Recenzja „Batman: Arkham City”

Batman powraca po raz kolejny PlayStation 3. Czy jest jednak do czego wracać dla znużonego ciągłym ratowaniem świata gracza? Batman: Arkham City to kontynuacja ciepło przyjętej gry od studia Rocksteady o nazwie Batman: Arkham Asylum z 2009 roku. Była to pierwsza gra w historii elektronicznej rozrywki, która dawała poczucie bycia Mrocznym Rycerzem. Była klimatyczna, piękna i niezwykle grywalna, a Kevin Conroy jako Batman oraz Mark Hamill jako Joker byli tutaj jedynie wisienką na świetnie przypieczonym torcie. Czy Arkham City podąża śladami poprzednika?

Szaleńcy z zakładu Arkham wydostali się na wolność do odseparowanej dzielnicy miasta Gotham. W sam środek tego szaleństwa wrzucony jest Mroczny Rycerz, który po raz kolejny stawi czoła oponentom i da popalić niejednemu oprychowi. Problem polega jednak na tym, że jego głównym przeciwnikiem będzie nie tylko szalony Joker. Pojawi się również Two-Face, Pingwin i wielu, wielu innych, których napotkają na swojej drodze gracze. Tym razem jednak Batman nie będzie sam. U jego boku staną tacy sprzymierzeńcy jak Catwoman czy Robin. Pojawi się jeszcze ktoś bardzo bliski osobie Bruce’a Wayne’a…

Jak widać, roboty będzie co nie miara. Arkham City jest blisko pięć razy większe powierzchniowo niż zakład Arkham, a na każdym rogu ulicy czai się bandzior, który z przyjemnością przytrze Batmanowi nosa. Nie ma się jednak czego obawiać – Mroczny Rycerz również ma w zanadrzu kilka sztuczek.

Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy w nowym tytule od Rocksteady jest otwarte miasto, po którym przyjdzie nam podróżować. Gracz może więc od razu zająć się tłuczeniem ze zbirami na ulicach albo poszybować w przestworza i obejrzeć majestat Arkham City z lotu ptaka. A jest co oglądać. Każdy budynek jest wyjątkowy i wyróżnia się na tle reszty. To nie jest Prototype z prostymi bryłami różniącymi się nałożoną na nie bitmapą. To także nie inFamous, w którym zapamiętujemy jedynie charakterystyczne miejsca Empire City albo New Marais. Arkham City jest wyjątkowe, a każdy budynek zapada w pamięć i stanowi wskazówkę w podróżach Człowieka-Nietoperza.

Drugim ważnym atutem Batman: Arkham City jest sam gameplay. Gracz czuje się teraz Mrocznym Rycerzem bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Poruszanie się po mieście stanowi ogromną frajdę, dając możliwość zarówno na swobodne latanie po otwartym terenie, jak i błyskawiczne przemieszczanie się pomiędzy gargulcami na mniejszych mapach. Najważniejsze jednak jest to, że Arkham City oddycha własnym wirtualnym powietrzem. Wszędzie wokół Batmana znajdują się ludzie szepczący po kątach i starający się ukryć przed złoczyńcami, którzy mają własne wydumane teorie na temat Mrocznego Rycerza. Zdarzyło mi się nawet kilkukrotnie przysiąść na najbliższym gargulcu tylko po to, by posłuchać kłótni dwóch zbirów, którzy sprzeczali się kto się kryje pod maską Człowieka-Nietoperza. Wiarygodność Arkham City jest jeszcze większa, gdy spojrzymy na majaczący w tle horyzont. Zobaczymy tam nie tylko Gotham City, ale również przepływające łodzie, sunące po niebie helikoptery i charakterystyczny znak nietoperza rozświetlający zachmurzone niebo. Dech zapiera w piersiach. Nawet jeżeli jedno i drugie jest tu jedynie wirtualne.

Od strony graficznej, gra broni się dzielnie. Modele postaci i ich ruchy są wyciągnięte wprost z poprzedniej części, co nie stanowi problemu, ale czasem prowadzi do dziwnych zgrzytów graficznych, gdy przykładowo, ręka Batmana przebija na wylot szyję złoczyńcy, którego postanowił przesłuchać. Cała reszta to majstersztyk. Płatki śniegu rozpływają się po spotkaniu z Mrocznym Rycerzem, a on sam porusza się po mieście z tą samą gracją, co jego komiksowy odpowiednik. Światła miasta w sposób idealny ukazują to, co ma być widoczne i ukrywają w cieniu budynków największe sekrety miasta Arkham. Nie ma co się jednak oszukiwać – konsolowa wersja Batman: Arkham City pokazuje w sposób dosadny, że tutaj kończą się możliwości PlayStation 3. Więcej fajerwerków graficznych obecna generacja już nie uświadczy. Nie jest to jednak wina gry – po prostu sprzęt nie jest już w stanie generować tak szczegółowej grafiki.

Audio to jeden z najmocniejszych atutów Batman: Arkham City. Mark Hamill jako Joker skradł ten tytuł nawet tak fantastycznemu aktorowi jakim jest Kevin Conroy odgrywający rolę Batmana. W grze usłyszymy nawet Nolana Northa – człowieka, który stoi za sukcesem charyzmy bohatera serii Uncharted, Nathana Drake’a. Wszystkie rozmowy między Detektywem, a resztą postaci w grze przejdą do historii jako najbardziej soczyste rozmowy bohaterów wirtualnych obecnej generacji konsol. Pełne są zajadłości, ukrytego dna i nieskrywanych emocji, które wychodzą na wierzch, gdy w drzwiach (albo oknie, co bardziej prawdopodobne) pojawi się Batman. Reszta efektów dźwiękowych również nie odbiega od standardów – są więc trzaski i zgrzyty wymyślnych urządzeń bohatera jak i szczęk przeładowywanej broni zbirów. W tle z kolei leci bardzo nastrojowa i klimatyczna muzyka, którą zawdzięczamy Nickowi Arundelowi oraz Ronowi Fishowi. Momentami jest ona nawet porównywalna do ścieżki dźwiękowej z filmowego Batmana albo „Incepcji”.

Batman: Arkham City nie jest grą idealną. Jest to jednak jeden z tytułów, przy których bawiłem się najlepiej w przeciągu ostatniego roku. Wszystko, poczynając od architektury Arkham City, poprzez postacie, ich relacje, a na walce oraz efektach graficznych kończąc jest tu stworzone z obsesyjną starannością. Fani kart komiksów odnajdą się w tym świecie i wreszcie będą mogli poczuć się jak Mroczny Rycerz. Cała reszta zaś zagra w grę, która da im więcej przyjemności niż najgorętsze premiery tego roku. Kupujcie w ciemno.

Zostaw komentarz

Na tapecie
A Plague Tale: Innocence