Recenzja „Lord of the Rings: Conquest”

Lord of the Rings: Conquest

Władca Pierścieni to marka równie silna, jak małżeństwo Beckhamów, jak Flip i Flap, jak bracia Kaczyńscy i biały Michael Jackson. Na mnie również podziałała magia tego tytułu, jestem fanem zarówno książek, jak i filmów. Mało tego, jestem tak zachwycony Frodem, że postanowiłem zapuścić włosy na stopach, a dodatkowo żeby wyostrzyć uszy, codziennie wieczorem wieszam się za nie na linkach przywiązanych do sufitu. Ooo tak, kocham dzieło stworzone przez Tolkiena, ale to, co Pandemic zrobiło przy okazji Lord of the Rings: Conquest, przechodzi ludzkie pojęcie. Nie grałem w gorszą grę od czasów Golden Axe: Beast Rider, więc zapraszam do przeczytania tej rzeźni, bo recenzją to tego nazwać nie mogę.

MediEvil

MediEvil

Pierwsza konsola PlayStation miała kilka swoich ikonicznych postaci. Jedną z nich był bez wątpienia Sir Daniel Fortesque, bohaterski, choć także nieco pechowy rycerz. Sony postanowiło przedstawić tę postać nieco młodszym graczom i przygotowało pełny remake MediEvil, gry, dzięki której kościany protagonista po raz pierwszy pojawił się na ekranach naszych telewizorów. Można by rzec, że bohater zmartwychwstał na nowo.

Concrete Genie

Concrete Genie

"Więc chodź, pomaluj mój świat!" To zdanie ze starusieńkiej piosenki zespołu 2+1 idealnie oddaje to, czym jest Concrete Genie. A jest piękną historią o trudnym dzieciństwie, którego skutkom można jeszcze przeciwdziałać poprzez puszczenie wodzy fantazji i pomalowanie świata wespół z ciepłymi i przyjacielskimi dżinami, a feeria barw zachwyca zarówno dzieciaki, jak i dorosłych.

Na tapecie
MediEvil