Recenzja „Lord of the Rings: Conquest”

Lord of the Rings: Conquest

Władca Pierścieni to marka równie silna, jak małżeństwo Beckhamów, jak Flip i Flap, jak bracia Kaczyńscy i biały Michael Jackson. Na mnie również podziałała magia tego tytułu, jestem fanem zarówno książek, jak i filmów. Mało tego, jestem tak zachwycony Frodem, że postanowiłem zapuścić włosy na stopach, a dodatkowo żeby wyostrzyć uszy, codziennie wieczorem wieszam się za nie na linkach przywiązanych do sufitu. Ooo tak, kocham dzieło stworzone przez Tolkiena, ale to, co Pandemic zrobiło przy okazji Lord of the Rings: Conquest, przechodzi ludzkie pojęcie. Nie grałem w gorszą grę od czasów Golden Axe: Beast Rider, więc zapraszam do przeczytania tej rzeźni, bo recenzją to tego nazwać nie mogę.

Marvel’s Avengers

Marvel’s Avengers

Avengersi to marka sama w sobie, która szerszą rozpoznawalność zawdzięcza kinowym hitom z ostatnich dziesięciu lat. Nic więc dziwnego, że każdy chce wycisnąć z Mścicieli ile się tylko da, także w branży gier. Licencję od Marvela postanowiło nabyć Square Enix i przygotowało grę o mało oryginalnym tytule "Marvel's Avengers", w której wcielić się możemy w ulubionych superbohaterów i po raz kolejny uratować świat, a wcześniej swoje dobre imię.

Ghost of Tsushima

Ghost of Tsushima

Na sam koniec generacji przenosimy się do feudalnej Japonii, by jako wywodzący się z samurajskiego klanu Jin Sakai stawić czoła mongolskiemu najeźdźcy.

Na tapecie
Marvel's Avengers