Recenzja „Brütal Legend”

Niedawno byłem na koncercie, ale nie na takim, o jakim myślicie: zamiast morza publiki na wielkim stadionie był niewielki tłumek ludzi gnieżdżący się w pubie zamiast gwiazdy światowego formatu lecącej po standardzie – trzy zespoły znane przez kilka osób na krzyż, zamiast biletu tak drogiego, że mógłbyś spokojnie pójść do restauracji i zjeść 3 daniowy obiad – bilet, który był tańszy od piwa. I może te kapele nie grały genialnego rocka/metalu, czasem coś im nie wychodziło, to powiadam wam: energia, jaka się wytworzyła tamtego wieczoru była zaiste wielka! I to właśnie tych litrów PRZEPOTĘŻNEJ, metalowej energii może pozazdrościć tamtym kapelom Brütal Legend.

Gitara prowadząca – fabuła i świat

Poznajcie Eddie’go Riggs’a – Roadie’go. A ki diabeł, zapytacie? Ano Roadie to po naszemu fan(atyk) jeżdżący za wybranym zespołem po koncertach, pomagając swoim idolom na każdy możliwy sposób: od naprawiania sprzętu, przez pomoc przy przygotowaniu koncertów i sprzedaż biletów, a na dostarczeniu pizzy głodnym muzykom kończąc. Wszystko po to, aby Rockmani bez żadnych przeszkód mogli swą muzyką przenieść publikę na błogosławioną ziemię metalu. Patrząc na to z tej strony to nasz główny bohater jest dość specyficznym przedstawicielem swego gatunku, ponieważ zespół, który wspomaga, gra przysłowiowy emo-kał – przy tym czymś nawet Tokio Hotel zaczyna brzmieć no… tego…, w każdym razie jakoś brzmieć zaczyna. Może główny bohater jest masochistą? Tego nie wiem. W trakcie koncertu dochodzi do wypadku (w którym czynny udział biorą: scena, idiota z gitarą, klamra, krew głównego Roadiego i legendarna ognista bestia), w wyniku którego Eddie zostaje przeniesiony do marzenia każdego fana metalu – do krainy metalem i rockiem brzmiącej.

Bez owijania w bawełnę. Tim Schafer nie zawiódł – twórca takich gier jak Grim Fandango, seria Monkey Island, czy Psychonauts, stworzył piękny świat, tym razem krainę przesiąkniętą heavy metalem, olbrzymie statuy przestawiające miecze, gitary, Wielki Mur Głośnikowy, góry usypane z kości, wszechobecne sado-maso i chrom, to wszystko (i wiele, wiele więcej) wygląda jakby zostało żywcem wyjęte z najbardziej pokręconych okładek kapel heavy metalowych – cudo, po prostu cudo. Sama historia również nie rozczarowuje – sprawnie napisana rock opera okraszona niezłym humorem i jej jedynym minusem jest fakt, że kończy się ciut za szybko (7-8 godzin).

Gitara Basowa – rozgrywka

Jasna cholera – na samą myśl o rozgrywce w Brütal Legend dostaje bólu głowy. Kto wpadł na pomysł, aby do jednego worka wsadzić – otwarty świat, siekaninkę, samochodówkę i strategię czasu rzeczywistego? Co goście z Double Fine myśleli? Czy takie zróżnicowanie rozgrywki miało oznaczać dziką naturę metalu? Nie mam bladego pojęcia! Sam początek gry nie jest jakiś odkrywczy, ale mamy przyjemną naparzankę, by zaraz potem pędzić szaleńczo ostrą furą taranując przeciwników, potem szybka walka z gitaro-podobnym potworkiem i znowu dzika jazda po zapadającym się moście… Ale to mi się podoba, krew sie leje, członki przeciwników latają po ekranie – czego chcieć więcej? To naprawdę miłe uczucie, gdy olbrzymim toporem – Separatorem rozdajesz potężne ciosy na prawo i lewo, a gitarą -Klementyną razisz biedaków, którzy postanowili stanąć ci na drodze. A jest trochę tego dziadostwa do ubicia – zakonnice, ptaki-pokraki, emo-zombie, potwory z maczugą, pająki, druidzi, panny młode a to tylko wierzchołek góry lodowej.

Niestety, cała zaj*****ość koncepcji idzie się kochać, gdy dostajesz do rąk otwarty świat, który powstał chyba tylko po to, aby pokazać, jakimi kozakami są designerzy. Bo jak wcześniej wspomniałem – świat gry wygląda urzekająco, niektóre budowle i ukryte miejscówki zachwycają swoją architekturą. Jednak mimo to po półtorej godzinie masz serdecznie dosyć jeżdżenia po pustym świecie. Co z tego, że jest multum rzeczy do znalezienia, parę rodzajów misji pobocznych, ale monotonnych (przeważnie ograniczają się do schematu – idź i zabij plus pseudo wyścigi). Ratunkiem są misje fabularne, które może i też wpadają po pewnym czasie w schematyzm, ale tutaj można posłuchać przynajmniej świetnych dialogów i popchać fabułę do przodu.

To i tak pryszcz przy tym, co się dzieje w mniej więcej w połowie gry. Brütal Legend zamienia się w rasową strategię! Tak, dobrze przeczytaliście – w strategię! Taką z surowcami, jednostkami i bazą. Oczywiście tutaj wszystko jest w metalowym stylu: naszą bazą jest wielka scena, w roli surowców występuje gejzer tryskający duszami fanów, a w roli jednostek podstawowych występują: piechota – headbungerzy (to ci, którzy machają głową w rytm muzyki), laski z gnatami – wsparcie, gościu na motorze – medyk. Oprócz tych trzech dochodzą jeszcze jednostki specjalne jak ziejące ogniem metalobestie, goście na motorach rzucający koktajlem Mołotowa czy najbardziej morderczy: potężny rocko-pojazd miażdżący przeciwników siłą rocka (dosłownie!). Oczywiście, lepsze jednostki kosztują więcej fanów i wymagają rozbudowania sceny. Genialnym pomysłem jest patent pozwalający głównemu bohaterowi na wykonywanie ataków specjalnych z wybranymi jednostkami! Na przykład tacy headbungerzy robią pierścień wokół Eddiego i traktują z główki każdego przeciwnika, który ośmieli się za blisko podejść. Świetny patent! Ba, nawet sama scena nie jest bezbronna i może posłużyć do ataku czy to przypalając przeciwnika przy użyciu reflektorów, czy potężnego nagłośnienia. Przyznasz, że w teorii element RTS’a w Brutalu nie prezentuje się najgorzej – mamy przecież fajne jednostki, jasne zasady i sporo możliwości, czego chcieć więcej? Dobrego sterowania! Nie ma nic bardziej irytującego niż nieprecyzyjne sterowanie podczas ataku przeciwnika, do tego jeszcze zasada, że musisz znajdować się dostatecznie blisko swoich własnych jednostek, aby wydać im polecenie!

Bo nic nie wkurza bardziej, gdy zamiast rzucić się w wir walki, to musisz cały czas monitorować czy twoi kumple nie stoją jak banda idiotów zrywając kwiatki, gdy parę metrów dalej reszta twojej dzielnej armii zostaje zdziesiątkowana. Oczywiście dochodzi do tego straszna schematyczność walk. I to tyle, co ma do zaoferowania rozgrywka w Brütal Legend. Zabrakło konsekwencji, dopracowania i przemyślenia. Autorzy mieli bardzo ambitne plany, lecz realizacja najzwyczajniej w świecie przerosła ich zdolności. I nie pomaga tutaj nawet fakt, że grze po kablu możemy się wcielić we wszystkie trzy strony konfliktu.

Perkusja – strona techniczna, wizualna

Nienawidzę takich momentów, bo jak mam ocenić grafikę? Z jednej strony konceptowo i designersko gra miażdży pomysłami, architekturą – ogólnie światem (tak, wiem, powtarzam się), z drugiej strony mamy ubogą grafikę (i nie ważcie się zrzucać winy za ubogą grafikę na kreskówkowy styl) i masę błędów jak przenikające się tekstury, chrupiąca animacja, dorysowujące się otoczenie itd. Pewnie, że wizualna mają swoje momenty jak piękne niebo, niezła animacja twarzy bohaterów, ale nie zmienia to faktu, że graficy się nie popisali.

Wokal – głos, ścieżka dźwiękowa

Ponad 100 kawałków! Słownie sto i to nie byle jakich kapel, ale takich tuzów Slayer, Megadeth, Scorpions, Judas Priest, Black Sabath i wiele innych. Przyznam, że soundtrack miażdży każde Guitar Hero i Rock Bandy! Ścieżka muzyczna odblokowuje się wraz z postępami w grze, więc ciągle słyszymy jakieś nowe brzmienie – świetna opcja, zadziwia również rozbudowane radio w samochodzie, dzięki któremu będziesz mógł wybierać, które piosenki mają być grane a które nie. Jeżeli jednak myślisz, że goście z Double Fine ograniczyli rolę soundtracku do pobekiwania w trakcie jazdy samochodem to się grubo mylisz! Widać, że autorzy czuli klimat tworząc epickie sceny takie jak ucieczka z walącego się pałacu w rytm legendarnego Trough the Fire and Flame DragonForce, co pokazuje, jak muzyka może doskonale współgrać z rozgrywką. Szkoda tylko, że takich scen jest tak mało.
Czym byłaby gra o metalu bez gwiazd metalu? I tak w Brütal Legend głosu użyczyła cała masa znanych muzyków jak Lita Ford, Lemnmy Kilmister, Rob Halford i Ozzy Osburne, który występuje w roli gadatliwego Strażnika Metalu, u którego kupujemy ulepszenia, i sprawdza się on w tej roli doskonale. Może większości są to już mocno wysłużone i zapomniane dinozaury rocka, które nie ryczą już tak jak kiedyś, ale ich głosy wciąż mają w sobie to” coś”. Zresztą i tak najlepszy jest Jack Black, który brawurowo wcielił się w głównego bohatera – beczka piwa dla tego pana za kawał dobrej roboty.

Mówiąc krótko – Brütal Legend ma obecnie najlepszą oprawę muzyczną w tej generacji.

Widownia – werdykt

Strasznie trudno przychodzi mi wystawienie oceny Brütalnej Legendzie. Miałem nadzieję, że będzie ona prawdziwym hołdem, trybutem, growym pomnikiem dla najwspanialszego gatunku muzyki, jakim dla mnie jest heavy metal. I poniekąd tak jest: świetna ścieżka dźwiękowa, piękny świat obfitujący w liczne nawiązania i puszczający, co chwilę oczko do fana heavy metalu, kochającego tę muzykę. Niestety, to za mało dla zwykłego gracza, którego jeżeli nie odstraszą metalowe klimaty, to na pewno zrobi to skutecznie nudna rozgrywka. Jeżeli lubisz metal i dobry humor to gra dla ciebie – w innym przypadku kupujesz grę na własną odpowiedzialność.