Recenzja „Dark Souls II”

Otrzymany w darze Master Key. Potem sprint przez Berg i szybka walka z szeregowymi nieumarłymi. Następnie pojedynek z minotaurem z wielkim toporem, kupno łuku z paroma setkami strzał, zdobycie Drake Sword i rozprawienie się z Nieumarłym Smokiem. Cały ten skrót wydarzeń to nie spojler, a droga każdej mojej postaci z pierwszego Dark Souls. Teraz nadszedł czas, aby zmienić nawyki i rzucić wyzwanie nowej krainie Drangleic.

O moich automatyzmach nie napisałem bez powodu. Po prostu spędzając przy Dark Souls sporą ilość czasu, moje palce skakały po padzie bez zastanowienia, tworząc z przeciwnikami istny dance macabre, z którego tylko ja wychodziłem cało. Dlatego też, gdy odpaliłem płytkę z kontynuacją, byłem pewny, że przebiję się przez kolejne lokacje niczym przecinak.

Jakie było moje zdziwienie, gdy gra brutalnie sprowadziła mnie na ziemię. Moje nawyki z poprzednika musiały odejść w odstawkę, a pewność siebie została zastąpiona pokorą. Walczy się bowiem inaczej, nawet szeregowi przeciwnicy wymuszają więcej uwagi, trudniej także wyciągnąć jednego przeciwnika z paczki, bo chłopaki strasznie się lubią i częściej pójdą razem. Trzeba też uważać na paski zużycia broni, aby w jakimś gorącym momencie dzierżony oręż się nie złamał – na szczęście bronie czy tarcze odnawiają się automatyczne, gdy odpoczywasz przy ognisku. Te z kolei zostały ze sobą połączone w sieć, dzięki czemu można przenosić się do wcześniej odwiedzonych miejsc. Z początku taka zmiana w stosunku do poprzednika wydaje się nieco kontrowersyjna, jednak w mojej opinii stanowi zachętę, aby eksplorować nową krainę lub odnajdować sekrety, których jest mnóstwo. Poza tym ogniska to jedyny szybki sposób na powrót do Majuli, najważniejszej lokacji w Dark Souls II.

Majula to miejsce, gdzie rozwijasz swoją postać i usprawniasz ekwipunek, a z czasem poznajesz tajniki magii. Pomimo iż początkowo wkurzał mnie mus teleportowania się do tego miejsca, aby podbić poziom postaci to wraz z postępami w grze polubiłem to miejsce – daje ciut wytchnienia, odpoczynku. Skojarzyło mi się ze świątynią Nexus z Demon’s Souls. Zresztą, jakby się bardziej zastanowić to DSII posiada kilka elementów zapożyczonych właśnie z Demon’s Souls. Po każdej śmierci maleje pasek zdrowia i dopiero odzyskanie ludzkiej formy przywraca pełnię zdrowia. Poziomy nie są już tak zmyślnie połączone przejściami jak w poprzedniku, tutaj mają budowę długich segmentów na końcu których czeka do rozpalenia ognisko. Dzięki temu autorzy mogli dać nieco upust swojej fantazji i w pełni oddać piękno lokacji. Przyznaję, w trakcie trwania mojej przygody Drangleic parę razy mnie zaskoczyło i zachwyciło. Piękne zamki, dzikie knieje, tajemnicze lasy i jaskinie mają swój urok i z zaciekawieniem się je zwiedza.

W serii Soulsów dwa aspekty są najważniejsza: walka oraz poziom trudności. Walczy się nieco inaczej niż w poprzednikach – o czym zresztą już wspomniałem – ale gra powiela te same błędy, m. in. problemy z detekcją trafień – po prostu czasem, mimo pewności, że trafiłem przeciwnika – gra nie zlicza obrażeń (choć trzeba przyznać, że wygląda lepiej dzięki dopracowanej animacji postaci). Statystyki mają przeróżne zależności i przemyśleć sprawę trzy razy zanim wpakuje się wszystkie uzbierane dusze w siłę. Poza tym podczas starć cały czas trzeba myśleć, obserwować pasek staminy oraz zachowania przeciwnika. Są jednak też zmiany: chociażby można odpowiednio zadanym ciosem wytrącić przeciwnika z równowagi, nawet jak ten ukrywa się za tarczą, w końcu również jest sens w używaniu dwóch broni jednocześnie. Starano się jak najbardziej zbalansować mechanikę walki i mogę powiedzieć, że zadanie to wykonano z powodzeniem. A walczyć jest z czym, bo autorzy wrzucili spory atlas przyrodniczy do ubicia i olbrzymią zbrojownię do przetestowania. A czy jest trudniej? Odpowiedź nie jest oczywista, bo gra jest jednocześnie trudniejsza i… prostsza. Jak to możliwe? Plansze są zaprojektowane w ten sposób, że trudniej się po nich porusza. Sporo tu zasadzek, obok zwykłych przeciwników deweloper potrafi dorzucić takiego miotającego zaklęciami albo najeży pomieszczanie plującymi trucizną posągami. Łatwiejsi są z kolei bossowie, przynajmniej w porównaniu do pierwszego Dark Souls. Nie sprawiają takiego bólu podczas walki i nie dają takiej satysfakcji za ich pokonanie. Co więcej, po prostu nie zapadają w pamięć. Wielka szkoda.

Z kolei jeśli chodzi o fabułę to gra nie przedstawia historii wprost, ale łatwo zorientować się co się dzieje poprzez rozmowy czy przeróżne opisy, które pozwalają zagłębić się w historię. Po przejściu gry czeka tryb New Game + będący wyzwaniem. Zawsze można także dołączyć do jednego z Przymierzy, co także utrudni nieco przeprawę przez Drangleic i zapewnie trochę nowych zadań i wyzwań. Można także polować i walczyć z innymi graczami czy pojedynkować się na arenie. Dla każdego coś miłego.

Technikalia to od zawsze trudny temat w serii Souls. Seria nigdy bowiem nie zabijała wyglądem, a i potrafiła przyciąć się zdrowo. Jak to wygląda przy Dark Souls 2? Gra jest… piękniejsza i brzydsza jednocześnie. Patrząc od strony designu wszystko znajduje się na swoim miejscu, a poprawiona gra świateł potrafi niekiedy zachwycić. Z drugiej strony są straszne tekstury otoczenia, jedynie z postaciami i wyposażeniem jest nieco lepiej. Istny chocholi taniec wyczynia liczba klatek na sekundę. Raz jest 30, innym razem 25, a jeszcze innym… 40 lub 20, co potrafi wybić z rytmu, szczególnie podczas walki. Muzyka podkreśla klimat produkcji. Cenega zadbała też o spolszczenie (napisy) i błędów nie dostrzegłem.

Podsumowanie

Trzeci Souls to trzecia świetna część. Bałem się trochę, że autorzy zgubią sens serii, sens, dzięki któremu seria zyskała szacunek i uznanie graczy. Nic z tego. From Software dostarczyło danie podsumowujące cały dorobek serii. Nie jest lepiej niż w Demon’s Souls czy pierwszym Dark Souls. Jest inaczej. Teraz trzeba czekać na kolejną odsłonę – już na PlayStation 4…

Zostaw komentarz

Na tapecie
The Dark Pictures - Man of Medan