeśli uważaliście na lekcjach historii w szkole podstawowej czy liceum to z pewnością znany jest Wam termin "czarnej śmierci", czyli jednej z największych epidemii w dziejach ludzkości, epidemii dżumy, której rozprzestrzenianiu w dużej mierze winne były średniowieczne szczury. I to właśnie one, a także pewne rodzeństwo, są głównymi bohaterami A Plague Tale: Innocence, a dzięki grze możemy spojrzeć na te wydarzenia z XIV wieku z nieco innej perspektywy.

Days Gone

Days Gone

Studio Bend sięgnęło po popularny przez ostatnie lata motyw apokalipsy zombie. Pomimo tego, że temat jest już naprawdę wyświechtany, i to nie tylko w branży gier wideo, Days Gone wprowadza powiew świeżości, przede wszystkim dzięki hordom, a także cechuje się niepowtarzalnym klimatem pustki i walki o przetrwanie.

Na tapecie
A Plague Tale: Innocence