Recenzja „Dead Rising 2: Off the Record”

Wiedzieliście, że swego czasu Capcom wypuścił 16 edycji pierwszego Street Fightera? SZES-NA-ŚCIE! Po co to piszę? Cóż, najwidoczniej w tradycji firmy leży wydawanie po raz enty nieznacznie poprawionego, ale w gruncie rzeczy tego samego produktu. Fani żółto-niebieskich wiedzą o czym mowa. Teraz jednak czasy się zmieniły i o ile w latach 90’tych, kiedy to o takich wynalazkach jak DLC czy patch’e do gier konsolowych można było jedynie snuć futurystyczne wizje przy ognisku reedycje miały jeszcze jakąś swoją rację bytu, tak teraz próba sprzedaży odgrzewanego kotleta często spotyka się z krytyką graczy. Czy tak jest w wypadku Dead Rising 2: Off the Record? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w treści poniższej recenzji.

NOWY (STRY) BOHATER

Osoby mające styczność z pierwszą częścią serii, która ukazała się ładnych parę lat temu na X360 pamiętają zapewne kipiącego testosteronem fotoreportera, który był protagonistą owej gry. Tak, Frank West powraca w glorii i chwale, z dumą dzierżąc w dłoniach swoje główne narzędzie pracy – aparat fotograficzny. Tych wszystkich, którym brakowało w Dead Risnig 2 trybu photo i powiązanego z nim zdobywania punktów prestiżu (PP) zapewne ucieszy fakt, że opcja ta znalazła się w Off the Record. Nie jest to jednak żadna nowość, przynajmniej dla osób, które drugą sztandarową serię o zombiakach Capcomu znają od jej zalążków. Podobnie jest z bohaterem – Franka nie sposób nie polubić, ale jeżeli grałeś w pierwszą odsłonę DR (ewentualnie w DLC do dwójki o podtytule Case West), to mniej więcej wiesz czego się po nim spodziewać.

Fabularnie również nie odbyło się od swoistego recyclingu. Ot, historia opowiedziana w Off the Record obfituje w parę wątków wspólnych z wydanym ponad rok temu DR 2, z taką różnicą, że wydarzenia obserwujemy z oczu Franka. To takie trochę co by było gdyby alternatywnej wersji wydarzeń z Fortune City. Nie zabrakło zatem sporej dawki smaczków i ester egg’ów, które wyłapią fani serii.

Odrębny akapit należy się postaci pana Westa. Bez dwóch zdań jest to gość o większej charyzmie i ciekawszej osobowości niż poprzedni bohater serii – Chuck Green. Od wydarzeń z części pierwszej nasz ulubiony fotoreporter nieco się zapuścił, popadł w nałogi i został wplątany w parę niszczących jego reputację afer. Gwiazda jego sławy nieco przygasła, nic dziwnego zatem, iż ten charakterny egocentryk postanawia przywrócić jej dawny blask, tym z czego niegdyś zasłynął. West godzi się wziąć udział w totalnie pokręconym telewizyjnym show polegającym na brutalnej eksterminacji hord głodnych mózgu zombiaków. Grę zaczynamy na arenie wrestlingowej ubrani w strój zapaśnika, walcząc z kolejnymi falami nieumarłych. Wszystko byłoby cacy gdyby nie okazało się, że ktoś pozwolił wydostać się zgniłkom na zewnątrz by te opanowały całe Fortune City. Uroczo nieprawdaż?

ALE TO JUŻ BYŁO

Oczywiście docenić należy starania żółto-niebieskich by opowiedzieć w Off the Record nieco inną historię, ale to za mało. Problem z tą grą jest tego typu, że nie oferuje ona praktycznie żadnych, istotnych nowości gameplay’owych w porównaniu do części drugiej. Capcom poszedł tu na łatwiznę i przygody Franka są jota w jotę oparte na tych samych mechanizmach, co w Dead Rising 2. Dalej osią rozgrywki jest frustrująca niekiedy walka z czasem. Dalej mamy do dyspozycji praktycznie każdy przedmiot, jaki uda nam się znaleźć. Doprawdy, zabawne jest okładanie zombiaka pluszowym misiem czy gigantycznym dildo, ale, Capcom, ile można? Pomysły na gameplay serii DR zdążyły już podgnić niczym ciała hord nieumarłych z którymi przyjdzie nam się zmierzyć. Esencja rozgrywki tkwi ciągle w schemacie: wybijaj zombie, chroń ocalałych, eskortuj ich w bezpieczne miejsce, rozwijaj postać, tocz walkę ze sporadycznymi, pokręconymi bossami, zapisuj grę w Safe House i tak w kółko. Takie założenia zdążyły się już przejeść w dwójce, w Off the Record powodują natomiast solidną niestrawność.

Pal licho skostniałe pomysły gameplay’owe. Sporym rozczarowaniem jest także fakt, że do naszej dyspozycji zostaje oddane dokładnie to samo miejsce wydarzeń, co w części drugiej. Wszystkim tym, którzy zwiedzili wzdłuż i wszerz Fortune City jakiś rok temu będzie towarzyszyło uczucie nieprzyjemnego deja vu. Deweloper pokwapił się o wrzucenie zaledwie jednej nowej lokacji. Utrzymany w stylistyce science-fiction park rozrywki Uranus wygląda naprawdę dobrze i oferuje parę ciekawych, odmiennych narzędzi mordu, ale to za mało by zadowolić spragnionych nowości fanów.

A skoro już przy fanach jesteśmy. Lwia część z nich zapewne zgodzi się ze mną, że najmocniejszym punktem serii Dead Rising jest swoboda wyboru broni, którym przyjdzie nam eksterminować hordy wygłodniałych naszej mózgownicy zgniłków. I w tym aspekcie kolejny twór Camcom nie zawodzi. Ciężko mi wskazać drugi tytuł, który obfitowałby w taką różnorodność w tym aspekcie. Los Zombie w Fortune City z pewnością nie należy do łatwych gdy gracz szaleje po centrum handlowym z kataną, piłą łańcuchową czy kijem bejsbolowym z powbijanymi weń gwoździami. Jeżeli poniesie nas ułańska fantazja będziemy mieli także możliwość okładać nieumarłych za pomocą takich morderczych narzędzi jak pluszowy miś czy szczotka. Znakiem rozpoznawczym serii jest także możliwość łączenia poszczególnych przedmiotów by stworzyć nowe, unikalne bronie. Pomysł ten skopiował Techland w swoim Dead Island i nic dziwnego. Jest po prostu przedni i warty naśladownictwa.

SANDBOXOWY MAYHEM

Narzekałem wyżej, że nowy-stary Dead Rising cierpi na brak istotnych nowości. A i owszem, co nie zmienia faktu, że Capcom pokwapił się o dodanie pewnego trybu, o który gracze prosili już od części pierwszej. Mowa tu o opcji Sandbox mode. Wyrzuć z wątku głównego tykający zegarek i związaną z nim frustrację z cyklu czy zdążę? dodając niczym nieskrępowaną swobodę w zwiedzaniu lokacji, a otrzymasz coś na kształt wspomnianego trybu. Przyznam szczerze, że na początku patrzyłem na Sandbox mode nieco sceptycznie, ale po chwili zrozumiałem, że jego rola sprowadza się bardziej do swoistego odstresowywacza. Jako że nie musimy martwić się już takimi pierdołami jak upływający czas czy potrzeba Franka by co jakiś czas aplikować mu medykament Zombrex, rozrywka przebiega w zdecydowanie bardziej wyluzowanej atmosferze. Fajnie, że istnieje opcja korzystania z save’a z trybu story dzięki czemu do walki z nieumarłymi możemy wystawić odpowiednio zupgrade’owanego Westa. Ciekawym patentem jest także fakt, że zaliczanie rozmaitych zadań w trybie sandbox przynosi nam różnorodne profity (nowe bronie, kasa itp.), które z kolei przenoszą się do fabularnego singla. Istnieje zatem spora motywacja by bawić się obydwoma trybami na przemian. Synchronizacja jednego z drugim jest pomysłem zdecydowanie godnym pochwały tym bardziej, że dochodzi do tego ko-operacyjna rozgrywa z drugim graczem. Nie ma to jak w dwójkę uporać się z całą halą zombie czekających na to by rzucić nam się do szyi z charakterystycznym chrząknięciem. Niestety tylko on-line. Miłośnicy kanapowego grania ponownie muszą się obejść smakiem.

NADGRYZIONY ZĘBEM CZASU

Jak nie trudno się domyślić Off the Record działa na starym silniku dwójki, który już rok temu, w chwili jej premiery przejawiał parę dość istotnych archaizmów. Autorzy twierdzą, że skrócili czas cholernie frustrujących loadingów podczas wczytywania poszczególnych segmentów Fortune City, ale prawdę napisawszy, ja nie odczułem jakiejś znaczącej poprawy. Dalej drażni ich obecność, szczególnie w dobie takich tytułów jak Read Dead Redemption gdzie wszystko doczytuje się w locie. Mierzi również oprawa graficzna. Aliassing i niespecjalnie bogate w polygony modele postaci mogą zwyczajnie odstraszyć wizualnych malkontentów od tego tytułu. Capcom chwali się natomiast zwiększeniem liczby zombiaków w trakcie potyczek i to rzeczywiście widać. Czasami aż trudno się między nimi przepchnąć chociaż pod tym względem do poziomu słynnego dema technologicznego pierwszego Dead Rising nieco brakuje. Inna sprawa, że większa liczba zgniłków negatywnie odbiła się na płynności animacji. Frame’ratowi zdarza się częstokroć nieprzyjemna czkawka, aczkolwiek nie na tyle duża by mówić tu o pokazie slajdów. Niemniej – widać, że silnik na którym hulają najnowsze przygody Franka Westa słabo zniósł próbę czasu jeszcze dobitniej uwydatniając swoje mankamenty.

ZAPRASZAMY PIERWSZAKÓW

Tytułem zakończenia – tak, Dead Rising 2: Off the Record to typowy odgrzewany kotlet i ewidentny skok na kasę ze strony Capcomu. Jeżeli grałeś w poprzednie części – odpuść sobie. Jest tu zdecydowanie zbyt mało istotnych nowości by tchnąć w tą serię nowe życie, a uczucie nieprzyjemnego de javu po prostu nie da Ci spokoju. Pochwalić jednak należy wydawcę. Gra od początku sprzedawana jest z niższej cenie (na PS3 i X360 jest dostępna za 149 zł, a na PC za 89 zł) co dla osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę w uniwersum Dead Rising jest pewną okazją do zagłębienia się w jego podgniłe tajniki. Trzeba jednak nadmienić, że gra w sposób brzydki się zestarzała i nawet jeśli będzie to Twój pierwszy kontakt z serią, miej na uwadze, iż trzeba mieć do niej odpowiednie nastawienie. Tytuł ten prawdopodobnie przypadnie do gustu fanom takich filmów jak Zombieland, które z przymrużeniem oka traktują tematykę walki z umarlakami. Fajnie, że Capcom ma w swojej ofercie dwie serie, który w zgoła odmienny sposób podchodzą do tej tematyki, ale Dead Rising ewidentnie stanął w miejscu jako seria i w kolejnej edycji solidna porcja zmian wydaje się wręcz obowiązkowa.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Days Gone