Recenzja „Lightning Returns: Final Fantasy XIII”

Lightning Returns: Final Fantasy XIII

Każdy dowcip ma swoją puentę. Nawet taki kiepski, suchy, kompletnie pozbawiony sensu. A rolę 'kropki nad i' w trylogii Final Fantasy XIII pełni Lightning Returns. Nie mam ślepego pojęcia jak można z taką łatwością zarżnąć ciekawy pomysł na grę. Posłuchaj takiego oto pomysłu: świat się kończy i to od ciebie tylko zależy ile istnień ludzkich uratujesz. Nie uratujesz wszystkich - będziesz musiał wybierać, kogo ocalisz, a kogo zostawisz na śmierć, bo czas nagli nieubłaganie. Brzmi ciekawie, prawda? To jest właśnie założenie trzeciego z trzynastych Finalów. Co poszło nie tak? Sam chciałbym zadać to pytanie panu Motomu Toriyamie (głównodowodzącemu projektami wchodzącymi w skład XIII). Jedna odpowiedź nasuwa się niestety sama, parafrazując znaną piosenkę...

Death Stranding

Death Stranding

Hideo Kojima, jeden z najbardziej charakterystycznych twórców gier, przymusowo porzucił swoją flagową serię Metal Gear Solid i postanowił, przy współpracy z Sony, przygotować całkowicie nową produkcję, od pierwszej zapowiedzi jawiącą się jako niesamowicie tajemnicza. Wystarczy napisać, że na pierwszym zwiastunie oglądaliśmy przez trzy minuty nagiego Normana Reedusa i leżące nad brzegiem morza niemowlę z przewodem zamiast pępowiny. Każdy wtedy zastanawiał się - o co chodzi? Po trzech latach już wiadomo: Death Stranding to po prostu gra o... pracy kuriera. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

MediEvil

MediEvil

Pierwsza konsola PlayStation miała kilka swoich ikonicznych postaci. Jedną z nich był bez wątpienia Sir Daniel Fortesque, bohaterski, choć także nieco pechowy rycerz. Sony postanowiło przedstawić tę postać nieco młodszym graczom i przygotowało pełny remake MediEvil, gry, dzięki której kościany protagonista po raz pierwszy pojawił się na ekranach naszych telewizorów. Można by rzec, że bohater zmartwychwstał na nowo.

Na tapecie
Star Wars Jedi: Upadły zakon