Recenzja „Assassin’s Creed Odyssey”

Po sukcesie, jaki odniosła opowieść o początku bractwa Asasynów, Ubisoft kontynuuje wycieczkę po starożytnych państwach, tym razem proponując nam odwiedzenie Starożytnej Grecji z czasów I wojny peloponeskiej, czyli konfliktu pomiędzy Atenami a Spartą. Co ciekawe, wojna ta miała miejsce w trzech ostatnich dekadach V wieku przed naszą erą, a więc jeszcze wcześniej niż wydarzenia przedstawione w Origins, a to przecież właśnie tam, jak wspomniałem, dowiedzieliśmy się o tym, jak rozpoczął się ciągnący się przez następne stulecia konflikt pomiędzy Asasynami a Templariuszami. Nie martwcie się jednak, bo choć rzeczywiście tym razem nie przychodzi nam używać charakterystycznego, ukrytego ostrza, seria nadal wierna jest swojemu kredu. Odyseję czas zacząć!

Bohaterów, którzy wyruszają na wyprawę, niczym wcześniej Odyseusz, jest dwóch, ale gracz wciela się tylko w jednego z nich – Kasandrę lub Aleksiosa. Wyboru dokonujemy już w pierwszych minutach rozgrywki i nie da się go później zmienić. W serii występowała już sytuacja, kiedy protagonistów była więcej niż jeden (jak np. w Syndicate, kiedy w głównych rolach występowała rodzeństwo Frye), ale podczas rozgrywki mogliśmy się pomiędzy nimi swobodnie przełączać, korzystając przy tym z nieco innych umiejętności. Tutaj umiejętności są te sam dla każdej z postaci, tak więc w Odyssey wybór ma jedynie podłoże wizualne i w żadnym stopniu nie wpływa na przebieg wydarzeń, ewentualnie na drobne zmiany w dialogach. Jeśli zaś boicie się o sprawy łóżkowe to również różnicy nie ma, gdyż bohaterowie nie mają w zwyczaju w tej kwestii wybrzydzać. Dobrze jednak, że Ubisoft dał graczom wybór, dzięki temu zarówno graczkom, jak i graczom łatwiej się będzie utożsamić z kierowaną przez nich postacią.

Niezależnie od dokonanego wyboru, naszą przygodę zaczynamy na wyspie Kefalonia, jako najemnik pracujący dla miejscowego producenta wina. Szybko okazuje się jednak, że protagonista nie jest zwykłym najemnikiem, gdyż płynie w nim królewska krew – spartańskiego króla Leonidasa. Życie Kasandry lub Aleksiosa mogłoby więc wyglądać znacznie inaczej, ale przykre wydarzenia z przeszłości na to nie pozwoliły i doprowadziły do rozpadu rodziny. I choć w ówczesnej Grecji szaleje krwawa wojna ateńsko-spartańska, tajna organizacja Czcicieli Kosmosa, pełniąca rolę Templariuszy, knuje w najlepsze to właśnie wątek rodzinny jest tym przewodnim. Oczywiście, szybko okazuje się, że wiąże się on dość mocno zarówno z panującym konfliktem, jak i zamaskowanymi Czcicielami, dzięki czemu nie mamy wrażenia, że coś nas omija, a do tego cały czas coś się dzieje. Przy okazji, co już jest tradycją, odwiedzamy wiele pieczołowicie wykreowanych, historycznych miejsc, jak demokratyczne Ateny rządzone przez Peryklesa, Spartę, w której panuje żelazna dyscyplina czy kilkanaście wysepek z Kos, Kretą i Lesbos na czele. W końcu trzeba dodać też kilka zdań o samym bohaterze. Ja moją przygodę przeżyłem, jako Aleksios i okazało się, że jest on jednym z najbardziej charyzmatycznych bohaterów serii, trzeźwo patrzący na otaczający go świat, potrafiący zabłysnąć inteligentnym żartem czy ciętą ripostą, a jednocześnie niewierzący ślepo w to, że wszystko znajduje się w rękach bogów. Z tym ostatnim może nie do końca, bo autorzy, trochę na wzór Wiedźmina, wprowadzili możliwość wybierania kwestii dialogowych podczas rozmów, co pozwala ukształtować charakter naszego bohatera. Są też wybory, w większości nie mają one kolosalnego znaczenia, ale w kilku wypadkach wręcz przeciwnie. Zabicie lub oszczędzenie tej lub innej osoby może mieć spore konsekwencje, nawet w kontekście zakończenia, innym razem z kolei trzeba wybrać odpowiednie składniki do stworzenia mikstury czy odpowiednie linie dialogowe opowiadając dzieciom bajkę o Peryklesie. W przeciwnym wypadku będą zawiedzione… Wątek współczesny również w grze się pojawia, cały czas główną heroiną jest Layla Hassan, która pokryjomu korzysta z Animusa w poszukiwaniu artefaktów Pierwszej Cywilizacji, ale jej rola została zdecydowanie zmarginalizowana i to starożytna przygoda jest tą wiodącą, co zresztą jest tendencją w serii od czasów zakończenia historii Desmonda Milesa.

Za wszystkie działania otrzymujemy punkty doświadczenia, najwięcej oczywiście za wykonywanie zadań – zarówno tych z wątku fabularnego, jak i dodatkowych oraz mnóstwa wyzwań, które możemy przyjmować czytając tablice informacyjne. Te ostatnie są powtarzalne, na zasadzie zabij/przynieś, natomiast zadania poboczne potrafią być naprawdę rozbudowane i stanowią oddzielną opowieść, którą na pewno warto poznać. Chociażby w Olimpii wykonujemy zadania związane z trwającymi igrzyskami, jak choćby eliminujemy skorumpowanych sędziów czy pomagamy zawodnikowi zdobyć lepszy oszczep, innym razem polujemy na unikalne zwierzęta w celu pozyskania ich skór, pomagamy Hipokratesowi w medycznych kwestiach czy Arcybiadesowi w miłosnych podbojach. Innymi słowy, warto więc zainteresować się każdym złotym wykrzyknikiem, który wyskoczy podczas przemierzania naprawdę ogromnego świata. O ile w poprzedniej odsłonie odbywało się to głównie na koniu czy wielbłądzie, tutaj, z racji geografii Grecji, otrzymujemy także własny statek, którym pływamy po wodach Morza Egejskiego docierając do kolejnych celów. Statek naturalnie rozbudowujemy przy wykorzystywaniu kolekcjonowanego drewna czy żelaza, dzięki czemu skuteczniej przeciwstawiamy się ateńskim, spartańskim czy pirackim fregatom. Do wrogich statków strzelamy z łuków, rzucamy włóczniami czy po prostu taranujemy, by w końcu wykonać abordaż i zgarnąć najcenniejsze łuki. W Odyssey mamy więc namiastkę tego, co tak pokochaliśmy w Black Flag, jednakże z pewnością morskie wojaże są jedynie bardzo rozbudowanym urozmaiceniem rozgrywki, które w końcowym rozrachunku przegrywa z podróżowaniem pomiędzy odkrytymi punktami szybkiej podróży, które ulokowane są na najwyżej położonych punktach w danym regionie, a zsynchronizowanie takowego kończy się wykonaniem skoku wiary do stogu siana.

To oczywiście nie wszystko, co ma do zaoferowania Odyssey. Na mapie znajdują się dziesiątki pytajników, pod którymi ukryte są powtarzalne aktywności – jak eksplorowanie jaskiń i grobowców, rozbijanie obozów bandytów czy atakowanie twierdz, w których stacjonują żołnierze panujący aktualnie nad danym regionem. Napisałem aktualnie, gdyż jeśli odpowiednio się postaramy, np. zabijając przywódcę czy paląc wojenne zapasy, mamy możliwość wzięcia udziału w podboju. Wtedy opowiadamy się za jedną ze stron konfliktu i albo bronimy terytorium, co jest nieco łatwiejsze, albo atakujemy zabijając kolejnych zbrojnych i ostatecznie odnosząc zwycięstwo. Nie ma to jednak trochę sensu, bo wojny w pojedynkę i tak nie jesteśmy w stanie wygrać, zaś przejęty teren na korzyść którejś ze stron można ponownie odbić, tym razem z korzyścią dla drugiej… Niezależnie od tego, w naszych działaniach niejednokrotnie przeszkadzają nam najemnicy, którzy działają w systemie mogącym przypominać system Nemezis z serii gier o Śródziemiu. Jeśli popełnimy jakieś przestępstwo, np. zabijając cywilów lub kradnąc, albo po prostu się komuś narażając zaczynają polować na nas najemnicy o bardzo oryginalnych przydomkach. Najemnika możemy wyeliminować albo spłacić lub zabić jego zleceniodawców, ale zdecydowanie to ta pierwsza opcja jest najlepsza. Nie dość, że awansujemy wtedy w rankingu najemników, mamy szansę na zdobycie naprawdę wartościowego ekwipunku. Żeby nie było za łatwo, pokonany najemnik zastępowany jest przez innego, jednakże już o poziomie niższym niż nasz, przez co jego pokonanie również jest łatwiejsze – o ile oczywiście będziemy mieli okazję napotkać go na swojej drodze i się z nim zmierzyć. Sława zyskana na byciu coraz wyżej w rankingu przekłada się na wymierne korzyści, np. materialne, dzięki czemu ulepszenia statku kosztują nas mniej, a kowale po promocyjnej cenie ulepszają nasz ekwipunek. W końcu są jeszcze Czciciele, jak wspomniałem, tajna organizacja, która z tylnego siedzenia kieruje wieloma dziedzinami życia starożytnej Grecji, ma wpływ na gospodarkę czy rządców. Aleksios lub Kasandra postanawiają ukrócić te spiski, jednak aby dotrzeć do tych najwyżej postawionych wyznawców Kosmosa najpierw trzeba rozprawić się z tymi mniej znaczącymi, by pozyskać stosowne informacje. Jest to naprawdę fajnie przemyślane, szczególnie, że naprawdę można się zaskoczyć, kto tym Czcicielem ostatecznie naprawdę jest. Nie muszę chyba wspominać, że wątek ten jest bardzo mocno powiązany z wątkiem fabularnym, a macki Czcicieli sięgają naprawdę głęboko. W grze dostępny jest jeszcze trzeci wątek, dzięki któremu odkryć możemy tajemnicę pewnego mitycznego miejsca, co wiąże się z kolei z walką – a jakże – z iście mitycznymi stworami i stanowi to kolejne urozmaicenie rozgrywki. Jakie są to stwory i jak je pokonać, tę zagadkę pozostawię do rozwiązania wam.

Rozgrywka jest w zasadzie tym, czego doświadczyliśmy już w Origins. Walczymy kilkoma rodzajami broni (mieczami, sztyletami, włóczniami czy halabardami), do tego możemy strzelać z łuku. Ekwipunek można ulepszać, jak i wymieniać na nowy, lepszy, nie brak też legendarnych broni czy elementów pancerza, które w połączeniu przynoszą naprawdę spore korzyści. Na przykład, pełny zestaw zbroi Achillesa powoduje, że każde zadane obrażenia odzyskuje 2% zdrowia, co w połączeniu z dwoma zatruwającymi ostrzami sprawia, że bohater jest praktycznie nieśmiertelny, niczym półbog. Tej klasy ekwipunek zdobywamy jednak pod koniec gry, ale warto się starać, by go pozyskać. Oczywiście, oprócz bezpośrednich walk z przeciwnikami, nadal możemy działać – jak na asasyna przystało – po cichu, skradając się w krzakach i eliminując nic nieświadomych przeciwników, wcześniej robiąc rekonesans przy pomocy towarzyszącego nam orła Ikarosa. Ukrytego, wysuwanego ostrza co prawda nie posiadamy, ale bohater równie zwinnie posługuje się fragmentem włóczni, którą dzierży. Niezależnie od preferowanego stylu rozgrywki, należy pamiętać o rozwijaniu poszczególnych umiejętności, dzięki czemu walka oraz zabójstwa są coraz łatwiejsze i bardziej efektowne.

Graficznie gra prezentuje się bardzo ładnie. Twórcy zadbali o różnorodność krajobrazów, dzięki czemu oprócz przemierzania zalesionych terenów, wspinamy się również na ośnieżone szczyty, zaglądamy wgłąb wulkanów czy pływamy wśród podwodnej fauny i flory. Najlepiej prezentują się jednak ośrodki ludzkie, z Atenami i górującymi nad nim Panteonem na czele. To jednak nie wszystko, gdyż autorzy odtworzyli nawet budowle i monumenty, które istniały wtedy, a nie istnieją już obecnie, np. ogromna statua Zeusa na Kefalonii. Udało im się również oddać klimat poszczególnych miejsc, a przebywając w Olimpii podczas trwających zawodów można poczuć wszechobecną rywalizację. Co więcej, osoby zafascynowane historią mogą poczytać co nieco o poszczególnych miejscach i obiektach dzięki przygotowanym przez twórców encyklopedycznym informacjom. Autorzy wpletli też do dialogów kilka greckich słów, co również wpływa pozytywnie na odbiór produkcji.

Podsumowanie

Assassin’s Creed Odyssey to bardzo udana część cyklu, kontynuująca to, co zostało nam w zeszłym roku zaprezentowane w Origins. Otrzymujemy nowy, piękny świat starożytnej Grecji, możliwość pływania po rozległych wodach Morza Egejskiego oraz zapolowania na protoplastów Templariuszy. Wszystko to podszyte jest tragedią rodzinną, której kolejne akty dopisać musimy my, dzięki podejmowanym wyborom moralnym. Nie ulega też wątpliwości, że po tegorocznej odysei czeka nas jeszcze jedna przygoda w wiekach przed naszą erą. Wszak, w Rzymie Asasynów z pewnością też nie brakowało.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Assassin's Creed Odyssey