Recenzja „Bloodborne”

Los to przewrotna rzecz. Wiecie, że w sukces Demon’s Souls nikt nie wierzył i produkcja miała nakład 40 tysięcy egzemplarzy? Gdyby Altus nie wydał tej gry w Stanach Zjednoczonych to może nigdy nie dowiedzielibyśmy jaką wartość ma dusza.

Na szczęście wszystko potoczyło się inaczej i możemy wsadzić płytę do konsoli zatapiając się w mrok…

Miasto z koszmaru

Yharnam, upiorne miasto w stylu wiktoriańskim, w którym panuje koszmar. Gdy zapada noc, zaczyna się czas polowania na bestie. Po ulicach krążą watahy szaleńców uzbrojonych w widły, tasaki i pochodnie. Nieliczni mieszkańcy, którzy oparli się szaleństwu, zabarykadowali się w domach. Im dalej w noc, tym robi się coraz bardziej dziwnie i strasznie, a na ulicach pojawiają się nowe potwory.

Klimat Bloodborne jest fenomenalny. Lokacje są przytłaczające, wydają się być żywcem wzięte z planu jakiegoś posępnego horroru. Wszechobecny śmiech i płacze w tle potęgują poczucie strachu, które narasta z każdym krokiem. Przez cała grę gracz czuje się jak intruz, jak wredna, mała mucha, którą trzeba zabić. W tak nieprzyjaznym miejscu w grach od From Software jeszcze nie byliśmy. Wszyscy i wszystko chce nas zniszczyć, a spotkać kogoś, kto nie rzuca się nam do gardła, graniczy z cudem.

Gra z duszą

Bloodborne – mimo braku w nazwie członu „Souls” – jest pełnoprawnym członkiem soulsowej rodziny, do której należą na chwilę obecną wspomniany Demon’s Souls, a także dwie odsłony Dark Souls (choć miejmy nadzieję, że familia będzie się sukcesywnie powiększać). Początek jest taki jak zwykle: tworzysz swoją postać, którą – niezależnie od wybranej klasy – w trakcie przygody można dowolnie rozwijać przy użyciu tętnień krwi zdobywanych z pokonywanych przeciwników. Oprócz solowej rozgrywki, śladem poprzednich Soulsów, grać można też w kooperacji lub najeżdżać światy innych graczy. Brzmi to wszystko znajomo? Lista zmian zaczyna się w chwili, gdy zaatakujesz przeciwnika.

Ciężar walki został przeniesiony na atak. Postać nie ma już, jak to było poprzednich grach, tarczy, za którą można było się ukryć i przetrzymywać kolejne ataki przeciwnika. Autorzy zmuszają gracza, aby atakował, przejął inicjatywę w walce. To ty masz nacierać na przeciwnika ryzykując własnym życiem. Nawet jak zostaniesz ciężko ranny, to nie jest koniec świata, bo możesz odzyskać część zdrowia, jeżeli dość szybko zadasz celny cios. Trzeba grać szybko, ale i uważnie.

Postać stwarza wrażenie szybszej i lżejszej niż w innych Soulsach, chociażby dzięki płynnym i dynamicznym odskokom i doskokom do przeciwnika, które mają o wiele większe znaczenie niż w poprzednich tytułach. W Bloodborne dashe pełnią rolę kolejnego elementu pomagającego przeżyć w Yharnam, szybkiego wycofania jednak nie da się wykorzystywać w nieskończoność, gdyż korzystają one z paska energii, a ten, jak wiadomo, służy do każdej czynności w grze (bieganie, atakowanie, turlanie) i gdy jej zabraknie to nawet największy kozak staje się bezbronny jak dziecko.

Kolejną zmianą jest uzbrojenie. Bronie podstawowe zyskały dwie formy – zwykłą i mocniejszą, pomiędzy którymi można przełączać się w dowolnym momencie. Przykładowo: miecz jednoręczny zmienia się w ogromny dwuręczny, topór może stać się halabardą, a mieczomłot raz jest mieczem, a raz potężnym młotem zadającym mocarne, brutalne uderzenia. Co więcej, atakami można wyprowadzać oboma rodzajami broni na zmianę, tworząc efektowne combosy. Broń można ulepszać standardowo na +1, +2 i tak dalej, ale można także użyć specjalnych kamieni, które zwiększają obrażenia lub zmieniają ich rodzaj. Kamienie się nie zużywają, więc można nimi dowolnie żonglować, przez co gra zachęca do eksperymentów z wyborem najodpowiedniejszej broni. Rodzajów uzbrojenia zatrzęsienia nie ma, ale jest go wystarczająco, by wybrać swojego ulubieńca i z jego pomocą wyżynać zastępy przeciwników.

A co trzymać w drugiej ręce, jeśli nie ma tarcz? Gnata. W drugiej ręce można trzymać różnego rodzaju broń palną – strzelby, pistolety, a także bardziej niekonwencjonalne jak miotacz płomieni lub… armatę. Nie bójcie się jednak, Bloodborne nie stał się Unchartedem i pukawek używa się przede wszystkim do parowania ataków przeciwników i wyprowadzania ich z równowagi, aby zadać im bolesny i efektowny cios, kiedy ci przez chwilę są skołatani. Cały trik polega jednak na tym, aby wyczuć odpowiedni moment na oddanie strzału. Jeśli strzeli się zbyt wcześnie lub zbyt późno, szarżujący wróg z pewnością skrzętnie to wykorzysta.

Ubogo prezentują się natomiast stroje – mają podobne statystyki, przez co nie czułem potrzeby ich zmieniania, choć kilka się wyróżnia, w ogólnym rozrachunku większość wygląda podobnie. Brakuje też zbroi, ale to zrozumiałe biorąc pod uwagę styl rozgrywki. W porównaniu z poprzednimi Soulsami osłabiono także magię oraz usunięto bronie dystansowe (łuk, kusza jako bronie główne), co zawęża pole do popisu podczas tworzenia postaci przeznaczonej do starć z innymi graczami w multiplayerze. Starcia PvP są bardziej sprawiedliwe ze względu na brak przepotężnej magii, ale mniej różnorodne, polegające w pewnym stopniu na szczęściu i piciu mikstur leczniczych.

Zmianie uległ też system przyzywania kompanów do kooperacji. Zamiast zostawiania napisów na ziemi, teraz dzwoni się w dzwoneczek i teoretycznie przyzywa kogoś z każdego miejsca na poziomie. Teoretycznie, bo raz system działa bez zarzutu, a innym razem masz ochotę wsadzić ten dzwoneczek producentom w gardło, gdy ten po 20 minutach dzwonienia nie może nikogo znaleźć. Z kooperacją związany jest nowy system punktów Wglądu, które dostaje się przede wszystkim za pokonywanie bossów. Tylko wykorzystując te punkty można kogoś przyzywać, a – co więcej – gromadzenie ich zbyt dużej ilości wpływa na poziom trudności rozgrywki, np. przeciwnicy dostają mocniejsze bronie. Trudno ocenić czy jest to rozwiązanie złe czy dobre – po prostu nowe.

Krew leje się litrami

Odświeżony model rozgrywki – z szybszą walką i wykorzystaniem broni palnej – spisuje się rewelacyjnie. Starcia potrafią stanowić wyzwanie nawet dla weterana produkcji od From Software, ale obiektywnie trzeba przyznać, że Bloodborne jest najłatwiejszym tytułem z całej czwórki – nie oznacza to jednak, że łatwym. Bloodborne to nadal wymagająca gra nieciągnąca gracza za rękę i niewybaczająca błędów, nagradzająca cierpliwość i przemyślane działania. Najnowsza produkcja From Software jest po prostu przystępniejsza i nowi gracze, jeśli nie zabraknie im cierpliwości, na pewno ją ukończą.

Do Bloodborne powróciły skróty, a raczej mają większe znaczenie niż w Dark Souls 2. To wszysko przez to, że świat wydaje się bardziej spójny niż w dwójce, gdzie niektóre lokacje były całkowicie oderwane od innych. Tutaj natomiast można odnaleźć drabinę do miejsca, które bardzo dokładnie wyczyściliśmy kilka godzin wcześniej. Czuć, że odkrywa się i poznaje świat gry. Podczas przygody uaktywniamy lampy, które umożliwiają przenoszenie się do bazy wypadowej, tzw. Snu Tropiciela, gdzie można podnosić poziom postaci lub robić zakupy w sklepie. Niestety, wzorem Demon’s Souls, nie ma możliwości przenoszenia się bezpośrednio między różnymi lokacjami i zawsze najpierw trzeba wrócić do Snu, co w połączeniu z dość dłużącymi się loadingami może delikatnie zirytować.

Co do przeciwników, ich rodzajów jest sporo, a paru może śnić się po nocach – choćby Baby Jagi podcinające krtań czy mroczni Mikołajowie. Drobnym minusem jest fakt, że wrogowie w większości są humanoidami. Podobnie jest z bossami – mają fajny wygląd, ale brakuje im czegoś, co jeżyłoby włosy na głowie, większość z nich jest wariacją humanoidalną lub zwierzęcą.

Jednak największym zaskoczeniem dla mnie są losowo generowane lochy nazywane Lochami Kielicha, a przynajmniej częściowo losowo, bo część z nich jest z góry zaprojektowana przez twórców. W każdym razie są one jedną z najlepszych rzeczy jakie mogły trafić do gry soulsopodobnej. Zwiedzanie losowych, choć niepowalających różnorodnością, podziemi, w których spotkać można przeciwników nie występujących nigdzie indziej oraz znaleźć unikalne przedmioty. Ba, nie tylko zwykli przeciwnicy są unikalni, ale także szeroka paleta bossów. A to wszystko można oczywiście ogrywać w kooperacji. Lochy są rewelacyjne i mam nadzieję, że From Software nie porzuci tego pomysłu w kolejnych grach, bo chciałbym eksplorować wielkie podziemia jak choćby w Ultimie Underworld.

Jak wygląda krew?

Jedyną rzeczą, jaka mnie frustruje w Bloodborne jest długość wczytywania, o której już wspominałem. Gra czasem zgubi klatki, ale rzadko i na pewno nie jest to poziom Blighttown z Dark Souls I. Czasem trafią się też słabsze tekstury, ale to się bez znaczenia, bo liczy się projekt świata, a ten jest fenomenalny i nie raz palec wędruje na przycisk SHARE, aby zrobić zdjęcie. Warto też odnotować lejącą się na lewo i prawo krew – gra nie oszczędza zasobów w tym aspekcie. Ścieżka dźwiękowa z kolei jest zdecydowanie najklimatyczniejszą ze wszystkich Soulsów do tej pory, idealnie współgra z tym, co dzieje się na ekranie, potęgując niejednokrotnie ekscytację płynącą ze starć z najbardziej wymagającymi przeciwnikami.

Podsumowanie

Bloodborne to kolejne, bardzo udane Soulsy, choć o innym charakterze – bardziej mrocznym, z szybszymi starciami nastawionymi na ofensywę. Mam nadzieję, że From Software i Hidetaka Miyazaki będą szli dalej – albo kontynuując toczenie krwi albo wracając do zbierania dusz. W każdym razie, ja idę oddać jeszcze trochę swojej posoki…

Trochę od siebie dopisał Marcin.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Marvel's Avengers