Recenzja „Batman: Arkham Asylum”

Bez tajemniczych wstępów: Jeśli jesteś fanem Batmana, a do tej pory nie zagrałeś w Arkham Asylum, leć do sklepu. Jeśli nie jesteś fanem Batmana, też leć do sklepu. Jeśli nie lubisz Batmana, ściągnij z PSN demo – polubisz, po czym polecisz do sklepu.

Shadow of the Bat

Przez cały okres oczekiwania na nowe dzieło studia Rocksteady, nie byłem pewien, czego się spodziewać. Wszak długouchy heros z Gotham City nigdy nie mógł poszczycić się grą z prawdziwego zdarzenia – w każdym razie nie taką, która dobrze ukazałaby mrok tej postaci. Arkham Asylum miało garściami czerpać z komiksów, filmów, czy kreskówek o Gacku – i, muszę przyznać, czerpie. Panie i panowie – przedstawiam Wam pierwszą w historii porządną grę o Batmanie.

The Killing Joke

Grę zaczynamy od dostarczenia najśmieszniejszego klauna zbrodni do Azylu Arkham – placówki dla najbardziej chorych świrów w mieście. Naturalnie Joker, bo o nim mowa, złapać dał się celowo i przygotował dla Batmana dosyć niemiłą niespodziankę – chwilę po przybyciu na miejsce przejął kontrolę i zamienił całe Arkham w swój plac zabaw, a z Gacka zrobił nie tylko pośmiewisko, ale także zaszczute zwierzę ścigane po całej wyspie (Bo szpital, niczym w ostatnich filmach, znajduje się na wyspie) przez mięśniaków z więzienia Blackgate i kilka dobrze znanych wszystkim postaci, jak chociażby Killer Croc, Poison Ivy, czy Harley Quinn.

Sztampa sztampą, ale już od pierwszych sekund widać, że autorzy z potyczki z „nietoperzą mitologią” wyszli z tarczą, a nie na niej. Świetnie wypada połączenie „gotyckiej” interpretacji Gotham znanej chociażby z filmów Tima Burtona z tą nowoczesną, do jakiej przyzwyczaja nas Christopher Nolan w „Batman: Początek” i „Mrocznym Rycerzu” – strzeliste wieżyczki, łuki i gargulce mieszają się tu z nowoczesnym sprzętem i świetlistą panoramą miasta na horyzoncie. A wszystko to okraszone wspaniałymi głosami znanymi z Batman: The Animated Series i masą sekretów, drobnych nawiązań i gadżetów do odblokowania – istny raj dla fana.

Fabularnie, poza mało wiarygodnym początkiem, jest nieźle. Mamy tajemnicę, mamy nagłe zwroty akcji i mamy znane wszystkim fanom nietoperzy postacie. Gwoździem programu jest naturalnie Joker – chory, brutalny, pokręcony, łączący w sobie najlepsze (lub, jak kto woli: najgorsze) cechy wszystkich swoich wcieleń. Trochę w nim klauna, a trochę psychola – wprawdzie niezbyt często mamy okazję spotkać się z nim twarzą w twarz, jednak jego głos za sprawą wszechobecnych megafonów towarzyszy nam przez całą grę potęgując i tak miażdżący klimat – Arkham jest mroczne, pełne morderców, tajnych przejść i czyhających na każdym kroku niespodzianek. Drażni jedynie brak krwi – choć nieboszczyków nie brakuje, wszyscy wyglądają, jakby się zalali w trupa, a nie zostali zarżnięci przez psychopatów. Przed sterylnością broni grę wszechobecny brud i gruz, ale i tak trochę szkoda, że tytuł był na siłę „ugrzeczniony”.

Również sam Batman prezentuje się znakomicie – gra nie zagłębia się zbyt głęboko w psychikę postaci, nie jesteśmy więc narażeni na ciągłe retrospekcje z życia małego Bruce’a Waynea. Zamiast tego, Mroczny Rycerz jest raczej spójnikiem całej fabuły – przeważnie milczącym, zjawiającym się znikąd, nie prowadzącym żadnych jałowych dywagacji, ani nie okazującym zbyt wielu emocji – właśnie taki powinien być Batman, pojawiający się tam, gdzie jest potrzebny, działający szybko i zdecydowanie.

Going Sane

Rozgrywka w Arkam Asylum jest dosyć zjawiskową mieszanką „skradanki” z „nawalanką”. Jako, że Batman doskonale radzi sobie zarówno w bezpośrednim starciu, jak i w podchodach, walki podzielono na dwa typy: bijatyki ze słabo uzbrojonymi rzezimieszkami i wymagające planowania potyczki z uzbrojonymi po zęby cynglami Jokera.

Te pierwsze polegają na zręcznym wciskaniu odpowiednich kombinacji przycisków i „wykręcaniu” jak największych „kombosów”. Zamiast standardowych „ciosów pięścią” i „ciosów nogą”, Rocksteady zasugerowało inne rozwiązanie: Atak, kontratak, ogłuszenie i skok. Zależnie od tego, jak będziemy akurat ustawieni, podczas walki załączy się inna animacja ciosu, a żeby nie było zbyt łatwo – przeciwnicy atakują grupami i niejednokrotnie trzeba będzie kogoś ogłuszyć, uskoczyć przed rzuconą skrzynką, lub dobrze wymierzyć moment do kontrataku. Wygląda to diabelnie widowiskowo, choć czasem brakuje menu powtórek, zwłaszcza, gdy uda nam się kombo składające się z czterdziestu uderzeń.

Momenty „skradane” to chyba najlepszy element gry. Dostajemy arenę, kilka gargulców pod sufitem, idealnie nadających się do planowania akcji i stosik gadżetów urozmaicających zabawę. Ciche zdejmowanie niczego nie spodziewających się oprychów jeszcze nigdy nie było tak emocjonujące, zwłaszcza, że z pomocą linek, batarangów, czy eksplodującego żelu można zastawiać naprawdę wymyślne pułapki. Trochę może drażnić, że pomagierzy Jokera rzadko kiedy zerkają na sufit, ale niestety z pewną umownością w grach trzeba się pogodzić, a arsenał zabawek Gacka wynagradza wszelkie bóle – brak jedynie zasłony dymnej i batarangów wybuchowych, ale nie można mieć wszystkiego – zostawmy trochę na sequel.

Rozczarowuje jedynie małe zróżnicowanie adwersarzy – praktycznie każdy jest umięśniony, ogolony na łyso i wymachuje jakąś rurką, a kilkukrotne starcia z „silniejszymi kolegami”, to trochę mało.

„Zaraz, zaraz” – zawołacie pewnie, – „Największy detektyw na świecie, a tylko tłucze jakichś kmiotków?”. Otóż nie: Również dla małych detektywów znajdzie się coś do roboty, choć na zagadki rodem z przygodówek nie ma co liczyć.

Podstawą zabawy w odkrywanie tajemnic wyspy jest tzw. „detective mode” – za pomocą przycisku L2 przełączamy się na specjalny tryb widzenia, który redukuje barwy do niebieskości, zaznaczając najważniejsze punkty kolorem pomarańczowym. W ten sposób najłatwiej znaleźć słabe ściany, czy wejścia do szybów wentylacyjnych. Detective mode sprawdza się również podczas walk, gdyż zaznacza on wszelkie formy życia, nawet, jeśli te znajdują się za ścianami. Same zagadki ograniczają się w zasadzie do kilkukrotnego podążania czyimś tropem (wykrywanie oparów alkoholu w atmosferze, śledzenie odcisków palców) i rozwiązywania łamigłówek Edwarda Nigmy – Riddlera. Większość z nich nie powinna sprawić nikomu problemów, choć trzeba przyznać, że niektóre jego trofea ukryte są całkiem zmyślnie.

Mad Love

Wśród wielu ślicznie wyglądających gier, Arkham Asylum znajduje specjalne miejsce, nigdy bowiem tak dobrze nie wykorzystano jeszcze najnowszego Unreal Engine. Silnik kojarzony z plastikowością i robieniem gier na jedną modłę tu błyszczy, jak jeszcze nigdy przedtem. Choć zdarza się, że nasze oczy porażą wolniej doczytujące się tekstury, ogólne wykonanie jest powalające. Świetna animacja, mimika postaci i dopracowane detale sprawiają czasem, że aż szczęka opada – panorama Gotham to po prostu majstersztyk, a mroczne dziedzińce Azylu Arkham niewiele jej ustępują.

Duża w tym zasługa projektantów, w tym słynnego Jima Lee („Batman: Hush”). Bohaterowie wyglądają obłędnie – Joker ze swoim szaleństwem w oczach, zmysłowa Poison Ivy, czy przerośnięty Killer Croc wywierają na graczu piorunujące wrażenie. Niejednokrotnie włączałem sobie galerię postaci, by tylko przyjrzeć się dokładniej wszystkim modelom. Szczególne brawa należą się za samego Batmana – synteza klasycznego szaro-czarnego kostiumu z motywem zbroi wyszła genialnie. W końcu Nietoperz nie wygląda jakby biegał po mieście w szarej piżamie, a jak bohater z prawdziwego zdarzenia.

Dark Victory

Czy Arkham Asylum ma wady? Ma. Małe zróżnicowanie przeciwników, niemrawe zawiązanie i zakończenie akcji, mała interakcja z otoczeniem, częste prowadzenie gracza za rączkę – można by tak marudzić, jednak jaki jest tego sens?

Wady są bowiem nieistotne, jeśli zapakowane są ładnie i mimowolnie nie zwraca się na nie uwagi. Arkham Asylum to przede wszystkim tytuł wciągający, mroczny, śliczny i świetnie pomyślany, a jego braki? Są, istnieją. Przyćmione przez morze zalet.

Na tapecie
Star Wars Jedi: Upadły zakon