Recenzja „Burnout Paradise”

Seria Burnout już od kilku lat cieszy się uznaniem i uwielbieniem graczy. Od jakiegoś czasu słychać było głosy niezadowolenia z powodu braku zmian w serii, dlatego najnowszą część potraktowano jak królika doświadczalnego. Czy wszystkie eksperymenty się udały? Odpowiedź na to pytanie z pewnością padnie, lecz zacznijmy od początku.

Pomimo wielu zmian i nowinek zarówno w dziedzinie grafiki, fizyki oraz gameplay’u Burnout nadal polega na wyciskaniu siódmych potów zarówno z auta jak i konsoli a przy tym rozsiewając żniwo kasacji pośród przeciwników. To chyba jedyne co pozostało z korzeni serii – seria wyraźnie zmierza w kierunku Need for Speed’a co mnie bardzo niepokoi. Przede wszystkim po raz pierwszy pojawiło się otwarte miasto – Paradise City. Jest ono dostępne w całości od samego początku co nie jest idealnym rozwiązaniem, lecz z pewnością mniejszym złem ponieważ daje to uczucie wolności a jednocześnie po kilku godzinach jesteśmy strasznie zmęczeni jednolitym widokiem. To jak rzucie przez kilka godzin jednej gumy. Oprócz tego w grze takiej jak Burnout, gdzie nie ma czasu na zastanawianie się, którą drogę obrać, otwarte miasto to nie jest dobre rozwiązanie. Twórcy najwidoczniej zdawali sobie z tego sprawę i pomimo wszelkich prób rozwiązania tego problemu (migające tabliczki na górze ekranu wskazujące dalszą drogę) ich starania legły w gruzach poprzez bezużyteczność tych „ułatwień”. Kolejną kłodą rzuconą pod nogi graczy jest fatalna mapka która się nie obraca. Na dokładkę po kraksie samochód potrafi się czasami ustawić tyłem do kierunku jazdy! Utrudniona nawigacja w połączeniu z ruchem drogowym, rywalami i różnymi pierdółkami na które można wpaść to zdecydowanie za dużo nawet jak na największego fana Burnouta przez co gra jest przytłaczająca, zbyt absorbująca i szczerze powiedziawszy po pewnym czasie odrzuca od ekranu. Sprawę zdecydowanie poprawiłby traffic check (możliwość uderzenia w tył innego pojazdu bez kraksy) lub zamknięcie danej trasy na czas wyścigu. W ten sposób najnowsza część Burnouta została wykastrowana ze swojego arade’owego feelingu czyli to co wyróżniało ją na tle innych samochodówek.

Tradycyjnie do wyboru mamy tradycyjne tryby oraz pewne nowinki: Race, Road Rage (taranowanie przeciwników i zaliczanie określonej liczby zniszczonych aut), Burning Lap (okrążenie na czas) i nowości czyli Marked Man (ucieczka do danego punktu na mapie przed zniszczeniem pojazdu) oraz Stunt (nabijanie punktów za wyczyny). Nieobecny w tej części tryb Crash zastąpiono bezużytecznym Showtime (dzięki nitro auto podskakuje i trzeba zahaczyć jak największą liczbę aut, zsumowane szkody wyznaczają rekordy). Wygrywając konkurencje (showtime’y się nie liczy) upgrade’ujemy prawo jazdy dzięki czemu odblokowujemy nowe pojazdy (część z nich trzeba wytropić na mieście i zniszczyć alby pojawiły się na „złomowisku”). Szokuje trochę brak opcji restartu przegranego wyścigu ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Udanym eksperymentem okazało się za to podzielenie aut na 3 klasy: speed, stunt i aggression. Każdą z nich prowadzi się inaczej, zmienia się sposób zdobywania nitra oraz każda przydaje się w innych sytuacjach. Możliwość dokonania takiego wyboru z pewnością wpływa pozytywnie na gameplay. Szkoda tylko że na mieście jest tak mało złomowisk w których można wymienić samochód. Oczywiście jak przystało na współczesną grę Burnout Paradise oferuje możliwość rozgrywki online. Niezwykle szybko można ten tryb uruchomić i wraz z innymi graczami zaliczać około 300 wyzwań. Odpowiednio po 50 dla 2, 3 czy innej liczby graczy. Jeżeli posiadacie kamerkę internetową w trakcie gry będzie Wam robić tzw. Mugshoty (czyli fotki robione w trakcie kraksy). Gra zapisuje je w formie albumu który można sobie przeglądać.

Kwestię grafiki zostawiłem na deser, bo jest nad czym się zachwycać. Pod tym aspektem twórcy spełnili wszystkie oczekiwania szczególnie pod względem kraks. Powstrzymam się od opisywania takowej sceny – to trzeba zobaczyć na własne oczy. Chciałbym szczególnie podkreślić dbałość o szczegóły, filtr kolorów rodem z „Sin City” oraz doskonale ukazującą dramaturgię sytuacji kamerę. Nie mogę pominąć także doskonałego design’u menusów, loadingów i innych migawek.

Wszelkie eksperymenty na najnowszej części mogę wybaczyć ale za soundtrack twórcy zasługują na porządnego klapsa. Powstała bez żadnego zamysłu mieszanka popowego chłamu (który był już użyty w poprzednich częściach!) oraz remixy utworów z pierwszej i drugiej części Burnouta. Rozumiem że można tutaj się doszukać kilku perełek i wyłączyć nielubiane utwory ale w efekcie słuchamy bez przerwy tych samych piosenek. Ponadto zabawę „umila” nam DJ Atomica który wtrąca co jakiś czas swoje trzy grosze. Zapewne niejeden z Was będzie desperacko szukał opcji „zamknij się” w ustawieniach lecz zapewniam Was – nie znajdziecie jej. O ile kwestia muzyki i narracji zasługuje na jedno wielkie „buuu” tak wszelkie efekty silnika, opon i kraks są wykonane bezbłędnie, każde auto brzmi inaczej i widać, że twórcy podeszli do tej sprawy z profesjonalizmem.

Podsumowanie

Zapewne większość z Was zerknęła kątem oka na ocenę końcową i nijak nie pasuje ona do recenzji. Otóż Burnout Paradise to wciąż świetna gra, która ma szansę się spodobać szczególnie graczom, którzy po raz pierwszy zetknęli się z konsolami nowej generacji czy z serią. Najnowsza odsłona Burnouta to bardzo dobra gra, która niestety blednie w obliczu poprzednich części od których szczerze polecam rozpocząć przygodę z serią.

Zostaw komentarz