Recenzja „Call of Duty: Modern Warfare 2”

Call of Duty 4: Modern Warfare – FPS wszechczasów, król multi, ogromna ilość wszelakich nagród na koncie, dziesiątki milionów sprzedanych kopii. Tytuł, który odświeżył serię, wniósł coś nowego do całego gatunku. Oczywiście nie każdemu CoD 4 przypadł do gustu, jednak negatywne opinie po prostu zanikają w natłoku pochwał i komplementów. To, za co ludzie pokochali tę grę był przede wszystkim filmowy singiel i rozbudowany tryb wieloosobowy – mijają bowiem dni, miesiące, lata, a ludzi na serwerach jest bez przerwy ogromnie dużo. Bez wątpienia jest to produkcja, dzięki której Infinity Ward stało się rozpoznawalne wśród graczy na całym świecie, postawiła poprzeczkę bardzo wysoką. Kolejna część serii robiona przez Treyarch, czyli World at War nie spotkała się już z takimi zachwytami, nawet mimo podobnej struktury multi. Czekano na prawdziwą kontynuację – robioną przez IW. Activision wyczuło, że może zarobić na tym niewyobrażalną kasę. Niesamowity hype, mnóstwo dodatków (figurki, napoje, noktowizory), reklamy gdzie się tylko da. To musiało się sprzedać. I się sprzedało, bijąc wszelkie dotychczasowe rekordy. Jednak czy Modern Warfare 2 jest tego wszystkiego wart? Majstersztyk programistów czy ludzi od marketingu? Sprawdźmy.

Po wyeliminowaniu Zakhaeva w pierwszej części na świecie zapanował na kilka lat spokój. Jednak żeby nie było zbyt nudno, pojawił się następca Zakhaeva, nowy lider ultranacjonalistów – Władimir Makarow. Oczywiście naszym zadaniem nie będzie nic innego jak powstrzymać Rosjanina zanim dojdzie do kolejnej wojny światowej. Do tego celu powołano specjalną jednostkę Task Force 141 (składającą się m. in. z SAS, Delta Force, U.S. Navy SEALs, Marines, Rangers), której jesteśmy członkiem. Jak widać – schemat podobny i mało oryginalny. Zresztą jak cała rozgrywka. Autorzy uznali bowiem, że jak zmierzymy pół świata w jednej kampanii, to będzie to wystarczająco innowacją w stosunku do pierwowzoru. Czy słusznie? I tak, i nie. Różnorodność mapek robi rozgrywkę jeszcze bardziej zróżnicowaną, ciekawą, intensywną. Tak naprawdę każda lokacja jest inna i przechodząc kolejne misje zastanawiamy się, co tym razem zaserwowali nam twórcy. Zwiedzimy między innymi takie miejsca, jak: Rio de Janeiro, Afganistan, USA, górskie rejony Kazachstanu czy… rosyjskie lotnisko, najbardziej kontrowersyjny moment całej gry, chyba każdy wie dlaczego. Mnie jednak urzekł swoim totalnym brakiem realistyczności, a nie pokazaniem bezwzględności Makarowa – z resztą jak nie jedna misja. Sam nie jestem zwolennikiem robienia z gier symulatorów, ale trochę umiaru należy zachować. A totalnym przegięciem była misja w kosmosie. Trzeba przyznać, że goście z IW poszli na całość, ale ciężko to nazwać słuszną decyzją. Wracając – rozwiązanie rozlokowania misji po całym globie ma też swoje negatywne strony: historia jest niesamowicie naciągana, i to nie lokacje są robione pod fabułę, a fabuła pod lokacje. Jeśli szukacie więc w nowym CoDzie skomplikowanej, wielowątkowej historii to się srogo zawiedziecie. Zabij wszystkich wrogów, aby zebrać informację o Makarowie i go dorwać – jedno zdanie, a tak trafnie określa całą istotę singla. Na dodatek – niespecjalnie długą. W zależności od naszych umiejętności i poziomu trudności kampanię można skończyć w 5-10h.

Zanim przejdę do sedna sprawy, czyli gameplayu, zatrzymajmy się na moment przy oprawie audio-video. Jak dobrze wiemy, MW2 hula na dobrze nam znanym silniku pierwszej części, nikt więc nie obiecywał cudów w tej kwestii. Mimo to, gra wygląda bardzo przyzwoicie. Oczywiście nie ma co porównywać do Killzone 2 czy Uncharted 2, ale trzeba przyznać, że autorzy wycisnęli z silnika wszystko, co mogli. Bardzo ładne modele broni, świetnie zrobione lokacje, wszystkie unoszące się w powietrzu papiery, listki i inne śmieci – to może się podobać. Wystarczy jednak przyjrzeć się bliżej teksturom, żeby zobaczyć, że gra jest mocno ograniczona pod tym względem. Jednak w żadnej kwestii nie przeszkadza to w graniu, a czasem potrafi nawet przykuć oko efektownym wybuchem. Co do dźwięku – ciągle wysoki poziom. Czemu ciągle? No bo nie zdziwcie się, jeśli usłyszycie kawałek znany z jedynki. Oczywiście nie oznacza to, że nie mamy nowych utworów, ale dobitnie potęguje efekt gdzieś to już widziałem/słyszałem. Mogę więc powtórzyć to, co sądziłem o udźwiękowieniu pierwszej części: muzyka idealnie wpasowana w akcje i budująca napięcie, potęgująca tylko odczucia płynące z gry. Odgłosy broni, wszelkiej maści pojazdów, poruszania się, bitych szyb itd. może nie są jakieś szczególnie powalające, ale z pewnością bardzo dobre.

No i w końcu przyszedł czas na najważniejszy punkt programu – rozgrywka. I tak naprawdę, zamiast rozpisywać się tutaj o całym gameplayu mógłbym zrobić jedno – dać odnośnik do recenzji Modern Warfare 1. Jest to po prostu kolejny aspekt przekalkowany z pierwowzoru. Szukających innowacji może to doprowadzić do szewskiej pasji, jednak reszta powinna być zadowolona – no bo po co zmieniać coś, co zdążyły już pokochać miliony? Wspominałem już przy opisie fabuły, że efektowne akcje będą na porządku dziennym. Oczywiście przez efektowne rozumiemy tu przede wszystkim intensywne strzelaniny i duże kłęby dymu po wybuchach (to tak na wypadek, jakby ktoś jeszcze wierzył w innowacyjność tego tytułu), ale do tej grupy zaliczają się jeszcze chociażby ucieczka na skuterze śnieżnym czy z walącego się więzienia-twierdzy. Przemeblowaniu natomiast został poddany nasz arsenał. Pukawek jest jeszcze więcej, każda kolejna bardziej wykwintna od poprzednich. Do dyspozycji będziemy mieli sporo nowych broni bazooko-granatniko-podobnych i pistoletów maszynowych. Dojdą też nowe granaty, rzucane noże, tarcze ochronne i dodatki do nich (czujnik bicia serca, wskaźnik holograficzny i inne). Nie zabrakło też bombardowania wrogów z powietrza, używając do tego celu podglądu satelitarnego. Każdy znajdzie coś dla siebie i pod względem nie ma się do czego przyczepić. To, co zawsze przyciągało mnie do CoDów, to radość ze strzelania. Jakkolwiek szatańsko to by nie brzmiało, tak to już jest. Czuć tą gładkość w celowaniu, przyjemność towarzysząca każdemu oddanemu strzałowi. Najważniejszy element – element strzelania zawsze był wykonany rewelacyjnie. Nie inaczej jest tym razem, bo (jakżeby inaczej) mamy to samo co w czwórce.

I na koniec kwintesencja całej gry, tryb, o którym mówi się, że stanowi trzon całej gry, a singleplayer jest do niego tylko dodatkiem. A w zasadzie dwa tryby: kooperacja i sieciowy multiplayer. Ten pierwszy co prawda można przechodzić w pojedynkę, ale zabawa we dwójkę sprawie o wiele więcej frajdy.

Są to dwadzieścia trzy zadania oparte na poziomach z singla, a za przejście każdego z zadań otrzymuje się gwiazdki (w zależności od poziomu trudności – od jednej do trzech). Jak już wspomniałem, odbijanie zakładników czy eliminowanie określonej liczby wrogów w brazylijskich slumsach sprawia o wiele większą przyjemność z kompanem, szczególnie kiedy do dyspozycji jest jeszcze headset. Można poczuć się jak na prawdziwej wojnie.

Tteraz gwóźdź programu, czyli multiplayer. Ten nie zawiódł, w stosunku do części pierwszej jest jeszcze bardziej wciągający i intensywny. Ginie się o wiele szybciej, głównie za sprawą konstrukcji map, na których nie ma praktycznie bezpiecznych kryjówek i można zostać zaatakowanym z każdej strony. Samych map jest kilkadziesiąt, głównie opartych na tych z singla, ale zdarzają się też inne, pochodzące z poprzedniej części (np. klimatyczny Czarnobyl). Niestety, przy wyborze gry rankingowej nie ma możliwości wyboru mapy – ta jest przydzielana automatycznie, w gestii graczy leży tylko możliwość głosowania za lub przeciw. W stosunku do części pierwszej rozbudowano też wszelakie statystyki i nagrody. Perków (czyli wszelakich usprawnień, np. szybsze biegnie, bardziej śmiercionośne kule, etc.) jest znacznie więcej, dzięki czemu można kombinować w nieskończoność, dostosowując swoją postać w zależności od potrzeb. Dostępnych jest też masa wyzwań i odznaczeń, motywujących w pewnym stopniu do dalszej gry, np. zabicie określonej ilości wrogów z konkretnej broni, asystowanie przy zabójstwach, przebiegnięcie dystansu trzech kilometrów, a to tylko te najprostsze, wszystkich wyzwań jest ponad setka, a czas potrzebny na zdobycie należy liczyć w dziesiątkach godzin. Jeśli chodzi z kolei o arsenał, ten jest pokaźny (dostępna jest większość broni z singla), do tego – podobnie jak w pierwszym Modern Warfare – dostępne są bonusy za serię zabójstw. I to nie byle jakie: można zarówno zasiąść za sterami opancerzonego helikoptera, wywołać nalot bombowy, uruchomić impuls elektromagnetyczny, który zakłóca działanie sprzętów elektronicznych wroga czy… odpalić bombę atomową, która kończy rundę! Oczywiście, żeby nie było za łatwo, nie wszystko jest dostępne od razu – wiele perków, broni czy wyzwań odblokowuje się wraz ze wzrostem poziomu postaci, do którego z kolei potrzebne są punkty, które wpadają podczas rozgrywki, przede wszystkim za zabójstwa czy akcje z nimi związane, np. zemstę na przeciwniku, który przed chwilą pozbawił Cię życia. Gro punktów wpada też za wyzwania, ale to chyba naturalne. Nie martwcie się jednak, że w przypadku, gdy dopiero zaczynacie zabawę, nie macie po co wchodzić do multi, bo spotkanie z kimś o wyższym poziomie nie skończy się dla Was dobrze. Jasne, że lepsze bronie czy bardziej rozwinięte umiejętności mają jakiś tam wpływ, ale liczą się przede wszystkim zdolności manualne gracza oraz jego refleks i wykorzystanie konstrukcji poziomów. Poza tym, autorzy przygotowali pewne ułatwienia dla tych, którzy nie radzą sobie na początku – jeśli ktoś zginie trzy razy z rzędu, dostanie więcej zdrowia czy możliwość strzelania leżąc ranny na ziemi. Aby dopełnić całości, wspomnę tylko krótko o trybach, w jakich można się bawić, a tych jest kilkanaście – są to naturalnie deathmatch w odmianie solo jak i drużynowej, capture the flag czy walka 1 vs. 1 oraz ich wszelkie możliwe kombinacje. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Ciężko mi nazwać drugiego Modern Warfare grą wielką i ponadczasową, ponieważ brak tu elementu, który wgniatałby w fotel i powodował u gracza niezapomniane przeżycia. Niektórzy mianują produkcję jako Modern Warfare 1.5. Może i jest w tym trochę prawdy, ale nie można zaprzeczyć, że gra dostarcza niesamowicie intensywnej rozgrywki, zarówno w singlu jak i wieloosobowo, świetnie wygląda, a czasu spędzonego z grą na pewno nie będziecie żałować. To naprawdę świetna strzelanka i jeden z najmocniejszych tytułów ostatniego kwartału tego roku.

Pierwsza część tekstu jest autorstwa Robbera, z kolei druga (od opisu trybu kooperacji) – lothronika. Lothronik wystawił też grze ocenę.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Marvel's Avengers