Recenzja „Battlefield 1”

Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, ale ostatnim Battlefieldem, którego akcja rozgrywała się wcześniej niż w 1945 roku był wydany w 2009 roku Battlefield 1943. Podobnie jak konkurencyjne Call of Duty, od tamtej pory zaczęto stawiać na czasy współczesne lub wręcz przyszłe, co coraz mniej zaczęło podobać się graczom, tęskniącymi za historycznymi realiami. O ile seria wydawana przez Activision seria nadal podąża wytoczoną kilka lat temu ścieżką, w Electronic Arts doszli do wniosku, że warto posłuchać graczy i zaserwowali nam powrót w przeszłość i to najdalszy, jak do tej pory.

Battlefield 1 przenosi nas bowiem do czasów I wojny światowej, czyli do okresu, który do tej pory w grach wojennych był pomijany. Powodem było panujące przeświadczenie, że wojna, która miała miejsce w latach 1914 – 1918 była wojną nudniejszą, mniej zaawansowaną technicznie i sprowadzającą się w głównej mierze do siedzenia w okopach, przez co nie za bardzo nadającą się na materiał do pierwszoosobowej strzelanki przepełnionej ciągłą akcją. Po ograniu Battlefielda 1 stwierdzam, że te stereotypy można wsadzić między bajki. I wojna światowa, oprócz tego, że – jak każda wojna – była bardzo krwawa, nie była też na pewno statyczna.

Pokazuje to już prolog do, bądź co bądź, krótkiej, bo trwającej zaledwie pięć godzin kampanii. Wcielamy się w nim w kilku walczących na niemieckim froncie żołnierzy, których los jest z góry określony – a jest nim śmierć i to niezależnie od naszych strzeleckich umiejętności. Przeciwnik napiera, a jedyne co nam pozostało to rozpaczliwa obrona przed przelatującymi nad głowami kulami czy spadającymi z nieba pociskami. Wstęp do historii potrafi chwycić za serce i ukazuje bezsens wojny, a także niesie ze sobą bardzo ważne przesłanie – że pomimo tego, iż jesteśmy ubrani w różne mundury, jesteśmy takimi samymi ludźmi.

Po ukończeniu prologu, mamy okazję wcielić się w pięciu żołnierzy walczących na frontach w różnych zakątkach Europy i nie tylko. Poznajemy historię załogi czołgistów, która pod koniec wojny przedziera się przez francuski las, aby szczęśliwie dotrzeć do domu. Wcielamy się także w szulera, który podszywa się pod brytyjskiego pilota i rusza zmierzyć się w powietrzu z niemieckimi bombowcami atakującymi Londyn. Słuchamy opowieści Włocha, który za wszelką cenę stara się wypędzić Niemców z północnych Alp, przywdziewając pancerz przypominający prototyp tego, który przywdziewa Iron Man. Jako doświadczony, australijski żołnierz bierzemy udział w morskiej operacji na przylądku Helles w Turcji. W końcu, towarzysząc osławionemu Lawrence’owi z Arabii, jako piękna, arabska wojownicza przeciwstawiamy się Imperium Osmańskiemu w walce o własną państwowość. Każda z historii jest od siebie niezależna, ale każda niesie ze sobą jakiś morał. Z bohaterami nietrudno się utożsamić i wczuć w to, co przeżywają. Najbardziej do gustu przypadła mi pierwsza z opowieści, która najlepiej oddaje realia pierwszej wojny. Pozostałe zbyt duży nacisk kładą na widowiskowość i stawiam wiele, że przed stu laty samolot nie rozbił się na lecącym zeppelinie, pilot idąc po nim doszedł do umiejscowionego po drugiej stronie działa przeciwlotniczego, z którego zestrzelił drugi sterowiec, po czym wyskoczył, spadając wprost do Tamizy… Z drugiej jednak strony zdaję sobie sprawę, że jest to gra i coś dziać się musi, szczególnie, że kilkugodzinne siedzenie w okopach żadnego gracza by nie porwało, więc wybaczam twórcom tę drobną fantastykę. Najważniejsze, że przechodząc jedną opowieść chciałem od razu poznać kolejną i bez wątpliwości mogę stwierdzić, że Battlefield 1 ma najlepszy tryb kampanii od czasów Bad Company 2.

W parze ze świetną opowieścią idzie rozgrywka na takim samym poziomie. W najnowszym Battlefieldzie strzela się bowiem doskonale. Autorzy zadbali o to, aby jak najdokładniej odwzorować pierwszowojenny arsenał, i to nie tylko pod względem wyglądu, ale także mechaniki strzelania. Do wyboru jest sporo rodzajów pistoletów, strzelb, karabinów czy granatnik, a także granaty odłamkowe czy dymne. Co ciekawe, sporo misji możemy przejść także po cichu, oznaczając wrogów i traktując ich nożem lub saperką. Jest to czasem lepsze rozwiązanie niż bezpośrednia walka, szczególnie jak jesteśmy sami, a celu, do którego mamy dotrzeć, strzeże dziesięciu przeciwników, w tym dwóch czy trzech wyposażonych w zabójcze miotacze ognia. Niestety, działanie po cichu ma dwie wady. Po pierwsze, wrogowie nie są zbyt inteligentni i nawet zauważając ciało swojego sojusznika długo zajmuje im namysł nad tym, co z tym fantem zrobić. Z tym wiąże się druga wada, a mianowicie niemożność przenoszenia ciał wyeliminowanych wrogów, przez co mimo woli można być wykrytym, kiedy akurat jakiś przeciwnik będzie przechodził w miejscu, w którym przed chwilą nieco narozrabialiśmy.

Czym byłaby jednak seria Battlefield bez pojazdów? Tych w grze nie brakuje, tak samo zresztą jak podczas I wojny światowej. Główną rolę odgrywa oczywiście czołg – w tym przypadku „Mark V” – który odwzorowano z największą pieczołowitością. Nie chodzi tylko o wygląd, ale też o zachowanie pojazdu w warunkach naturalnych, co oznacza, że należy bardzo uważać, aby np. nie ugrząść w błocie, znacznie spowalniając sterowaną maszynę. Świetnie również lata się samolotem, a walki powietrzne są naprawdę emocjonujące. Trzeba zarówno ostrzeliwać samoloty przeciwnika, jak i unikać tych, które siedzą na naszym ogonie. Sterowanie jest bardzo precyzyjne i czułe, przez co powietrzne pojedynki były jednym z moich najulubieńszych fragmentów rozgrywki. Twórcy pozwolili nam także pojeździć na koniu i pomimo tego, że eliminacja przeciwników z wierzchowca przy pomocy szabli jest skuteczna, wierzchowiec najbardziej przydaje się do jak najszybszego pokonania dystansu na rozległej pustyni. Dostępne są także motocykle, ale na te natrafiłem jedynie w trybie sieciowym.

Właśnie, kampania kampanią, ale nie ma co ukrywać, że powodem, dla którego mnóstwo graczy czeka na nową grę z serii Battlefield jest tryb multiplayer. Ten nie zawodzi i w mojej opinii jest najlepszym od… wspomnianego już Bad Company 2. Trzeba jednak podkreślić, że największa frajda płynąca z rozgrywki sieciowej jest wtedy, kiedy gramy w zgranym zespole, najlepiej ze znajomymi. Większość trybów bowiem nastawiona jest na realizację określonych celów, co przy niezorganizowanej grupie graczy może być znacznie utrudnione, choć – oczywiście – nie niemożliwe. Tryby, w jakim rozgrywać możemy mecze to Dominacja i Podbój, czyli przejmowanie flag, Gołębie Wojenne, w którym po prostu trzeba… wysłać gołębia pocztowego, Szturm, w którym zespół atakujący musi zniszczyć telegrafy, a broniący zamówić za ich pośrednictwem ostrzał altyleryjski oraz wszystkim dobrze znany deathmatch drużynowy. Wybór może nie jest więc zbyt duży, ale z uwagi na dużą ilość dostępnych map, umiejscowionych w podobnych rejonach świata, co te z kampanii, nie ma mowy o nudzie, szczególnie, że po prostu rozgrywka jest świetna i miejscami można poczuć się, jakby rzeczywiście było się na froncie. A warto wspomnieć, że to nie koniec, bo twórcy w najbliższej przyszłości dodadzą kolejne tryby – m. in. tryb „Hardcore”, czyli rozgrywkę bez żadnych usprawnień i z pominięciem zdobytych punktów doświadczenia oraz tryb „Fog of War”, gdzie – zgodnie z nazwą – będziemy mieli ograniczoną widoczność przez dość gęstą mgłę.

Najbardziej jednak uczucie „bycia na froncie” towarzyszy nam podczas całkiem nowego trybu „Operacje”. Jest to rozgrywka sieciowa, podczas której jeden mecz trwać może ponad godzinę, i polega na przejmowaniu kolejnych terenów. Drużyny dzielą się na atakujących i broniących, a kiedy broniącym nie uda się ochronić wyznaczonej powierzchni, front przesuwa się dalej i trzeba bronić kolejnych miejscówek. Co istotne, w trybie tym można rozgrywać mecze nawet na 64 graczy jednocześnie, a wszystkie operacje posiadają podłoże fabularne – np. obrona Kanału Sueskiego, czego w kampanii nie uświadczymy. Dzięki „Operacjom” można pochwalić się pradziadkowi, że my także wzięliśmy udział w I wojnie światowej.

W rozgrywce sieciowej autorzy zdecydowali się na udostępnienie graczom czterech klas. Szturmowiec wyposażony jest w szybkostrzelną broń i granaty przeciwpancerne, medyk, zgodnie z nazwą, leczy kompanów i dodatkowo posiada zasobnik z bandażami, żołnierz wsparcia może naprawiać pojazdy, ale także dzierży przy sobie skrzynkę z amunicją, natomiast zwiadowca najbardziej lubuje się broniach długodystansowych, do których posiada także naboje przebijające najgrubszy pancerz, a dodatkowo może wskazać kompanom pozycje przeciwników. Oczywiście, wyposażenie wszystkich klas możemy dostosowywać do swoich potrzeb, oczywiście z pewnymi ograniczeniami określonymi zamysłem twórców oraz obligacjami, które są swoistą walutą w multiplayerze. Fani Counter Strike’a również będą usatysfakcjonowani, gdyż nie zabrakło otwierania skrzynek, z których możemy pozyskiwać nowe bronie oraz inne gadżety.

Od strony graficznej Battlefield 1 prezentuje się fantastycznie. Najnowsza wersja silnika Frostbite pokazuje pełnię swoich możliwości, dzięki czemu możemy podziwiać piękne obrazy zarówno na ziemi jak i w powietrzu. O wiernym odwzorowaniu broni czy pojazdów sprzed stu lat już wspominałem, natomiast chciałbym pochwalić także destrukcję otoczenia, bo – posiadając odpowiednio mocne pociski – można zniszczyć praktycznie wszystko. Strzał z czołgu w ziemię? Dziura. Strzał w wiatrak? Budowla sypie się kawałeczek po kawałeczku. Łyżkę dziegciu stanowią natomiast sporadycznie występujące, komiczne bugi w postaci lewitowania kompanów w powietrzu czy przechodzenia przeciwników przez zamknięte drzwi. Taki błędy w produkcji tego kalibru nie powinny mieć miejsca, ale, tak jak wspomniałem, są one incydentalne i tak naprawdę nieistotne. Wspaniała jest natomiast muzyka, dramatyczna i piękna jednocześnie.

Podsumowanie

Nowym Battlefieldem jestem zachwycony. Dopiero po ograniu najnowszej gry DICE zrozumiałem, że byłem zmęczony ostatnio wydawanymi strzelankami, umiejscowionymi w czasach współczesnych lub w przyszłości. Klimat konfliktów z XX wieku to jest to, dzięki czemu tak naprawdę polubiłem gatunek FPS’ów i bardzo fajnie było powrócić do nich raczej jeszcze, szczególnie, że pierwszy raz mogłem wziąć udział w wirtualnej I wojnie światowej, do tego tak doskonale odtworzonej i odwzorowanej. Jestem pewien, że do okopu prędko nie powrócę.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Yooka-Laylee