Recenzja „Days Gone”

Studio Bend od dłuższego czasu nie miało okazji się wykazać. Choć ich ostatnie produkcje były kolejnymi odsłonami zacnych serii – Uncharted i Resistance – to gra ukazały się wyłącznie na przenośnej Vicie. Deweloper postanowił w końcu zrobić coś swojego i sięgnął po popularny przez ostatnie lata motyw apokalipsy zombie. Pomimo tego, że temat jest już naprawdę wyświechtany, i to nie tylko w branży gier wideo, Days Gone nie tylko cechuje się niesamowitym klimatem, ale także wprowadza powiew świeżości.

Głównym bohaterem produkcji jest Deacon St. John, były żołnierz służący w Afganistanie, a następnie członek gangu motocyklowego. Podczas jednej z przejażdżek spotyka on Sarę, badaczkę miejscowej fauny, która dość szybko zaczyna badać także Deeka, innymi słowy – bohater i Sara zakochują się w sobie, a następnie pobierają. Sielanka nie trwa jednak długo, gdyż w Stanach Zjednoczonych wybucha epidemia, przez którą znaczna część ludzi traci zdolności logicznego rozumowania i popada w szał zabijania, a ukochani zostają rozdzieleni. Wydaje się, że na zawsze…

Bohater nie traci jednak nadziei i przemierza Oregon, aby odnaleźć swoją lubą. Towarzyszy mu kolega z gangu, Boozer. Niech was jednak nie zmyli powyższy opis, gdyż Days Gone to nie jest romansidło. Owszem, poszukiwanie utraconej miłości jest jednym z wątków, może nawet przewodnim, jednakże produkcja oferuje także kilka innych historii, które dzieją się niejako równolegle. Trzeba wspomnieć, że protagonistę poznajemy nie bezpośrednio po wybuchu pandemii, a dwa lata później, kiedy Deek praktycznie pogodził się z tym, że nie odnajdzie już Sary i szykuje się z przyjacielem do podróży na północ. W międzyczasie działa jako wolny strzelec, który przemieszcza się z obozami stworzonymi przez ocalałych i za walutę wykonuje zlecenia dla ich liderów. Plany bohaterów krzyżuje nagły wypadek Boozera, któremu grozi amputacja ręki. Zmusza to naszego towarzysza do podjęcia leczenia, a to możliwe jest tylko przy pomocy zasobów, którymi dysponują wspomniane już obozy. W związku z tym drobna, dotychczasowa pomoc przekształca się w nieco większe zlecenia, a te szybko otwierają drogę do kolejnych wątków, niektórych trwających niemal przez całą, 50-godzinną fabułę.

Historia opowiedziana w Days Gone to bez wątpienia mocny punkt gry. Sam Deek jest bardzo charakterystyczną postacią, nie daje sobie w kaszę dmuchać i kieruje się określonym systemem wartości. Dochodzą słuchy, że protagonista miał być jeszcze bardziej stanowczy, brutalny i bezpośredni, miał podejmować niezwykle trudne moralnie decyzje, ale ostatecznie z jakichś względów z tego zrezygnowano, w związku z czym Deek podejmuje decyzje za nas. Inne postacie, poboczne, są także dobrze napisane i potrafią zapaść w pamięć. Ogólnie widać, że scenariusz został przemyślany, potrafi zaskoczyć zwrotami akcji, a gracz z niecierpliwością czeka na rozwiązanie poszczególnych wątków. Niektóre z nich są naprawdę ciekawe, dotykają zarówno przyziemnych spraw, głównie walk ze świrusami, czyli tutejszymi zombiakami oraz wieczystymi, czyli tutejszym kultem, jak i problemów bardziej globalnych, czyli tego, co wywołało pandemię i czy są jakiekolwiek szanse na to, by świat wyglądał tak, jak wcześniej. Produkcja posiada niepowtarzalny klimat, bardzo gęsty. Przemierzając otwarty świat na jednośladzie z kuszą na plecach – niewątpliwie twórcy inspirowali się tutaj uniwersum The Walking Dead – czuć ciągłe zagrożenie, gdyż nie można być nigdy pewnym, że za chwilę nie wyskoczy na nas jakiś dziki zwierz, bądź inny świrus. Uczucie to potęguje się szczególnie w nocy, kiedy świrusy są znacznie bardziej aktywny, a tzw. „hordy” opuszczają swoje legowiska.

To właśnie hordy są tym, co wyróżnia Days Gone od innych gier z otwartym światem, i to nie tylko tych o zombie. Hordy to grupy świrusów, najmniejsze liczą kilkadziesiąt sztuk, największe – ponad setkę. Uwierzcie mi, w przypadku spotkania z hordą na początku rozgrywki nie ma innej możliwości niż ucieczka, najlepiej na motocyklu. W innym wypadku zostaniemy, dosłownie, rozerwani na strzępy przez rozwścieczony tłum. Dopiero w późniejszym etapie, praktycznie pod sam koniec gry, posiadamy wystarczające umiejętności i sprzęt, aby skutecznie przeciwstawić się hordzie. Niektóre z tych starć mogą naprawdę wywołać emocje i spowodować większą potliwość dłoni, szczególnie, jeśli do wyeliminowania pozostanie nam 20 – 30 przeciwników, a amunicja i przedmioty miotane są na wyczerpaniu. W takim wypadku warto rozejrzeć się dookoła i odnaleźć jakieś przydatne elementy otoczenia, które można np. przewrócić czy wysadzić, by szybko pozbyć się niedobitków. Przydatna może okazać się także broń biała, jak choćby znaleziona maczeta czy zmontowany kij bejsbolowy połączony z piłą. Trzeba napomknąć w tym miejscu, że w grze walczymy także z innymi odmianami świrusów, większymi, szybszymi, potrafiącymi ogłuszać krzykiem, ale to właśnie hordy są dla mnie prawdziwymi bossami Days Gone, wyróżniającymi grę z tłumu.

Nie jednak samymi hordami człowiek żyje, szczególnie, że jest to zabawa na ostatnią fazę gry. Zanim do walk z ogromnymi grupami świrusów dojdzie, jak już wspomniałem, trzeba się do nich przygotować. W grze zdobywamy punkty doświadczenia, które następnie wymieniamy na umiejętności oraz kredyty pełniące rolę waluty. Co ciekawe, nie mamy jednej puli kredytów, a w każdym z obozów osobną, którą powiększamy za wykonywanie misji i zleceń na ich obszarze czy w danym obozie sprzedajemy zdobywane trofea – uszy świrusów czy mięso zwierząt. Za kredyty kupujemy nowe rodzaje broni – krótkiej, długiej, snajperki czy kusze, a także możemy ulepszać nasz motocykl, montując w nim mocniejszą ramę, lepszy silnik, nitro czy większy bak. Ten ostatni jest o tyle istotny, że naszemu jednośladowi dość szybko zaczyna brakować paliwa, a pusty bak gdzieś pośrodku lasu czy na autostradzie pełnej świrusów nie stanowi fajnej perspektywy. Trzeba pamiętać, aby co jakiś czas zatrzymywać się na stacjach benzynowych, ewentualnie rozglądać się za porozrzucanymi kanistrami. W ostateczności paliwo można uzupełnić w obozie, ale jest to dość kosztowne, a kredytów zawsze brakuje. Początkowo myślałem, że ubywające paliwo będzie mnie denerwować, ale tak nie jest, a wręcz przeciwnie – podróżowanie po zdewastowanym świecie mając z tyłu głowy, że jeśli zapuścimy się za daleko to będziemy musieli wracać na piechotę jeszcze bardziej potęguje immersję.

A czasem trzeba pojechać naprawdę daleko, by wykonać wszystkie aktywności poboczne, jakie przygotowali dla nas twórcy. Tych jest kilka rodzajów i stanowią przyjemną odskocznię od zadań fabularnych, ale – jak to w grach z otwartym światem bywa – są one powtarzalne. W Days Gone aktywujemy punkty Nero, uprzednio odłączając megafony i przywracając zasilanie, czyścimy obozy wypadowe czy wypalamy siedliska świrusów. Przynosi to korzyści w postaci szacunku w obozach, kredytów czy zwiększania statystyk Deeka – zdrowia, kondycji oraz skupienia, czyli czasu trwania spowolnienia czasu podczas celowania. Zawsze możemy również po prostu pojeździć po mapie, odwiedzając opuszczone chaty czy ciemne jaskinie i zbierając znajdujące się tam zasoby przydatne do tworzenia różnych, niezbędnych do przetrwania i walki przedmiotów. Nie zabrakło też znajdziek w postaci punktów widokowych czy wszelkiej maści dokumentów, po których przejrzeniu jeszcze lepiej poznajemy teren naszych działań, zwany przez tutejszych Syfem.

Niestety, przy okazji Days Gone wyszedł również brak doświadczenia studia Bend, jeśli chodzi o tworzenie tytułów AAA na konsole stacjonarne. Nie zrozumcie mnie źle – w grę gra się bardzo dobrze, jednakże cierpi ona na kilka widocznych bolączek, przede wszystkim szereg bugów, które jednak nie utrudniają rozgrywki, a raczej śmieszą. Są to m. in. lewitujące obiekty, problemy z fizyką czy animacjami, zapadający się pod ziemię przeciwnicy, do których nie ma dostępu etc. Każdy z graczy natrafi przynajmniej na jeden z tych problemów, ale trzeba pochwalić dewelopera, że od premiery działa bardzo sprawnie i za pomocą łatek eliminuje kolejne problemy. Minus należy się jednak za sztuczną inteligencję ludzkich wrogów, gdyż, niezależnie od poziomu trudności, są oni po prostu bardzo głupi, nie dostrzegając Deeka, kiedy ten stoi obok nich czy całkowicie ignorujący ciała swoich pobratymców. Sprawia to, że tak naprawdę nie ma znaczenia czy zdecydujemy się na cichą ich eliminację czy wymianę ognia, i tak jest zbyt prosto. Trudno uwierzyć, ale o wiele mądrzejsze są świrusy, szczególnie w hordzie, niż ludzie.

Graficznie gra prezentuje się bardzo dobrze. Twórcy zaoferowali różnorodny świat w zależności od tego, w jakim rejonie się znajdujemy. Przemierzać możemy gęste lasy, pustkowia, ośnieżone góry czy autostrady z porzuconymi przez spanikowanych właścicieli pojazdami. Po drodze podziwiamy niespotykane do tej pory efekty atmosferyczne w czasie rzeczywistym, tzn. kiedy zaczyna padać śnieg to po chwili cała okolica z zielonej staje się biała. Nie widziałem czegoś takiego w żadnej innej produkcji. Ścieżka dźwiękowa jest świetna, a parę kawałków wpada w ucho na dłużej, szczególnie doskonały utwór z napisów końcowych. Produkcja, jako gra wydawana przez Sony, posiada polski dubbing, który jest poprawny, jednak miejscami zbyt cichy i średnio dopasowany. Natknąłem się także na problemy z opóźnieniem dźwięku w cut-scenkach względem obrazu. Gra potrafi także na chwilę dość odczuwalnie zwolnić, kiedy w tle doczytują się kolejne obiekty lub kiedy zbyt dużo dzieje się na ekranie.

Podsumowanie

Days Gone na pierwszy rzut okaz może wydawać się po prostu kolejną grą o zombie z otwartym światem, ale kilka autorskich pomysłów jest tu naprawdę udanych, na czele z hordami świrusów przemierzających świat gry. Ponadto bardzo dobra historia, charyzmatyczny główny bohater oraz klimat powodują, że produkcję warto poznać i to nawet, jeśli gdzieś tam czujemy znudzenie tematyką ożywionych umarłych. Days Gone to takie trochę sandboksowe The Last of Us polane sosem z The Walking Dead. Zakończenie sugeruje, że z Deaconem jeszcze się spotkamy, a wyniki sprzedaży tytułu wydają się to potwierdzać. Osobiście z chęcią wrócę do Syfu, już pewnie na PlayStation 5!

SERDECZNIE DZIĘKUJEMY PLAYSTATION POLSKA (SCEP) ZA MOŻLIWOŚĆ ZRECENZOWANIA TYTUŁU.

Zostaw komentarz

Na tapecie
A Plague Tale: Innocence