Recenzja „Battlefield 3”

W chwili gdy piszę te słowa do sklepów trafiło niespełna 10 milionów kopii trzeciego Battlefielda. Wynik to niebagatelny, który pewnikiem sprawił, że szefostwo konkurencyjnego Activision z Bobbym wciąż-mi-mało-kasy Kottickiem na czele poważnie zastanowiło się nad tym czy pozycja Call of Duty na piedestale rankingów sprzedaży ciągle pozostanie niezachwiana. Odłóżmy jednak na bok te ekonomiczne słupki i wykresy prowadzące nieodzownie do dyskusji z cyklu która gra znajdzie więcej nabywców koncentrując się bardziej na tym, czy ponad 10 milionów graczy dostało produkt w pełni wart tak wielkiego zainteresowania.

Najnowszy Battlefield jest kontynuacją PCowej serii, gdzie znajdują się jej korzenie. Mylą się zatem Ci, którzy kojarzą trzecią odsłonę cyklu z jej konsolowym odłamem o podtytule Bad Company. Tak, możecie już zapomnieć o wesołym, nieco prześmiewczym klimacie mocno inspirowanym filmami pokroju Złoto dla zuchwałych i powitać first person shootera, który w swej singlepayer’owej kampanii przyjmuje zdecydowanie bardziej dojrzały i poważny ton. Ton pachnący takimi filmami jak Hurt Locker czy kapitalnym serialem Generation Kill. Ton mocno przypominający to, co do tej pory serwowało nam Activision przy okazji kolejnych odsłon Call of Duty. Echo głównego motywu muzycznego Battlefielda przyjemnie dźwięczy mi w uszach. W jego akompaniamencie zapraszam Was do zapoznania się z treścią poniższej recenzji.

JAK U HITCHCOCKA. NO, PRAWIE

Początek opowieści najmłodszego dzieła studia DICE to iście hitchcokowe trzęsienie ziemi. Nasz protagonista ląduje na dachu pędzącego pociągu z resztką kajdanek na nadgarstkach, przebijając się przez wagony pełne agresywnych terrorystów. Kim jest bohater, z kim i o co walczy i skąd do cholery wytrzasnął te magnetyczne buty pozwalające mu chodzić po rozpędzonym obiekcie lokomocji? Na te pytania scenarzyści gry nie udzielają nam odpowiedzi. Przynajmniej na początku. Szybko orientujemy się bowiem, że autorzy przyjęli sobie dość prosty, znany chociażby z Black Ops sposób narracji w postaci przesłuchania głównego bohatera i związanych z ową czynnością retrospekcji, które są już fragmentami czystego gameplay’u. Ot, sierżant Blackburne odpowiada na pytania dwóch wysoko postawionych urzędników wojskowych, a w trakcie jego wspomnień z frontu do akcji wkracza zniecierpliwiony gracz. Zabieg ten w zręczny sposób umożliwił DICE żonglowanie różnymi wątkami, rzucając nas w coraz to nowe miejscówki i umożliwiając obejrzenie niektórych sekwencji fabuły z perspektywy różnych postaci. Musisz bowiem wiedzieć, drogi Czytelniku, że w najnowszym Battlefieldzie przyjdzie Ci wcielić się w skórę nie jednego, a aż czterech bohaterów, jednak sierżant Blackbourne pozostaje głównym żołnierzem dla storyline’u gry. Dzięki takiej konstrukcji fabuła nabiera pewnej różnorodności, ale o identyfikacji z którymkolwiek z protagonistów nie ma tutaj mowy. Sam motyw z retrospekcjami powoduje, że fabuła przypomina jedną wielką układankę, której części stopniowo dopasowujemy w miarę progresu gry. Problem w tym, że historia w trzeciej części Battlefielda jest miałka, sztampowa, a początkowe napięcie związane z efektownym prologiem stopniowo opada, by potem nagle wzrosnąć… i znowu opaść. Brakuje momentów, które na stałe wpisałyby się w pamięci graczy. Sytuacji, po obejrzeniu których rzekłbyś wow, to było niesamowite. Oczywiście, są misje, które trzymają w napięciu, ale niestety trwają stanowczo za krótko i jest ich zdecydowanie za mało. Dość powiedzieć, że ukończenie trybu dla pojedynczego gracza zajmie Ci nie więcej niż 6 godzin. Jasne, jest to raczej standardowy wynik dla militarnych shooterów, ale nie zmienia to faktu, że chciałoby się więcej.

OGRANICZONE POLE MANEWRU

Jeżeli boli Cię nagromadzenie liniowych do bólu, tunelowych shooterów, w których od początku do końca gracz jest prowadzony za rączkę po wyznaczonej z góry ścieżce to mam dla Ciebie nienajlepsze wieści. Battlefield 3 w singlu nie jest nawet w minimalnym stopniu panaceum na Twoje udręki. Ba…można by rzec, że jest jeszcze bardziej liniowy niż Bad Company 2 co nie każdemu musi się spodobać. Szwedzki developer podjął się bowiem próby stworzenia takiego ładniejszego Modern Warfare i trudno go za to winić. Wszak takie gry najlepiej się sprzedają, a tą branżą – jak każdą inną gdzie czuć zapach mamony – rządzą pieniądze i czysta chęć zysku. Nie zmienia to jednak faktu, że uczucie podążania ciasnym korytarzem, którego nie możemy w żaden sposób przekroczyć czasami aż za mocno rzuca się w oczy. Spodziewałem się większej ilości terenów otwartych i większej swobody, a w moje ręce wylądowało dokładnie to, co serwuje nam od lat Activision w swoim pomyśle na kampanię dla jednego gracza. Nie ukrywam, że jestem tym faktem nieco zawiedziony.

Sama rozgrywka pod względem stricte gameplay’owym prezentuje względnie zróżnicowany poziom. Z radością i otwartymi ramionami przywitałem przerywniki od ciągłego strzelania pokroju misji, w której przejmujemy kontrolę nad czołgiem czy uzbrojonym po zęby myśliwcem. I o ile tej pierwszej nie mam absolutnie nic do zarzucenia, tak etap w przestworzach jest intrygujący tylko i wyłącznie w aspekcie wizualnym. Kto by pomyślał, że autorzy zdecydują się na sekcję po szynach, nie dając nam możliwości kontroli nad samolotem? W efekcie jedyną czynnością jaką wykonujemy jest strzelanie z działka, rakiet i puszczanie flar, których zadaniem jest odciągnięcie reagujących na ciepło rakiet przeciwnika. Wszystko to wygląda nad wyraz efektownie, ale oskryptowane sekwencje aż kłują w oczy.

Niestety, wspomniany zarzut nie dotyczy tylko misji z myśliwcem. Skrypt goni skrypt, a względna swoboda w destrukcji otoczenia znana chociażby z pierwszej odsłony Bad Company odeszła w niepamięć. Myślałeś, że w nowym Battlefieldzie będziesz miał możliwość zaskoczenia przeciwnika, robiąc dziurę w ścianie, zachodząc go od tyłu, zamiast skorzystać ze standardowej opcji wejścia przed frontalne drzwi? Błąd. Owszem, destrukcja otoczenia jest obecna, ale tylko w momentach, w których pozwolą nam na to twórcy. Znane z trailerów recenzowanego tytułu wysadzenie z RPG elewacji hotelu w Iraku, by pozbyć się uporczywego snajpera jest tu najlepszym przykładem. Z góry przewidziany przez autorów budynek bez problemu zrównasz z ziemią, podobniej destrukcji będą też podlegały auta i murki, za którymi chowają się przeciwnicy, ale na tym szumna dewastacja obiektów w trybie singleplayer się kończy. Można powiedzieć, że w tym aspekcie DICE zrobiło spory krok wstecz.

Jakby mało było tych narzekań, również SI przeciwników nie zachwyca. Wrogie jednostki PLR częstokroć nie popisują się inteligencją biegnąc na nas niczym mięso armatnie przeznaczone na odstrzał. Kontrastuje to mocno z ich niebywałą celnością. Niejednokrotnie ginąłem w wyniku konfrontacji mózgoczaszki mojego bohatera z jakąś zabłąkaną kulą wroga, a zjawisko magicznych headshotów znikąd występowało nieco zbyt często. Z jednej strony fajnie, że postać którą sterujemy to nie kolejny remboidalny zabijaka, potrafiący przyjąć na klatę 40 kul, wyrzynając z Bogurodzicą Dziewicą na ustach kolejne tabuny wroga, ale z drugiej – częste śmierci bywały odrobinę irytujące. Mimo wszystko zabieg ten kształtuje w graczu poczucie, że steruje poczynaniami zwykłego żołdaka co należy odnotować in plus. W ogóle sam klimat wojny i próba symulowania uczestnictwa w zmaganiach militarnych wyszły w nowym BFie nad wyraz sugestywnie. Nasi kompani to zwykli kolesie, a nie superżołnierze wykonujący perfekcyjnie każdy rozkaz bez mrugnięcia okiem. To goście trafiający do armii z różnych pobudek, ludzie którzy częstokroć oddają swe życie bezsensownie w imię doktryn politycznych i wyższych idei, których nie do końca pojmują. Są opanowani jak to tylko możliwe w warunkach rozgardiaszu militarnych zmagań, ale daleko im od wypranych z ludzkich emocji botów, jakich w grach tego typu pełno. Widać, że DICE starało się nadać im nutkę własnego charakteru, co szczególnie uwydatnia się podczas rozmów poszczególnych członków oddziału przed i w trakcie wykonywania misji.

PIĘKNA BESTIA

Wiarygodności wojennych potyczek dodaje również genialna animacja naszych towarzyszy broni. To co Szwedzi zrobili z technologią ANT wykorzystywaną w grach sportowych EA zasługuje na miano gamingowego Oscara. Postacie poruszają się wręcz obłędnie czuć, że biegną ociężale targając za sobą oręż i nielekkie umundurowanie. Szczególnie sugestywnie wypadają momenty gdy wraz z resztą oddziału zbiegamy z jakiegoś podwyższenia terenu ku dołowi. W większości gier postać truchtająca z góry, wygląda trochę tak jakby się z niej zsuwała, natomiast w produkcji DICE pokonujący pochyłe zbocze żołnierz wygląda na tyle realistycznie jak to tylko możliwe. Widać jak na dłoni, że ojcowie Battlefielda sporo wynieśli z produkcji kultowego w pewnych kręgach Mirror’s Edge. Nasz bohater pokonuje murki, biegnie, kuca czy pada na ziemię, a wszystkim tym ruchom towarzyszy znajomy sposób reagowania kamery znajdującej się w jego oczach. Feith z pewnością byłaby dumna z tego, w jaki sposób rozwiązano ten element w najnowszej grze jej ojców.

Również oprawa audio-wizualna produkcji Szwedzkiego developera jest najwyższej próby. Silnik Frosbite 2.0 zachwyca złożonością oświetlenia, jakością tekstur, renderingiem broni i postaci. Świetne wrażenie robi efekt akomodacji oka, gdy wychodzimy z ciemnego pomieszczenia na spalone słońcem ulice Iraku czy Iranu. Oczywiście oprawa graficzna konsolowego BF’a nie może się równać z tą dostępną na wypasionym PC za 3 tysiące złotych, ale prawdę napisawszy różnica wizualna nie jest na tyle duża by mówić tu o przeskoku generacji. Na PS3 trzeci Battlefield prezentuje się bardzo ładnie, zbliżając się momentami do osławionych trailerów, którymi byliśmy karmieni na długo przed premierą gry. Niestety, pewną rysą na diamencie są doczytujące się gdzieniegdzie tekstury, jak i fakt, że gra śmiga w trzydziestu klatkach na sekundę, a nie – jak u konkurencji – w sześćdziesięciu. Cóż, przy takim przepychu wizualnym płynny framerate byłby prawdopodobnie niemożliwy na przeszło pięcioletnim sprzęcie.

W parze z fantastyczną oprawą graficzną idzie iście epicka ścieżka dziwiękowa. Tandem Skugge i Rintamaki spisał się tu na medal dotykając niemal boskiego poziomu Hansa Zimmera. Również odgłosy wojny, wystrzałów, wybuchów i przeładowań broni wypadają nad wyraz sugestywnie, szczególnie gdy zamiast standardowych głośniczków stereo mamy na wyposażeniu solidnej jakości kino domowe. Pochwalić należy także polski dubbing, którego słuchałem bez zażenowania. Aktorzy zostali dobrani w dość trafny sposób do postaci, którym użyczają swojego głosu, aczkolwiek i tak angielska wersja bije na głowę tą znad Wisły.

MULTIPLAYEROWE DANIE GŁÓWNE

Dla wielu z Was kampania singleplayer w nowym Battlefieldzie będzie swoistym samouczkiem przed wieloosobową wyrzynką w sieci. Jeszcze inni potraktują ją jako swoisty pokaz możliwości autorskiego silnika graficznego Digital Illusions skąpany w morzu nie zawsze udanych skryptów. Część z Was prawdopodobnie w ogóle jej nie odpali, od razu przysiadając do rozbudowanego trybu multiplayer. I wiecie co? Nie byłoby to złe posunięcie, gdyż single jest dość przeciętny, a dopiero tryby przeznaczone dla więcej niż jednego gracza pokazują prawdziwy potencjał najmłodszej latorośli studia DICE.

Na pierwszy ogień idzie fantastyczny tryb kooperacji. Czego my tutaj nie mamy? Co-opowych misji jest co prawda zaledwie sześć, ale każda z nich stara się uraczyć nas czymś nowym. Są zadania, w których np. jeden z graczy wciela się odpowiednio w pilota helikoptera i strzelca, są momenty w których eskortujemy zakładnika, a nasz kooperacyjny kompan nas osłania, są też chwile gdy pod osłoną nocy musimy zgrać się z naszym współtowarzyszem by zlikwidować cichaczem stojących nieopodal przeciwników. Co ciekawe, gdy jeden z graczy padnie, drugi może do niego podbiec i spróbować odciągnąć go od linii ognia wrogich jednostek. W tym czasie postrzelony może wciąż strzelać z pistoletu, odczołgując się w bezpieczne miejsce, także nie pozostaje całkowicie bezbronny.

Co-op w B3 jest kwintesencją grywalności i jedyną łyżką dziegciu w tej słodkiej beczce gameplay’owego miodu jest fakt, że kończy się jeszcze szybciej niż krótki tryb dla jednego gracza. Pocieszeniem jest to, że za progres w owym trybie zdobywamy przydatne we właściwym, komperacyjnym multiku przedmioty. Misje kooperacyjne warto przechodzić parokrotnie by wyśrubować jak najlepszy wynik. Co warte nadmienienia – nasze osiągi wyświetlają się w Battlelogu, czyli czymś na kształt serwisu społecznościowego poświęconego wyłącznie trzeciej odsłonie najsłynniejszej serii Digital Illusions. Znajdziemy w nim wszystkie potrzebne graczom statystyki i informacje – możliwość porównania się z innymi, zdobyte w multiku osiągnięcia czy wyniki naszych znajomych. Wszystko to prowadzone na bieżąco, podane w dość przejrzystej formie.

Przechodząc do sedna wieloosobowej zabawy najnowszego Battlefield’a… ten nie ma sobie równych jeżeli chodzi o wojenne first person shooter’y. Modern Warfare z ciasnymi mapami i praktycznie zerową destrukcją otoczenia wydaje się przy nim nad wyraz archaiczny. Multiplayer stanowi tu esencję zabawy i główny powód, dla którego pudełko z logiem B3 powinno znaleźć się na Twojej półce. Trzeba jednak naprędce nadmienić, że konsolowa wersja gry oferuje zabawę zaledwie 24 graczom, co przy 64 osobach na PC jest niemałą różnicą, znacznie wpływającą na sam gameplay. Skala bitew jest nieco mniejsza, lecz nie ujmuje to generalnie bardzo wysokiej grywalności omawianego trybu. Cieszy dużo większa niż w singlu destrukcja otoczenia. Nic nie stoi na przeszkodzie by wysadzić w pobliskim budynku dziurę przez którą przemkniemy do środka. Z satysfakcją stwierdziłem, że można zrównać z ziemią znaczną część dostępnych na mapach konstrukcji. Miodzio.

W kontraście do ubogiego pod tym względem trybu dla jednego gracza stoi wykorzystanie w multiplayerze przeróżnych środków transportu. Mapy są naprawdę rozległe, a w ich przemierzaniu pomocne staną się nam nie tylko naziemne jeep’y i czołgi, ale także przecinające nieboskłon myśliwce i helikoptery. Dzięki takiemu zróżnicowaniu nie sposób nudzić się podczas wieoloosobowych potyczek. Co chwila ktoś prowadzi ostrzał z powietrza, jeszcze inny sieje demolkę przy pomocy high-endowego Rudego 102, a kolejny wykonuje właśnie desant z łodzi, wydając po drodze kumplom z drużyny zagrzewające do walki komunikaty przez headset. Czuć zażartą batalię o każdy skrawek mapy i poczucie że uczestniczymy w prawdziwej, epickiej bitwie. Cały obraz uprzykrzają nieco drobne zgrzyty w postaci sporadycznych bugów jak i koniecznych mankamentów pokroju faktu, że ze względu na rozmiary map myśliwce nie mogły latać na tyle szybko, jak w rzeczywistości, co przekłada się na dość komiczne, ślamazarne tempo przemieszczania się stalowych orłów w powietrzu.

Naturalnie wraz z coraz większą ilością potyczek stoczonych po sieci nasza postać stopniowo awansuje, zdobywając wyższe levele doświadczenia. To z kolei otwiera nam drzwi do poszerzenia naszego militarnego arsenału o kolejne giwery, a także skolekcjonowania nowych odznaczeń, medalów, nieśmiertelników czy opcji customizujących wygląd naszego żołdaka. Warto nadmienić, że broń można tunningować dodając do niej takie bajery jak luneta, uchwyt zmniejszający siłę odrzutu, celownik laserowy czy latarkę. Ta ostatnia ma zastosowanie nie tyle wizualne, co czysto praktyczne. Gdy musimy szybko przeładować magazynek, a widzimy nadciągającego wroga istnieje możliwość zaślepienia go snopem światła. Przyznam się bez bicia, że patent ten nie raz uratował głowę mojego wirtualnego żołnierza przez zdobyciem celnego headshot’a, ale widok błyskającej lunety w świetle słonecznym wygląda zwyczajnie głupio. Cóż, widocznie DICE poszło tutaj na pewien kompromis, dając graczom w ręce stricte taktyczną opcję, umniejszając realne zachowanie błysku światła latarki w naturalnym słońcu dnia.

Kończąc kwestię fantastycznego multiplayera czuję się zobligowany wspomnieć jeszcze o dostępnych w grze klasach postaci. Tutaj Szwedzki developer pokusił się o nieznaczne modyfikacje w stosunku do drugiej części Bad Company chociażby. Wyleciał Medyk, a w jego miejsce gracze z otwartymi ramionami przywitają Żołnierza Wsparcia, który oprócz rozstawiania apteczek przydatnych rannym towarzyszom broni, został wyposażony w poręczny defibrylator, który posłuży nam w przywracaniu do życia sfragowanych kompanów. Powrócił znany i lubiany Inżynier, z magiczną umiejętnością błyskawicznego naprawiania niemal całkowicie zdewastowanych pojazdów na czele. Listę klas postaci zamyka Zwiadowca preferujący walkę na dłuższym dystansie. Warto nadmienić, że w zależności od wyboru rodzaju żołnierza będziemy zaczynali potyczkę z inną bronią na pokładzie, ale nic nie stoi na przeszkodzie by po śmierci, a jeszcze przed respawnem zmienić klasę naszego dzielnego komandosa. Daje to pole do eksperymentów, bo niektóre mapy lepiej sprawdzają się dla poszczególnych klas postaci, a inne gorzej. Kluczem do sukcesu jest umiejętny dobór zarówno pod konkretną arenę militarnych potyczek jak i pod swoje indywidualne preferencje.

Podsumowanie

Battlefield 3 to tytuł pełen sprzeczności. Z jednej strony na graczy czeka do bólu sztampowa, oskryptowana i zawodząca fabularnie kampania singleplayer, a z drugiej genialny wręcz tryb multi, który deklasuje każdy konkurencyjny tytuł w segmencie first person shooterów z nieco archaicznym już Call of Duty na czele. To gra, którą powinieneś nabywać głównie z myślą o fantastycznych potyczkach on-line, które zapewnią Ci długie godziny rozgrywki na najwyższym z możliwych poziomie. Kampania dla jednego gracza widnieje tu trochę jako nieudana próba kalkowania schematów przewijających się w strzelaninie Activision od pamiętnego Modern Warfare zacząwszy. DICE zabrakło doświadczenia w prowadzeniu adrenalinopędnego storyline’u gry przez co singleplayer będzie dla wielu sporym rozczarowaniem. Nie zmienia to jednak faktu, że dla samego trybu wieloosobowego warto mieć ten tytuł w swojej kolekcji.

Zostaw komentarz