Recenzja „Dead Rising 2: Off the Record”

Dead Rising 2: Off the Record

Wiedzieliście, że swego czasu Capcom wypuścił 16 edycji pierwszego Street Fightera? SZES-NA-ŚCIE! Po co to piszę? Cóż, najwidoczniej w tradycji firmy leży wydawanie po raz enty nieznacznie poprawionego, ale w gruncie rzeczy tego samego produktu. Fani żółto-niebieskich wiedzą o czym mowa. Teraz jednak czasy się zmieniły i o ile w latach 90'tych, kiedy to o takich wynalazkach jak DLC czy patch'e do gier konsolowych można było jedynie snuć futurystyczne wizje przy ognisku reedycje miały jeszcze jakąś swoją rację bytu, tak teraz próba sprzedaży odgrzewanego kotleta często spotyka się z krytyką graczy. Czy tak jest w wypadku Dead Rising 2: Off the Record? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w treści poniższej recenzji.

The Last Oricru

The Last Oricru

Można powiedzieć, że gatunek tzw. "soulslike'ów" stał się modny. Deweloperzy z całego świata przygotowują swoje tytuły, starając się dorównać pierwowzorowi od From Software. Tym razem przyszedł czas na naszych sąsiadów, czeskie studio GoldKnights, które zabiera nas w kosmiczno-średniowieczną podróż na planetę Wardenia. Przeprawa oczywiście nie jest łatwa, szczególnie, że bohater uwikłany zostaje w odwieczny konflikt dwóch zwalczających się frakcji.

Stray

Stray

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak to jest być kotem? A czy zastanawialiście się kiedyś, jak to jest być kotem zagubionym w futurystycznej metropolii, w której ludzie zastąpieni zostali robotami? Możecie przestać rozmyślać na ten temat, gdyż studio Blue Twelve spieszy z odpowiedzią! A tą odpowiedzią jest właśnie Stray, urocza przygodówka, w której wcielamy się rudego sierściucha, który – wykorzystując swoje kocie właściwości – szuka drogi na zewnątrz. Ucieczki ze świata, jaki nie chcemy, by kiedykolwiek nastał.