Recenzja „Battlefield: Bad Company 2”

Parszywa Kompania powraca i ponownie wrzucona jest na niebezpieczną misję, której niepowodzenie może skutkować zagładą Ameryki. Na pewno już nie raz słyszeliście podobny scenariusz i jak widać druga część gry nie sili się na oryginalność. Nie ma co ukrywać, że to tryb sieciowy stanowi kręgosłup produkcji, a kampania jest jedynie dodatkiem, jednakże dodatkiem bardzo widowiskowym.

Cała historia rozpoczyna się – o dziwo – podczas II Wojny Światowej, w trakcie trwania operacji Aurora. Komandosi mają za zadanie odnaleźć tajną broń przetrzymywaną przez Japończyków, ale nie do końca się to udaje i potężny ładunek zostaje zdetonowany, zabijając wszystkich – i Skośnookich i Hamburgerożerców. Jak się pewnie domyślacie, ten swoisty prolog ma bardzo dużo wspólnego z dalszą częścią historii, dziejącą się już we współczesności. Preston Marlowe (gracz), Sweetwater, Haggard oraz Redford są wysłani właśnie w celu odkrycia co z tą bombą się stało, na nieszczęście interesują się nią też Rosjanie. Na pewno nie będzie łatwo, o czym świadczy już pierwsza misja w ośnieżonej Rosji, a czym dalej, tym gorzej. Nic to jednak dla wesołej Kompanii, którzy przecież nie z takimi wyzwaniami sobie już radzili.

Napisałem wesołej, ponieważ w grze bardzo istotnym elementem jest humor, który wyłapać można podczas dialogów czwórki nierozłącznych bohaterów – bo kto w sytuacji zagłady kraju żałowałby, że już nigdy więcej nie zobaczy cheerleaderek z meczów koszykarskich albo pilot, który bardziej przejmuje się tym, że zgubił paczkę papierosów niż nadlatującym pociskiem z wyrzutni rakiet? No właśnie. Co prawda humoru jest trochę mniej niż w części pierwszej (ogólnie gra jest bardziej poważna), jednak trafia się parę fajnych momentów. Szkoda tylko, że nasza konsola pozbawiona jest polonizacji (X360 i PC mają wersję z dubbingiem), bo osobom gorzej znającym angielski z pewnością umknie co nieco.

Kompania, aby wypełnić swoją misję, wysłana zostaje w kilka zakątków świata. Pisałem już o drugo wojennej Japonii, a oprócz tego trafisz jeszcze do Chile, Rosji czy w końcu na amerykańską ziemię. Świat gry jest dzięki temu bardzo zróżnicowany, bo walka odbywa się zarówno na śniegu, jak i na pustyni, w dżungli i mieście. Dzięki temu zapobiegnięto monotonii, a zdecydowano się dodatkowo na parę fajnych motywów. Dla przykładu – podczas przeprawy przez zaśnieżoną przełęcz musisz kryć się w domkach, bo zbyt długie przebywanie na mrozie zamieni cię w wielką bryłę lodu.

Jeśli chodzi o rozgrywkę większych zmian nie ma, choć dzięki destrukcji prawie każdego obiektu w grze na pewno otwiera się wiele możliwości taktycznych. Bo teraz już nie trzeba iść pomiędzy budynkami prosto na ostrzał wrogów. Można wybić ścianę i w ten sposób przebijając się przez kolejne budynki zajść wroga od tyłu. Nic nie stoi na przeszkodzie również zawaleniu bloku, w którym kilku przeciwników szykuje się do ataku. Kiedy jednak zniszczyć nie będzie co (lub ładunki się skończą), trzeba użyć broni dzierżonej w ręku – a tej rodzajów jest kilkanaście, od zwykłych pistoletów poprzez lekkie i ciężki karabiny, na kilku rodzajach snajperek kończąc. Sporo czasu spędza się też za kółkiem, czy to za działkiem czołgu, w jeepie lub kładzie, czy siejąc spustoszenie z helikoptera lub małego samolotu bezzałogowego.

Kampania jest bardzo intensywna i przepełniona, głównie skryptowaną, akcją. Jest też dosyć krótka – misje, których jest trzynaście, przechodzi się szybko i gra pęka na normalnym poziomie trudności w 6-7 godzin. Czy dużo jest podobieństw do Modern Warfare 2, hitu z końcówki poprzedniego roku? Trochę na pewno tak, ale trudno tu mówić o tym, że ktoś kogoś skopiował, bo jeśli to MW2 wyszedłby dopiero teraz, a BC2 w listopadzie to sytuacja zapewne byłaby odwrotna. Bad Company 2 nie zawiera takich mocnych i odbiegających od realizmu akcji, podchodzi też z większym dystansem do przedstawionego konfliktu niż dzieło Activision. Tutaj nie wcielamy się w Rosjan i nie wybijamy lotniska pełnego bezbronnych cywilów. Kto co lubi, mi osobiście bardziej przypadła do gustu historia Parszywej Kompanii.

Tryb sieciowy wielu graczy miało okazję sprawdzić na długo przed premierą gry, za sprawą bety wydanej przez Electronic Arts. Już wtedy wiele osób stało się zwolennikami tego trybu, a jestem pewien, że po premierze gry ta liczba wzrosła wielokrotnie. W multiplayerze stawia się na pierwszym miejscu walkę w drużynie, o czym świadczyć mogą same tryby. Zrezygnowano z prostego każdy na każdego (czyli deathmatcha) i można grać jedynie w zespole. Conquest to przejmowanie czterech punktów na mapie w celu wywieszenia własnej flagi, w Rush gracze dzielą się na atakujących i broniących, ci pierwsi mają za zadanie zniszczenie przekaźników satelitarnych. Squad Rush z kolei to mniejsza wersja poprzedniego trybu, gdzie walczą jedynie dwie czteroosobowe drużyny. Ostatni tryb to Squad Deathmatch.

Map jest osiem, są zróżnicowane i dobrze zaprojektowane, jednak długo nie da się pozostać niezauważonym, bo tutaj również jest możliwość zniszczenia każdej osłony. Zresztą twórcy gry chyba nie przepadają za kamperami, czyli jednostkami kładącymi się w krzakach i czekającymi ze snajperką na łatwy cel, bowiem w grze nie ma w ogóle możliwości czołgania się i kładzenia na ziemi. Do wyboru są cztery klasy (w zasadzie pięć, jeśli liczyć klasę pojazdów), każda posiada unikalne umiejętności – Assult nastawiony jest przede wszystkim na wyeliminowanie jak największej liczby przeciwników, z kolei medyk może uzdrowić kompanów w potrzebie, a inżynier naprawiać zniszczone maszyny. Umiejętności te, jak również dostępne wyposażenie, wzrastają wraz ze zdobytym doświadczeniem, którego punkty przyznawane są za zabójstwa, asysty, wykonywanie zadań związanych z danym trybem etc. Pojazdy też występują, jednak pocisk z wyrzutni rakiet czyni, że ani w czołgu ani w helikopterze nie można czuć się na długo bezpiecznym. Jak już wspomniałem, ważna jest walka drużynowa, bo będąc w składzie, można odrodzić się u boku walczącego kompana i od razu rzucić się w wir walki. Nie ginie się też tak często jak we wspomnianym już Modern Warfare, rozgrywka jest bardziej wyważona i nastawiona na taktyczne działanie. Wciąga, gwarantuję.

Na sam koniec rozprawię się z kwestią techniczną. Graficznie Bad Company 2 prezentuje wysoki i równy poziom. Dżungla czy śnieżne szczyty robią spore wrażenie, daleka widoczność jeszcze to wrażenie potęguje. Jednak najlepiej z tego wszystkiego wygląda demolka, czyli stopniowe niszczenie ścian budynku – dziurę można zrobić w dowolnym miejscu, zawsze wygląda inaczej, a efekt zawalania się reszty budynku (składa się jak domek z kart) jest naprawdę fantastyczny. Oczywiście, zdarzają się gorsze tekstury, doczytywanie w locie, ale całościowa gra wygląda wyśmienicie. Szwankuje też czasem Sztuczna Inteligencja komputerowych wrogów, którzy podczas sporej zadymy potrafią stać jak kołki i nie atakować, jakby nie wiedząc, że zaraz mogą stracić życie.

Muzyka w grze przygrywa w zasadzie jedynie w menu oraz podczas scenek przerywnikowych, w trakcie rozgrywki posłuchać można jedynie dźwięków wystrzałów i wybuchów, a te zrealizowano doskonale i brzmią bardzo realistycznie.

W nowego Bad Company 2 powinien zagrać każdy fan gatunku, bo gra oferuje zarówno intensywny singiel jak i wciągającą rozgrywkę po sieci. Jeśli Modern Warfare 2 was zawiodło lub szybko znudziło, powinniście dać dziełu DICE szanse, a ci cały czas szarpiący w tamten tytuł niech też zagrają, bo może się okazać, że do produktu Activision już nie wrócą. Mimo że gra jest podobna do ostatniego Call of Duty to jednak oferuje trochę inne przeżycia i za pewnością was nie zawiedzie. Ciekawe co Kompania nabroi w kolejnej odsłonie.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Marvel's Avengers