Recenzja „Assassin’s Creed Origins”

Choć Unity i Syndicate były udanymi częściami serii Assassin’s Creed, czuć było po nich zmęczenie materiału, a przede wszystkim zmęczenie samych deweloperów, którzy, pomimo iż w sposób wręcz niesamowity i niezwykle szczegółowy potrafili odwzorować rewolucyjny Paryż czy przemysłowy Londyn, jednocześnie popełniali coraz więcej błędów potrafiących wpłynąć na przyjemność płynącą z rozgrywki. Poza tym, sama formuła serii zaczęła się zauważalnie zużywać. Czynniki te spowodowały, że Ubisoft podjął strategiczną decyzję, dając Asasynom dłuższą, bo dwuletnią, przerwę od zabijania. I, jak się okazuje, była to decyzja dobra zarówno dla dla nich, jak i wspomnianych deweloperów oraz – przede wszystkim – graczy.

Tak jak Assassin’s Creed II i ogólnie cała trylogia z Ezio Auditore da Firenze spowodowała, że seria zdobyła globalną popularność, tak tegoroczne Origins z pewnością spowoduje, że odzyska ona delikatnie nadszarpnięte zaufanie do marki i gracze z wypiekami czekać będą na kolejną odsłonę Asasyna. Origins, zgodnie z tytułem, poniekąd wraca bowiem do korzeni, nie tylko dlatego, że cofa nas najbardziej w przeszłość do tej pory i pokazuje powstanie Bractwa, ale także pod względem rozgrywki, stanowiącej esencję serii – skrytobójczego eliminowania kolejnych celów. W poprzednich częściach gdzieś ta esencja się zagubiła i rozmyła, ale wraz z Origins wszystko wróciło na właściwe tory.

Głównym bohaterem Origins jest Bayek, który wraz z żoną Ayą jest jednym z ostatnich egipskich medżajów, wojowników służących faraonom i strzeżących bezpieczeństwa Egiptu i Egipcjan. Niestety, wraz ze zmianami politycznymi na świecie i społecznymi w samym Egipcie, rosnącymi wpływami Rzymian, rola medżajów diametralnie zmalała, stała się wręcz marginalna i mało kto jest gotów poświęcić swoje życie za kraj oraz za coraz bardziej despotycznych i podatnych na manipulacje i knucia faraonów. Takim słabym faraonem jest obecnie rządzący Egiptem Ptolemeusz, który obrał sobie za doradców przebiegłych członków Zakonu Pradawnych, którzy pod przykrywką wzmacniania pozycji Egiptu, umacniają swoją własną i dążą do rozszerzenia swoich wpływów i przejęcia władzy. Tak, dobrze myślicie – są to prekursorzy późniejszych Templariuszy. Czara goryczy przelewa się w momencie, kiedy w zasadzkę Zakonu wpada syn głównego bohatera, który – podczas próby ratunku – traci życie. Z tym udaje się ujść Bayekowi, który, jako ostatni medżaj, postanawia zemstę.

Wendetę rozpoczynamy od rodzinnej Siwy i okolic, gdzie naszym celem jest m. in. lokalny zarządca – Medunamun. Sukcesywnie poznajemy kolejne pseudonimy członków Zakonu, następnie, po kilkuetapowych śledztwach, odkrywamy ich prawdziwą tożsamość, po czym odbieramy im życie w różnorakich okolicznościach – podczas relaksu w łaźni, przeszukując grobowce w piramidzie czy walcząc na arenie. Wszystko po to, aby dopaść w końcu prawdziwego zabójcę syna. Cel ten pomaga zrealizować nam druga osoba żywo zainteresowana zemstą – żona Aya, która nie tylko wspiera nas w walce, ale także sama wykańcza kilku Pradawnych, nie raz wypływając na otwarte morze i tocząc morskie bitwy na wzór tych z Assassin’s Creed IV: Black Flag. Małżeństwo ma także sojuszników – oprócz znajomych z Siwy czy innych miast Egiptu, parze bohaterów pomaga sama Kleopatra, a gdzieniegdzie pojawia się też Pompejusz czy sam Juliusz Cezar. Tak jak w poprzednich częściach serii, podczas wątku fabularnego spotykamy kilka postaci historycznych, a wydarzenia wymyślone przez scenarzystów przeplatają się z tymi historycznymi, a niekiedy nawet pokrywają. Szkoda tylko, że piękna i nieustępliwa Kleopatra pojawia się na ekranie dość rzadko.

Misje główne są urozmaicone i nie raz potrafią zaskoczyć – zarówno przebiegiem, jak i zakończeniem. Autorzy postarali się wykorzystać szereg oferowanych przez grę rozwiązań gameplayowych, a każdą z misji da się ukończyć zarówno, jak prawdziwy asasyn, tzn. ukrywając się lub wchodząc w konfrontację z napotkanymi przeciwnikami i robiąc sporo rabanu. Jedyne, co może lekko zirytować to misje, w których musimy podążać lub współpracować z innymi postaciami – sztuczna inteligencja niestety miejscami nie dawała rady, a postacie poboczne albo zachowują się irracjonalnie albo np. poruszają się frustrująco wolno. Problem ten nie dotyczy zresztą wyłącznie misji wątku głównego, ale także misji pobocznych, których w grze jest kilkadziesiąt. Są one nieco mniej rozbudowane niż te z kampanii, ale niektóre z nich stanowią jej uzupełnienie, inne zaś służą po prostu rozwiązywaniu problemów zwykłych Egipcjan – te ostatnie są niestety miejscami nieco schematyczne, na zasadzie pojedź/zabij/znajdź/przynieś. Trzeba jednak docenić fakt, że twórcy zdecydowali się na rozbudowanie historii, dzięki czemu jest ona pełniejsza, a gracz może lepiej poznać wykreowany, starożytny region, szczególnie, że dużo zadań nawiązuje do egipskiej mitologii i zwyczajów ludzi z tamtych czasów. Gra jest więc jednocześnie fajną lekcją starożytnej historii.

Fabułę w Assassin’s Creed Origins musi poznać każdy fan serii. Nie jest to bowiem przygoda kolejnych z rzędu Asasynów, a ukazuje ona początki Bractwa oraz to, jak to wszystko się zaczęło – jak zrodziło się kredo. Nie będzie zbytnim spojlerem, jeśli napiszę, że nie zabrakło w grze wątku Pierwszej Cywilizacji, która stanowiła główną oś wydarzeń z oryginalnej trylogii, a także wątku współczesnego, który w Origins jest co prawda raczej ciekawostką, ale mam wrażenie, że współczesna bohaterka – Layla Hassan – dopiero się rozkręca. W końcu Bayek oraz jego żona to dobrze wykreowani bohaterowie, którym podczas ich podróży po Egipcie zwyczajnie się kibicuje i chce się, aby w końcu udało im się pomścić swoją wielką stratę.

Ale to nie poznawanie fabuły było tym, co zajęło mi w nowym Asasynie najwięcej czasu. Świat wykreowany przez Ubisoft jest bowiem ogromny. OGROMNY. Wspomniana Siwa, pierwsza lokacja, do której trafiamy w grze, wraz z przylegającymi terenami wydaje się dość spora. Wystarczy jednak włączyć mapę by przekonać się, że jej powierzchnia stanowi może 1% Egiptu, który zwiedzić możemy w nowym Asasynie. Niedługo po opuszczeniu Siwy, trafiamy do Aleksandrii. Jest to największe miasto w grze, robiące niesamowite wrażenie. Wybrukowane ulice, po których przechadzają się Egipcjanie z różnych klas społecznych oraz przedstawiciele innych nacji – chociażby Rzymian czy Greków, przybijające do portu okręty handlowe i wojskowe, mauzoleum Aleksandra Wielkiego czy górująca nad miastem Latarnia na Faros, jeden z cudów starożytnego świata. Wygląda to fantastycznie. A to oczywiście również niewielki fragment świata. Odwiedzić możemy bowiem także Memfis czy Cyrenejkę, popływać po Nilu lub wejść na Sfinksa czy jedną z kilku piramid. Oczywiście, jeśli ktoś ma ochotę może pobiegać (lub pojeździć na wielbłądzie) po wielu kilometrach kwadratowych lasów czy terenów górzystych, przemierzyć bagna walcząc z krokodylami czy w końcu zobaczyć fatamorganę na pustyni – może to zrobić w dowolnym momencie. Ubisoft zrobił to po raz kolejny. Wymodelował historyczną epokę w sposób tak pieczołowity i szczegółowy, że grafikom należy się naprawdę ogromny szacunek i podziw. Oprawa graficzna jest po prostu piękna. Starożytny Egipt z Origins jest tak klimatyczny, że chce się w nim spędzać wiele godzin i czasem aż trudno powrócić do rzeczywistości, do szarej współczesności.

Nie oszukujmy się jednak – same widoki w końcu mogą spowszednieć. Na szczęście tegoroczna odsłona serii nie jest wycieczką krajoznawczą, a sandboksem, który – poza wątkiem fabularnym i zadaniami pobocznymi – oferuje szereg innych aktywności, które odwracają od nich, a także od podziwiania widoków, uwagę. Na mapie rozlokowano z dwieście znaków zapytania, pod którymi kryją się powtarzalne aktywności. Bayek może neutralizować obozy wojskowe oddziałów Ptolemeusza, wspinać się na wysoko położone punkty widokowe czy zbierać poukrywane skarby. Co jakiś czas natrafiamy też na papirusy zawierające zagadki, których rozwiązanie doprowadzi nas do jeszcze większych skarbów. Największe bogactwa znajdują się jednak w grobowcach – te, jak wspomniałem, znajdują się w piramidach, ale nie tylko. Aby dotrzeć do ich serca trzeba przejść długie, ciemne korytarze z pochodnią w ręku. W grobowcach nie ma może wymyślnych pułapek, ale przy ich zgłębianiu towarzyszy graczowi dreszczyk emocji. Kiedy już odpowiednio się wzbogacimy, możemy zaznać nieco rozgrywki – pościgać się w rydwanach na hipodromie, powalczyć na arenie z gladiatorami czy w końcu… spróbować powalić bojowego słonia. W starożytnym Egipicie jest więc co robić i, pomimo pewnej powtarzalności, robi się to mimochodem i z satysfakcją. Przyznam się, że osobiście wyczyściłem całą mapę z pytajników, co było też konieczne do zdobycia platynowego trofeum – co również mi się udało. Gra wciągnęła mnie niczym ruchome piaski (choć ich samych w grze nie uświadczyłem).

I w końcu dochodzimy do ostatniego akapitu niniejszej recenzji, ale być może najważniejszego. Rozgrywki. Ta również w pewnym stopniu uległa zmianom, napiszę wręcz, że została uproszczona w stosunku do ostatnich odsłon serii, ale w ten sposób, że stanowi esencję tego, kim asasyni są – skrytobójcami. Nie ma tutaj linki do podciągania się czy skrzydeł od Leonarda da Vinci. Jest natomiast charakterystyczny płaszcz oraz ukryte ostrze, które wysuwa się bezszelestnie z dłoni Bayeka w miejscu, gdzie powinien znajdować się serdeczny palec bohatera. Kluczem do sukcesu jest skradanie się w wysokiej trawie, ewentualnie od czasu do czasu używanie bomb dymnych. Nieocenionym pomocnikiem protagonisty jest Senu – orzeł, który niczym dron skanuje teren, oznacza przeciwników oraz ich ścieżki poruszania się. Nie oznacza to oczywiście, że Bayek nie potrafi walczyć. Medżaj umiejętnie posługuje się kilkoma rodzajami oręża – mieczami, włóczniami czy buławy, a także łukami. Tych jest też kilka rodzajów – szybkie, strzelające niczym shotguny albo myśliwskie i długie, którymi oddawać można bardziej precyzyjne, śmiertelne strzały. Łuki zresztą nie służą wyłącznie do walki z ludźmi, a także ze zwierzętami – w tym hipopotamami czy krokodylami – z których pozyskujemy materiały (skóry) niezbędne do ulepszania ekwipunku. Starcia w zwarciu ogólnie przeszły metamorfozę na plus. Nie ma już kolejkowania i wszyscy przeciwnicy atakują jednocześnie, co powoduje, że walka z większą grupą, szczególnie, jeśli znajdują się w niej bardziej dopakowani wrogowie, potrafi skończyć się szybką desynchronizacją. Usprawnieniu ulegała również wspinaczka – Asasynowi nie sprawia żadnego problemu wspinanie się na praktycznie każdą półkę skalną czy jakikolwiek budynek. Jest to płynne i intuicyjne. Do rozgrywki wprowadzono także elementy znane z gier RPG. Zdobywanie poziomów daje punkty doświadczenia, które można wymieniać na umiejętności w rozbudowanym drzewku. System rozgrywki stanowi, bądź co bądź, odświeżenie skostniałej ostatnimi czasy formuły.

Podsumowanie

Assassin’s Creed powraca w glorii i chwale! Nie będę owijał w bawełnę (a raczej w len) i od razu napiszę, że jest to jedna z dwóch najlepszych gier z serii, obok pierwszego poznania z Ezio. Czas dany deweloperom został przez nich w pełni wykorzystany i zaoferowali oni wspaniałą podróż do starożytnych dziejów ludzkości. Pojawiły się opinie, że twórcy – pod względem mechaniki – wzorowali się na Wiedźminie 3. Rzeczywiście, da się znaleźć kilka podobieństw do hitu od CD Projekt RED – jazdę konną, wszechobecne znaki zapytania na mapie czy podobny system walki. To dobrze, bo na najlepszych należy się wzorować. Najważniejsze jednak, że seria o Asasynach przypomniała sobie o swoich skrytobójczych korzeniach i oby utrzymała ten poziom w kolejnych odsłonach. Może tym razem czas na wycieczkę do starożytnego Rzymu lub starożytnej Grecji? Alea iacta est.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Okami HD