Recenzja „Assassin’s Creed Syndicate”

Po pięknym Paryżu pogrążonym w rewolucji społecznej, kolejnym miastem, do którego przenosi nas Ubisoft jest wiktoriański Londyn, w którym również sytuacja społeczeństwa nie jest za ciekawa – warunki pracy pozostawiają wiele do życzenia, na ulicach wielu dzielnic rządzą gangi, a politycy są skorumpowani. Na ratunek przybywają jednak przedstawiciele Bractwa Asasynów, po raz pierwszy w serii, w liczbie mnogiej.

Mowa o bliźniakach – Evie i Jacobie Frey – których różni nie tylko płeć, ale także podejście do życia i preferowany styl walki. Evie jest rozsądna, kontynuuje poszukiwania niedawno zmarłego ojca, który za wszelką cenę chciał odnaleźć w Londynie Fragmenty Edenu, czyli potężne przedmioty należące do Pierwszej Cywilizacji. Jacob z kolei jest w gorącej wodzie kąpany, nie za bardzo przejmuje się poczynaniami siostry i skupia się na czymś bardziej przyziemnym – chce stanąć na czele gangu i z jego pomocą wykurzyć bandziorów z londyńskich ulic. Niezależnie jednak od sposobu działania, cel rodzeństwa jest wspólny – utarcie nosa Templariuszom, którymi w Londynie dowodzi Crawford Starrick, egocentryk kontrolujący wszystko, co można kontrolować – przemysł, banki, badania naukowe, transport czy scenę polityczną.

Crawford Starrick.

Fabuła rozpoczyna się od mocnego uderzenia – Jacob skrada się w wielkim zakładzie produkcyjnym w celu zgładzenia Ruperta Ferrisa, bezdusznego właściciela większości fabryk w stolicy Anglii, a równolegle Evie infiltruje tajne laboratorium, w którym naukowcy pod kierownictwem Templariuszy badają jeden ze znalezionych Fragmentów Edenu. Niestety, dalej nie jest jak u Hitchcocka i napięcie nierośnie jeszcze bardziej. Bliźniaki przemierzają cały Londyn, wyzwalając kolejne dzielnice Londynu z rąk przeciwników i zabijając najbardziej wpływowe persony, aby pokonując kolejne szczeble wejść na sam szczyt drabiny i zmierzyć się z samym Starrickiem. Jest to formuła znana z poprzednich odsłon serii i po jakimś czasie zaczyna lekko nużyć, kiedy po raz któryś wykonujemy zadanie o podobnym schemacie, aby w końcu poznać lokalizację interesującego nas Templariusza. Na szczęście misje kończące dane sekwencje są już znacznie ciekawsze, bardziej rozbudowane i pozwalają na dokonanie zabójstwa na wiele sposobów, np. z finezją. W pamięci zapadło mi zabójstwo szalonego naukowca, którego można oszukać w ten sposób, że po cichu podmieniamy zwłoki przeznaczone do badań na samego siebie i kiedy jesteśmy już sam na sam z naukowcem, wyskakujemy spod prześcieradła i wbijamy mu ostrze prosto w szyję. Sama fabuła jednak nie wciąga, a wątek główny nie wnosi niczego nowego do uniwersum. Główny antagonista został zbyt słabo zarysowany, a końcowe starcie zawodzi. Na plus należy zapisać kreację dwójki głównych bohaterów i ich dialogi, szczególnie pomiędzy nimi, które wpisują się w popularne w szkołach podstawowych powiedzenie „kto się czubi, ten się lubi”. Minus kolejny raz zapisuję w rubryce wątku współczesnego, który po Black Flag, a właściwie wraz ze śmiercią Desmonda w trzeciej odsłonie serii, jest przez Ubisoft zaniedbywany i niewyjaśniany. Kilka renderowanych, filmowych wstawek obecnych w Syndicate to zdecydowanie za mało, szczególnie, jeśli pozostawiają po sobie więcej pytań niż odpowiedzi.

Największą nowością wprowadzoną w rozgrywce jest miotacz liny, czyli urządzenie znacznie usprawniające przemieszczanie się po mieście. Wybieramy punkt nad sobą, wciskamy L1 i nasza postać momentalnie znajduje się kilka pięter wyżej. Linka działa też w poziomie, a przemieszczanie się z jednego fabrycznego komina na drugi odbywa się bardzo płynnie. Linką nie można przyciągać przeciwników, ale jako nowy „środek transportu” sprawdza się wyśmienicie, choć zwyczajnie skakanie po gzymsach i łapanie się parapetów sprawdza się bardzo dobrze. Drugim środkiem transportu są jeżdżące z dużą częstotliwością powozy – bryczki wypełnione balami drewna, karety bogatszych Londyńczyków, omnibusy czy konne wozy strażackie lub radiowozy. System jazdy jest jednak mało przystępny, powozami ciężko się steruje, a pościgi czy wyścigi to momentami udręka przez głupie zachowanie naszych przeciwników. Z konnych pojazdów korzystałem tylko, kiedy musiałem dotrzeć w oddalone miejsce, a korzystanie z punktu szybkiej podróży było nieopłacalne.

Walka jest dynamiczna, choć przeciwnicy nadal cierpią na braki w inteligencji, gdyż atakują jeden po drugim zamiast grupowo rzucić się na naszego bohatera. Starcia obierają się na wciskaniu przycisku odpowiedzialnego za atak, a w odpowiednim momentach tych odpowiedzialnych za kontrę i rozbicie bloku oponenta. Bardzo podobały mi się animacje wykończeń, niezwykle efektowne i z użyciem nowych broni, które dzierży para bliźniaków – nożyka kukri, laski oraz kastetu. Najmocniejszym aspektem jest jednak skradanie i ponownie ten element w serii zapewnia sporo satysfakcji, kiedy uda się zlikwidować cel całkowicie bezszelestnie. Pomagają w tym bomby dymne czy noże do rzucania dostępne na wyposażeniu asasynów, a niekiedy przydaje się także umiejętność gwizdania. Bardzo dobrze przemyślano również drzewka rozwoju obu postaci – czuć, że każda z umiejętności do wykupienia jest przydatna. Każda z postaci posiada po trzy unikalne, dostosowane do stylu działania, czyli bitka w przypadku Jacoba i skradanie się w przypadku Evie. Pomiędzy postaciami można swobodnie się przełączać, poza konkretnymi misjami, w których wybór został ograniczony przez twórców. Przełączanie nie jest możliwe także po rozpoczęciu misji, a jedynie w czasie eksploracji miasta.

Bohaterowie nie muszą działać sami, bo do pomocy mogą rekrutować członków gangu Skokierów, których jest na ulicach tym więcej, czym więcej dzielnic Londynu przejmiemy wypędzając z nich Nędzników, czyli gang będący na usługach Templariuszy. Nasz gang ma swoje, oddzielne drzewko umiejętności, dzięki któremu możemy wzmacniać naszych Skokierów, polepszać ich uzbrojenie czy osłabiać sprzęt przeciwników. Przejmowanie dzielnic odbywa się natomiast poprzez wykonywanie powtarzalnych misji pobocznych – wyzwalania pracujących w fabrykach dzieci, zabijania Templariuszy czy łapania przestępców. Chwytanie zbirów polega na zakradnięciu się do nich, schwytaniu ich od tytułu i doprowadzenie do rąk stróżów prawda. Schwytany przestępca próbuje się wyrwać i krzyczy, więc trzeba być ostrożnym, aby nie usłyszeli lub nie zobaczyli go jego kompani. Trzeba zaznaczyć, że nie wszystkie dzielnice przejąć można od razu po rozpoczęciu gry – co prawda całe miasto zwiedzać można od początku, ale przeciwnicy w poszczególnych dzielnicach mają różne poziomy doświadczenia (od 1 do 10) i na starcie są po prostu za trudni do pokonania.

Oprócz misji wątku głównego i przejmowania miasta nie zabrakło także zadań pobocznych, innych aktywności i mnóstwa rzeczy do zbierania. Szczególnie ciekawe są te pierwsze, gdyż wykonujemy je dla całej plejady postaci historycznych, które zamieszkiwały Londyn w 1886 roku – Dickensa, Darwina, Marksa czy samej Królowej Wiktorii. Zadania te są ciekawe i wiążą się z tym, czym zajmowały się te osobistości. Karol Dickens zaprasza nas do przyłączenia się do klubu polującego na duchy, Darwinowi pomagamy ocalić jego badania nad procesem ewolucji, zaś z Karolem Marksem agitujemy na rzecz większym praw pracowniczych. Innymi aktywnościami są toporne wyścigi powozów i bardziej emocjonujące walki na pięści, przejmowanie konwojów, zaś do znalezienia czekają zasuszone kwiaty, ilustracje z naszkicowanymi, londyńskimi miejscówkami, butelki z różnymi rodzajami piw i grające pozytywki, których musimy nasłuchiwać, aby je odnaleźć.

W odwiedzinach u Alexandra Grahama Bella.

Co jest już tradycją w serii to doskonałe odwzorowanie historycznych miast i nie inaczej jest w przypadku wiktoriańskiego Londynu. Graficy odwzorowali najważniejsze miejsca z największą pieczołowitością, a budynek Parlamentu wraz z górującym nad nim Big Benem czy Pałac Buckingham z przechadzającymi się przed nim żołnierzami w charakterystycznych czerwonych mundurach zachwycają. Nie zabrakło także innych, charakterystycznych miejscówek – Trafalgar Square z pomnikiem Nelsona, Parku Św. Jakuba czy Scotland Yardu. Brukowanymi uliczkami przechadzają się przechodnie, którym niejednokrotnie można pomóc, np. łapiąc złodzieja, który cichaczem wyciągnął im z kieszeni sakiewkę z funtami. Wygląd biedniejszych dzielnic z mnóstwem murowanych fabryk ze stale pracującymi prasami czy zaułków, do których lepiej nie wchodzić także został świetnie oddany. Wokół Londynu rozłożone są tory kolejowe, po których co chwile jeżdżą pociągi osobowe i towarowe, na dachach których nie raz będziemy zmuszeni do walki. Zresztą, baza wypadowa Evie i Jacoba znajduje się właśnie w jeżdżącym pociągu, a w niej znaleźć można m. in. sejf, w którym gromadzone są nasze dochody z posiadanych biznesów – pubów, rozgrywek piłkarskich czy sklepów. Zachodni i wschodni Londyn rozdziela szeroka Tamiza, po której pływają setki statków, niejednokrotnie wyładowanych cennym ładunkiem, a jej przemierzanie przypomina klasycznego Froggera i polega na przeskakiwaniu płynących w lewo i w prawo łajb.

Muzyka w najnowszym Asasynie jest świetna, a skrzypcowe i skoczne brzmienia uprzyjemniają wycieczkę po Londynie. Gra nie ustrzegła się – standardowych już dla serii – bugów, ale przenikanie przez tekstury, głupie zachowanie porywanych przeciwników czy niedoczytywanie się modeli postaci nie rażą tak bardzo i nie psują satysfakcjonującej, skradankowej zabawy. Najważniejsze, że gra jest zdecydowanie lepiej zoptymalizowana niż zeszłoroczny Unity i nie rozgrywka jest płynna – w tym względzie Ubisoft odrobił pracę domową.

Asasyni w swoim pociągu przygotowują się do kolejnego zabójstwa.

Podsumowanie

Assassin’s Creed Syndicate jest nieco lepszy od poprzednika, ale czwórka to w tym momencie najwyższa ocena, jaką można wystawić grom z tej serii w obecnej, lekko zużytej formule. Miałem nadzieję, że decyzja o zrezygnowaniu z trybu kooperacyjnego i sieciowego pozwoli rozwinąć twórcom skrzydła w kwestiach historii i rozgrywki, i o ile ta pierwsza jest tylko przeciętna, z jedynie zaznaczonym wątkiem współczesnym, na który twórcy nie mają chyba pomysłu, tak rozgrywka doczekała się kilku usprawnień w postaci linki, irytujących walk na powozach i dwóch głównych bohaterów, których można polubić. To za mało, szczególnie na taką serię z aspiracjami, jak Assassin’s Creed. Trzymam kciuki, aby piąta, pełnoprawna odsłona serii była taką, na jaką asasyni zasługują.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Dragon Ball Z: Kakarot