Recenzja „Lightning Returns: Final Fantasy XIII”

Lightning Returns: Final Fantasy XIII

Każdy dowcip ma swoją puentę. Nawet taki kiepski, suchy, kompletnie pozbawiony sensu. A rolę 'kropki nad i' w trylogii Final Fantasy XIII pełni Lightning Returns. Nie mam ślepego pojęcia jak można z taką łatwością zarżnąć ciekawy pomysł na grę. Posłuchaj takiego oto pomysłu: świat się kończy i to od ciebie tylko zależy ile istnień ludzkich uratujesz. Nie uratujesz wszystkich - będziesz musiał wybierać, kogo ocalisz, a kogo zostawisz na śmierć, bo czas nagli nieubłaganie. Brzmi ciekawie, prawda? To jest właśnie założenie trzeciego z trzynastych Finalów. Co poszło nie tak? Sam chciałbym zadać to pytanie panu Motomu Toriyamie (głównodowodzącemu projektami wchodzącymi w skład XIII). Jedna odpowiedź nasuwa się niestety sama, parafrazując znaną piosenkę...

God of War Ragnarök

God of War Ragnarök

Przygody Kratosa na mroźnej północy początkowo miały być trylogią, tak samo jak przygody tego popularnego bohatera w starożytnej Grecji. Twórcy z Santa Monica zmienili jednak zdanie i ostatecznie opowieść o nordyckich wojażach Boga Wojny składać się będzie z dwóch odsłon - recenzowany Ragnarök jest drugą, a więc i ostatnią, częścią. Autorzy widocznie uznali, że nie chcą za bardzo rozwlekać historii, a tym samym zapewnić graczom ciągłą, dynamiczną akcję i kalejdoskop wrażeń oraz emocji - czyli istny... ragnarök!

The Last Oricru

The Last Oricru

Można powiedzieć, że gatunek tzw. "soulslike'ów" stał się modny. Deweloperzy z całego świata przygotowują swoje tytuły, starając się dorównać pierwowzorowi od From Software. Tym razem przyszedł czas na naszych sąsiadów, czeskie studio GoldKnights, które zabiera nas w kosmiczno-średniowieczną podróż na planetę Wardenia. Przeprawa oczywiście nie jest łatwa, szczególnie, że bohater uwikłany zostaje w odwieczny konflikt dwóch zwalczających się frakcji.

Na tapecie
God of War Ragnarök