Recenzja „Assassin’s Creed Chronicles: India”

Na kolejny epizod asasyńskich Kronik musieliśmy czekać prawie 9 miesięcy. Poprzednia odsłona, w której wybraliśmy się na wycieczkę do Chin, była dobrą skradanką, ale nic ponad to, a już na pewno chińskiego epizodu nie można zaliczyć do najlepszych gier z serii Assassin’s Creed. Sprawdźmy, jak wypada pobyt w XIX-wiecznych Indiach.

Asasynem, który działał w Indiach w 1841 roku był Arbaaz Mir i to właśnie w niego wciela się gracz. Jest to młodzian dość porywczy, ale i odważny. Kiedy tylko dowiaduje się, że Templariusze – w osobie Brytyjczyków, których Indie były ówczesną kolonią – są w posiadaniu jednego z fragmentów Edenu, klejnotu Koh-I-Noora, bez chwili zawahania wyrusza, aby im go odebrać. Do przemierzenia na głównego bohatera czekają majestatyczne pałace, miejskie ulice oraz pozostałości po budowlach Pierwszej Cywilizacji za sporą ilością elementów platformowych, unikania śmiercionośnych promieni i mechanizmów. Fabuła jednak nie wciąga i nie stanowi czynnika, dla którego warto nabyć tytuł.

Tym czynnikiem może być skradankowa, momentami wymagająca rozgrywka, która jednak nie zmieniła się zanadto w porównaniu do pierwszych Kronik. Opiera się ona przede wszystkim na bezszelestnym przemykaniu za plecami przeciwników, unikaniu ich wzroku i przeskakiwaniu po balkonach, pomostach czy uciekaniu przed chcących nas stratować słoniami. Sekcje ucieczkowe – tak jak w poprzedniczce – cały czas są emocjonujące i przechodzi się je naprawdę świetnie. W pozostałych przypadkach to żmudne przeskakiwanie z parapetu na parapet, włamywanie się do pomieszczeń i ogólnie robienie jak najmniejszego zamieszania. W razie niebezpieczeństwa, Asasyn może skorzystać ze swojego podręcznego arsenału – oprócz ukrytego ostrza, wyposażony jest w miecz, a także w sporo przedmiotów do odwracania uwagi, jak bomby dymne czy strzałki dźwiękowe. Arbaaz posiada też nożyk, bardzo przydatny do przecinania lin, co odblokowuje nowe przejście lub w skuteczny sposób eliminuje przeciwników zrzucając na nich masywny żyrandol. Podobnie jednak jak poprzednio, walka jest ostatecznością, a starcia z więcej niż jednym przeciwnikiem kończą się dla nas źle. Ponownie to działanie w ukryciu premiowane jest przede wszystkim.

Największą wadą indyjskich Kronik jest brak znaczących nowości. Twórcy mieli ponad pół roku na dodanie do serii nowych mechanik i tym samym urozmaicenie nieco monotonnej momentami rozgrywki, a tak naprawdę jedyną godną uwagi rzeczą jest kilkuminutowy fragment, w którym eliminujemy przeciwników z karabinu wyborowego czy wspomniany fragment zręcznościowy w ruinach Pierwszej Cywilizacji. Poza tym jest po staremu – a więc na „trzy”.

Podsumowanie

Jeśli nie jesteście fanami serii o Asasynach lub jesteście, a Chronicles: China nie przypadło Wam do gustu to możecie chwilę dłużej zatrzymać w portfelu 42 zł. W innym wypadku do Indii można się wybrać, choć Ubisoft w niczym nie zaskoczył, zmieniając tak naprawdę jedynie bohatera i klimat. Oby ostatnie Kroniki – tym razem osadzone w bolszewickiej Rosji – wybiły się ponad przeciętność i z miłym akcentem zakończyły tę trzyodcinkową podserię.

Naszą recenzję Assassin’s Creed Chronicles: China znajdziecie tutaj.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Dragon Ball Z: Kakarot