Recenzja „Call of Duty: World at War”

Z Modern Warfare styczność miał każdy prawdziwy fan elektronicznej rozrywki. Dość powiedzieć, że z powodu genialnego trybu multiplayer, pozamykano wiele amerykańskich szkół … Z Modern Warfare styczność miał każdy prawdziwy fan elektronicznej rozrywki. Dość powiedzieć, że z powodu genialnego trybu multiplayer, pozamykano wiele amerykańskich szkół (Polacy jednak chcą się kształcić), a oprawa wizualna do tej pory pozostaje w ścisłej czołówce. Można jeszcze wspomnieć o wielkim sukcesie polskiego wydawcy tej gry, gdyż LEM opchnął 100tys. sztuk wersji na PC. W naszym kraju? Fenomen. Treyarch to najodważniejsza ekipa w branży, bo kto inny podjąłby się ponownej próby przekonania graczy do Wielkiej Wojny, po ekstazie, jaką zafundowała nam poprzednia, nowoczesna odsłona? To także genialna ekipa, bo kto inny stworzy delikatnego crapa, jakim jest Quantum of Solace, a w tym samym czasie wypuści rewelacyjne Call of Duty? I nie mówcie, że jest inaczej.

Temat II WŚ wałkowano już tyle razy, że równie dobrze mógłbym wkleić tutaj dowolną treść z nią związaną i wszystko stałoby się jasne. Gracz wciela się w dwóch żołnierzy. Jeden to sierżant Roebuck, który walczy z Japończykami na Pacyfiku, a drugi to Reznov, rosyjski czarodziej, któremu nie raz udało się oszukać śmierć. Historia przedstawia końcówkę wojny, a wszystko wyjaśniają wstawki przed każdą misją. Niestety nie uświadczymy tutaj takich klimatycznych briefingów, jak w poprzedniej odsłonie. Zrealizowano je za pomocą starych, historycznych nagrań i kilku obrazków. Bywają momenty strasznego okrucieństwa, ale raczej nie spowodują zgorszenia wśród graczy. Tak, czy siak historia jest dopięta na siłę i na ma w sobie magii MW.

Natomiast cała reszta gry to majstersztyk. Treyarch skopiowali pomysły kolegów z Infinity Ward i przenieśli je w realia Wielkiej Wojny. Jednak nie ma co narzekać, bo wyszło im to idealnie. Dalej jest to agresywna, liniowa strzelanka. Całość polega na przemieszczaniu się z punktu A do punktu B po wyznaczonej trasie. Po drodze czeka na nas mnóstwo niesamowitych, skryptowanych akcji, które podniosą Ci adrenalinę tak, że u sąsiadów pralka zatrzeszczy, a syreny zawyją. Wyobraź sobie ciemną, głuchą noc, Ty w środku dżungli, zdenerwowany wyczekujesz kolejnego ataku wroga. Nagle znikąd pojawia się oślepiające światło, tracisz wzrok. Zaczynasz dostrzegać ludzi, żołnierze przeciwnej armii zaczaili się w trawie na Twój oddział, to była pułapka. Rozpętuje się prawdziwe piekło, a to dopiero początek. WAW jest, jak niesamowicie intensywny film. Non stop coś się dzieje, nigdzie nie możesz się czuć bezpieczny, a widowiskowość skryptowanych akcji jest równie dobra, jak poprzednio, a być może nawet lepsza.

Przeciwnicy dalej respawnują się, jakby gdzieś w oddali było stado cwanych, laboratoryjnych szczurów, którzy klonują każdego żołnierzyka razy 100 i wypuszczają na pewną śmierć. Jednak nie jest to odczuwalne, aż tak jak w czwartej części. Tutaj wszystko zależy od zadania, jakie nam przydzielono. Jeśli mamy oczyścić budynek z wrogich jednostek to jest spokój, wytłuczemy wszystkich i po sprawie. Jeśli jednak trzeba gdzieś się przedrzeć to dopóki nie przemieścimy się dalej, dopóty atakować będą nas fale przeciwników. Jak dla mnie jest to dobre rozwiązanie, w każdej sytuacji musimy zabić hordę, czy to Japończyków, czy Niemców. Grać trzeba bardzo agresywnie, strzelanie z daleka i bycie z dala od tej akcji jest bezsensowne. To nie Far Cry 2, tutaj liczy się ostra zadyma. Mi przypasowało to bardzo, bardzo. A przedostatnia misja to szczyt szczytów. Zwłaszcza na Veteranie.

Do wyboru mamy cztery poziomy trudności i tak naprawdę, zabawa zaczyna się dopiero na najwyższym. Gra jest dużo trudniejsza od poprzedniczki. Poprzednią część na Veteranie skończyłem w około 9 godzin. W tej jedną misję na tym poziomie robiłem w około 2! Szok! Mamy 15 leveli, więc łatwo policzyć, że przejście gry zajęło mi około 20 godzin. Dlaczego 20, a nie 30? Ponieważ zdarzają się wyjątki, bardzo łatwe i bardzo krótkie, np. misja, w której latamy samolocikiem (jedna z lepszych swoja drogą), lub ostatnia, w której „czyścimy” siedzibę Nazistów. Podejrzewam, że na normalu grę ukończyłbym w 6, góra 7 godzinek. Dlatego od razu polecam rzucić się w prawdziwy wir walki, satysfakcja gwarantowana (frustracja i popsute pady także).

Swoje trzy grosze dorzuca także sztuczna inteligencja. Chłopaki kombinują, jak mogą. Kitrają się za murkami, winklami, oknami. Sadzą headshoty, jak opętani, a granaty latają z częstotliwością komarów, podczas upalnej, wakacyjnej nocy. W pojedynkę byliby bezbronni, jednak zawsze nacierają przynajmniej w kilkuosobowej grupie, więc są wyzwaniem, a to się liczy na duży plus.

Teraz kilka słów o grze wieloosobowej. Jest to całkowita kalka z poprzedniej odsłony tylko, że przeniesiona w inne realia. No i cholera bardzo dobrze. COD 4 to w końcu tytuł, który przez bity rok utrzymywał się w pierwszej trójce najczęściej odpalanych gier w sieci. World At War dorzuciło tylko kilka perków i stare bronie. Każdy poczuje się, jak u siebie w domu. Nowością w serii jest tryb kooperacji. Fajna sprawa, pograć z kolegą po drugiej stronie kabla, zwłaszcza w taką grę, jednak ja przychylam się do wcześniej znanych trybów, bo w kampania dla kilku osób nie zawiera niczego, czego nie miałaby w singlu. Lepiej gra się w Nazi Zombie. Tryb ten odblokowuje się zaraz po przejściu gry, a chodzi w nim o zabijanie nacierających… zombiaków. Mendy wchodzą dziwami i oknami, amunicji brakuje (można ją dokupić za punkty otrzymywane po zabiciu zdechlaka), nie ma gdzie uciekać. Można się poczuć, jak kot zamknięty w klatce, którą kopią jacyś gówniarze. Uczucie zaszczucia jest niesamowite. Jednak to wszystko to tylko odskocznia od tradycyjnego Deatchmatch i Team Deatchmatch. Podsumowując, jest doskonale, bo inaczej być nie mogło.

Graficznie gra zabija. Wyjątkiem jest tylko pierwsza misja. Jakoś tak dziwnie wyszła Panom z Treyarch. Otocznie jest mdłe i takie nijakie, jednak każdy kolejny poziom wywołuje przysłowiowy szczękopad. Całość prezentuje się nawet lepiej od poprzedniczki, a końcowe misje onieśmielają gałki oczne. Zniszczone miasto wprawi Cię w osłupienie i zdołasz tylko wyjęknąć cichutkie „wow”. Nie jest to oczywiście fotorealizm, ale i tak wygląda obłędnie. Jedna z najładniejszych gier. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie sporadyczne przenikanie się tekstur.

Audio również miażdży. Muzyka to miks ostrych metalowych zagrywek z finezyjnymi orkiestrowymi kompozycjami. Do tego głosów bohaterom użyczyli Gary Oldman i Kiefer Sutherland. Gary wypada rewelacyjnie doskonale imitując rosyjski akcent. Świetny patent! Reszta dźwięków stoi na równie wysokim poziomie i do niczego nie można się przyczepić. Zestaw 5.1 obowiązkowy.

Nowy Call jest rajcowny, jak żaden inny FPS tego roku. Naprawdę, można dostać orgazmu widząc to co dzieje się na ekranie. Palce nabierają małpiej zręczności, skill rośnie jak rtęć w termometrze podczas upalnego lata, mięśnie naprężają się, jak gumka recepturka, a Ty przechodzisz katharsis. Coś pięknego. Jednak jest to tak zwany „odgrzewany kotlet”, nic nowego do tematu nie wnosi, ale smakuje wybornie. Brać i grać!

PS: Autorem recenzji jest zvarownik

Zostaw komentarz

Na tapecie
Star Wars Jedi: Upadły zakon