Recenzja „Assassin’s Creed IV: Black Flag”

Czwarta odsłona serii Assassin’s Creed jest w rzeczywistości już szóstą debiutującą na PlayStation 3, a jeśli liczyć produkcje na platformy przenośne oraz wydane animacje i książki to wyjdzie tego wszystkiego kilkanaście sztuk. Zdecydowanie czuć lekkie zmęczenie materiału, który eksploatowany jest tak naprawdę całkiem od niedawna, bo od 2007 roku. Już poprzednia duża część serii – Assassin’s Creed III – pokazała, że Asasynom przydałaby się przerwa, gdyż osadzona w rewolucyjnej Ameryce trójka była tylko przeciętna, pozbawiona innowacyjności, powtarzająca schematy rozgrywki, a do tego z głównym protagonistą nieposiadającym wyrazu. Tytuł miał jednak mocne strony: osadzenie go w okresie amerykańskiej walki o niepodległość oraz morskie bitwy, które – choć świetnie zrealizowane – stanowiły jedynie epizod. Gracze chcieli więcej morskich starć i tak oto ogłoszono Assassin’s Creed IV: Black Flag zabierającą nas na słoneczne, XVIII-wieczne Karaiby. Okres panowania wielkich angielskich i hiszpańskich galeonów i czyhających na przewożone nimi bogactwa piratów wydawał się niezwykle ciekawy, a do tego mało wykorzystywany w grach wideo. Zobaczmy czy dzięki Black Flag seria dostała wiatru w żagle, chociażby niewielkiej bryzy.

WNUCZEK INDIANIN, DZIADEK PIRAT

Głównym bohaterem jest Edward Kenway, którego łączą więzy krwi z bohaterami wspomnianej w poprzednim akapicie części trzeciej: Connorem oraz jego ojcem Haythamem. Edward, w odróżnieniu od swojego syna i wnuka, preferuje przemieszczanie się po wodach Morza Zachodnioindyjskiego niż skakanie po miejskich budynkach, choć oczywiście elementów rozgrywki polegających na przemieszczaniu się po lądzie nie zabrakło. Protagonista części czwartej jest piratem, który szuka przygód i łatwego zarobku, najczęściej polegającego na rabowaniu innych okrętów, ale także poszukiwaniu ukrytych skarbów. I właśnie na pogoni za nieprzebranym bogactwem początkowo opiera się linia fabularna, która jednak szybko nabiera większej głębi i potrafi zarówno zaskoczyć jak i rozbawić. Edward to bohater, z którym łatwo się utożsamić, posiadający dużą charyzmę i budzący szacunek, ale z drugiej strony bohater nadal poszukujący prawdziwego celu w życiu i mierzący się z tęsknotą do ukochanej, którą pozostawił w odległej Walii. Widać, że deweloper wyciągnął wnioski po niemrawym i nielubianym przez graczy Connorze i dostarczył protagonistę godnego miana Asasyna. Ważna również, że twórcom udało się oddać sielankowy klimat pirackiego życia z lejącymi się do gardeł setkami litrów rumu jednocześnie nie zapominając o tym, co jest przewodnim tematem serii, czyli odwiecznej wojnie pomiędzy Asasynami oraz Templariuszami. Co więcej, w Black Flag konflikt ten obserwować możemy niejako z boku, z innej perspektywy niż dotychczas, gdyż protagonista przywdziewa strój Asasyna dość przypadkowo.

Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że kolejne odsłony serii wiernie odwzorowują okres historyczny, do którego nas przenoszą i nie inaczej jest tym razem. Odwiedzić możemy kilka miast jak kubańską Hawanę, Kingston na Jamajce czy zajmowane przez buntowników Nassau, stolicę wysp Bahama. Mieściny mają niższą zabudowę, a najwyższymi budowlami są na ogół forty lub katedry, jednak taki styl budownictwa wtedy dominował i przeniesiono go na ekran bardzo pieczołowicie. Równie dobrze oddano sposób życia na ówczesnych Karaibach, gdzie najwyższe pozycje zajmowali angielscy i hiszpańscy rojaliści, handel niewolnictwem kwitł w najlepsze, a cukier był towarem ekskluzywnym. Na ulicach co rusz spotkać można podśpiewujących i pijanych żeglarzy, kolonizatorów pilnujących porządku na ulicach czy starych wilków morskich z chęcią dzielących się opowieściami, kiedy pod nogami co chwila przebiegają szczury. A to nie wszystko, bo znacznie większy obszar zajmują tropikalne wysepki, w większości bezludne, na których do odnalezienia czekają ukryte wcześniej skarby czy pozostałości po rdzennych plemionach zamieszkujących niegdyś te tereny. Wracając jednak do aspektu historycznego to oprócz karaibskiej architektury poznamy wiele postaci, które żyły w tamtym rejonie w XVIII wieku. Najpopularniejszym jest bezapelacyjnie Edward Teach, znany bardziej jako Czarnobrody, groźny pirat, który – przynajmniej według legendy – odpalał lonty armat uprzednio podpalając do tego celu swoją gęstą, czarną brodę. Ponadto, spotkać można piratkę udającą mężczyznę o imieniu Mary Read lub brytyjskiego gubernatora Woodesa Rogersa. W aspekcie historycznym więc Assassin’s Creed ponownie nie zawiódł.

Nie zabrakło naturalnie Animusa, czyli programu umożliwiającego przeglądanie przeszłości za pomocą pamięci genetycznej. W Black Flag jednak nie wcielamy się w Desmonda, a w anonimowego pracownika korporacji Abstergo, który ma za zadanie przeglądać wspomnienia bohatera poprzedniej części i wyszukiwać w nich najciekawszych przeżyć. Rozgrywka w teraźniejszości odbywa się z perspektywy pierwszej osoby, a do dyspozycji mamy coś na wzór tabletu, na którym przejrzeć można mapkę czy zgromadzone notatki. Do współczesnego świata – z tego historycznego – przenieść się można w dowolnej chwili, a w pewnym momentach fabularnych gracz jest do tego zmuszony, aby wykonać dość prostą misję i aby móc dalej kontynuować piracką przygodę. Warto dodać, że Abstergo w pewnym stopniu parodiuje Ubisoft, gdyż pracownicy co i rusz wspominają o grze tworzonej na podstawie wspomnień, zastanawiają się nad okresem historycznym, w którym mogliby ulokować wydarzenia, a na ścianach wiszą postery z Aveline de Grandpré, bohaterką Assassin’s Creed: Liberation, odsłony serii wydanej w zeszłym roku na PS Vita. Ponadto, w komputerach, które można shakować (trzy proste, logiczne mini-gierki) znaleźć można mnóstwo informacji i materiałów na temat serii czy też nawiązania do bohaterów poprzednich odsłon. Ogólnie należy stwierdzić, że fabuła w Black Flag – zarówna ta historyczna jak i współczesna – stoi na bardzo dobrym poziomie i z zaciekawieniem śledzi się kolejne losy zarówno Edwarda Kenweya jak i bezimiennego pracownika Abstergo. Obie historie naturalnie się przeplatają, fani od razu wyłapią nawiązania do poprzednich części, a IV można nazwać godną kontynuacją walki pomiędzy Asasynami i Templariuszami. Nie podobały mi się jedynie dość duże niedopowiedzenia występujące w kilku miejscach, kiedy akcja przeskakiwała o kilka miesięcy do przodu – brakowało wyjaśnienia co się w tym okresie działo i czasem jakby brakowało nieco logiki w następujących po sobie wydarzeniach.

KOTWICA W GÓRĘ!

Jeśli macie za sobą choć jednego Assassina na PlayStation 3 to rozgrywka – przynajmniej ta na lądzie – wyda wam się bardzo znajoma, gdyż w tym aspekcie nie poczyniono zauważalnych zmian. Parkour jest nadal intuicyjny, wygodny i płynny, walka opiera się na kontrowaniu ciosów przeciwników, którzy kolejno atakują Edwarda. Bohater wyposażony jest w ukryte, wysuwane ostrze, dwa miecze i dwa pistolety, które można kupować w sklepie, posiada także usypiające i otumaniające strzałki i linę z hakiem do przyciągania przeciwników. Starcia odbywają się więc dynamicznie, ale w sposób jednakowy jak w Asasynie drugim czy trzecim, co nie spodoba się części graczy, przede wszystkim przez wspomniane kolejkowanie przeciwników i dodatkowo przez problemy czy po prostu miejscami głupią sztuczną inteligencję. Jej głupota widoczna jest przede wszystkim, kiedy jakiś fragment chcemy przejść niezauważenie. Bo choć skradanie i skrytobójstwa są ok, tak zauważenie Edwarda przez przeciwników nie niesie ze sobą praktycznie żadnych konsekwencji. Można wybić kilku strażników, a kilku stojących nieopodal nawet nie zauważy, że koledzy stracili przed chwilą życie lub jeśli już zauważą to szybka ucieczka asasyna powoduje u nich natychmiastową amnezję. Ma to zapewne w pewnym stopniu ułatwić rozgrywkę i dać możliwość zrehabilitowania się za zbyt głośne działania, ale wygląda to trochę nienaturalnie – choć nie irytuje. I to tak naprawdę jedyny poważny zarzut z mojej strony, jeśli chodzi o nowego Asasyna i jednocześnie wskazówka dla autorów, że w next-genowej odsłonie walka i zachowanie przeciwników są do poprawki.

Bez jakiegokolwiek zarzutu jest jednak gwóźdź programu, czyli bitwy morskie, a nawet powiem więcej – są to najlepsze starcia na morzu w grach w ogóle. Deweloper wykonał kawał fantastycznej roboty i walka jest strasznie emocjonująca i pompująca adrenalinę. Jest to rozbudowany system z Assassin’s Creed III, a równocześnie łatwiejszy i bardziej intuicyjny w obsłudze. Statkiem Edwarda jest Kawka, która na początku rozgrywki nie wygląda imponująco, jednakże za zarobione pieniądze i materiały (metal, drewno, płótno) można ulepszać zarówno jej wyposażenie jak i wygląd. Materiały zdobywa się przeprowadzając abordaż angielskich lub hiszpańskich statków. Wprowadzono w tej kwestii nawet drobny aspekt strategiczny, gdyż przed atakiem na wrogi statek można przez lunetę podejrzeć jego rodzaj, poziom (czym wyższy tym trudniejszy do zatopienia) oraz przewożone dobra. Wzmożona agresja jednakże nie jest wskazana, gdyż zwiększy się poziom rozgłosu i w pościg za nami ruszą łowcy.

Na morzu spotkać można kilka rodzajów statków, od malutkich i zwrotnych kanonierek po ogromne galeony i liniowce wyposażone w kilkadziesiąt armat. Pływają one pod banderą angielską lub hiszpańską, choć natknąć się można także na okręty neutralne. Do dyspozycji jest kilka dział i uaktywnia się je w zależności od tego, w którym kierunku ustawimy kamerę za pomocą prawej gałki analogowej. Z przodu Kawka wyposażona jest w kulce z łańcuchami spowalniającymi wrogi starek. Z boku strzelać można z armat lżejszymi (z celowaniem) i cięższymi kulami siejącymi duże spustoszenia. Z tyłu wyrzucić można wybuchowe beczki. Do tego dochodzi jeszcze potężny moździerz służący do bombardowania celu z dystansu oraz folgierze, które zadają precyzyjne uderzenia. Każdy statek ma pasek zdrowia, który można powiększać inwestując w kadłub. Kiedy odpowiednio obijemy wrogą fregatę czas rozpocząć abordaż (choć nie trzeba, jeśli zatopimy okręt otrzymamy tylko część znajdujących się na nim materiałów). Statki zbliżają się do siebie i abordaż kończy się sukcesem, kiedy wykonamy określone cele – głównie trzeba zabić określoną ilość przeciwników, ale przy większych okrętach pojawiają się dodatkowe cele, jak zabicie oficerów czy ściągnięcie bandery z masztu. Podczas abordażu przejmujemy pełną kontrolę nad Edwardem, a rozgrywka jest dokładnie taka sama jak na lądzie. Podoba mi się przeskakiwanie z jednego statku na drugi, bo odbywa się to za pomocą bujającej się liny. Same morskie starcia jak i abordaż sprawiają ogromną satysfakcję, szczególnie, jeśli uda zatopić się okręt zdecydowanie większy od naszego.

Życie pirata to jednak nie tylko bitwy morskie i picie rumu, bo do roboty jest cała masa rzeczy. Wspomnę, że podróżowanie po mapie jest całkowicie swobodne, w każdym momencie można stanąć za sterami Kawki i popłynąć w nieznane, odkrywając całe mnóstwo pobocznych lokacji w postaci wysepek. Na nich czekają ukryte skarby, skrzynie ze złotem, rytualne posążki cywilizacji Majów, kartki z szantami do złapania, tawerny, zlecenia zabójstw czy poboczne misje polowania na Templariuszy. W lasach czeka kilkanaście gatunków zwierząt do upolowania – zające, iguany, małpki, tygrysy, krokodyle – a ich skóry można albo sprzedać albo przeznaczyć na ulepszenie wyposażenia bohatera. Na morzu także można polować choćby na wieloryby (mini-gierka z harpunem), a także zająć się atakowaniem wrogich fortów czy nurkowaniem w wyznaczonych miejscach w celu przeszukania leżących na dnie wraków. Edward posiada mocniejsze płuca od standardowego człowieka, powietrze uzupełnia w specjalnie rozmieszczonych beczkach, a przed rekinami kryje się w wodorostach. Podwodne pływanie zrealizowano świetnie, a wśród głębin znaleźć można prawdziwe skarby. Wszystkie poboczne aktywności są spójne, nienużące i po prostu chce się sprawdzić wszystkie i żadnej nie ominąć.

HEJ, HO, POŚPIEWAJMY SZANTY!

Od strony graficznej seria stoi w miejscu, tzn. trzyma solidny poziom, ale Black Flag jest grą bez graficznych fajerwerków. Wzburzone morze, ogromne fale czy tropikalny krajobraz z daleka wygląda bardzo dobrze, ale gdyby przyjrzeć się szczegółom można dostrzec nieostre tekstury lub problemy z cieniowaniem, a do tego gra potrafi czasami minimalnie zwolnić. Najważniejsze jednak, że udało się oddać klimat słonecznych Karaibów, po których chce się po prostu pływać i przeżywać przygody. Błękitne morze, piaszczyste plaże czy bujna, tropikalna roślinność to coś fantastycznego i przykrywają drobne niedociągnięcia wynikające przede wszystkim ze starego silnika graficznego. Piracki klimat budowany jest jednak najbardziej przez szanty, czyli krótkie przyśpiewki, jakie usłyszeć można podczas pływania po morzu. Śpiewa je zarówno załoga jak i Edward i dosłownie czułem się jakbym ja też je śpiewał popijając rum. Szanty i inne utwory przygrywające w grze tworzą fantastyczną ścieżkę dźwiękową, idealnie wpasowującą się w czasy złotej ery piractwa.

Seria od kilku lat oferuje także tryb sieciowy, który z roku na rok jest rozwijany i staje się coraz lepszy i spójniejszy. Interfejs stylizowany jest na Animusie i dzięki niemu stworzyć możemy swoją postać, wybrać preferowaną profesję i umiejętności i wskoczyć do rozgrywki, w której polujemy na innych graczy lub sami jesteśmy zwierzyną w kilku różnych trybach. Wraz z postępem zdobywamy kolejne poziomy doświadczenia. Wprowadzono także edytor trybów i granie w te stworzone przez innych graczy. Tryb sieciowy jest przyjemnym przedłużeniem rozgrywki i do tego jest dostępny dla wszystkich, gdyż Ubisoft zrezygnował na stałe z przepustek sieciowych. Na koniec wspomnę jeszcze, że gra posiada polską wersję językową w postaci napisów w dialogach i menusach.

PODSUMOWANIE

Grałem we wszystkie odsłony serii na PlayStation 3 i to właśnie Black Flag jest w zdecydowanej czołówce, obok części drugiej – widocznie wykształca się nowa tradycja, w której części parzyste będą tymi najlepszymi. Gra ukazuje z nieco innej perspektywy konflikt pomiędzy Asasynami i Templariuszami, oferuje ciekawy wątek we współczesności, dostarcza doskonale odwzorowany klimat pirackiego życia, a do tego dorzuca emocjonujące i świetnie zrealizowane potyczki na morzu zachowując skrytobójczy charakter serii. Assassin’s Creed IV jest warty zakupu zarówno dla miłośników serii, jak i dla osób lubiących pirackie klimaty. Ahoj!

Zostaw komentarz

Na tapecie
A Plague Tale: Innocence