Recenzja „Dead Space”

Survival horror to gatunek, który w praktyce już leży w trumnie. Możecie mówić, że tylko przeszedł metamorfozę i ma się dobrze, ale fakty mówią same za siebie. Survival horror to gatunek, który w praktyce już leży w trumnie. Możecie mówić, że tylko przeszedł metamorfozę i ma się dobrze, ale fakty mówią same za siebie. Dead Space nie jest grą z wyżej wymienionego gatunku. Gier, w których nabojów było zawsze kilka, pasek zdrowia trzymał się mniej więcej na poziomie dwudziestu pięciu procent a przeciwnicy byli tylko „dekoracją” mrożącego krew w żyłach klimatu, umarły. Dlaczego więc o tym wspominam skoro Dead Space nie jest survival horrorem? Cóż, gra akcji z widokiem TPP oraz lekkimi naleciałościami strachu to gatunek, który dostaliśmy w zamian.

Początkowo seria Resident Evil zaliczyła taką metamorfozę, lecz sama w sobie czwarta część była grą wybitną. Czemu więc tak wszyscy narzekają? Może czas zaakceptować zmiany, może czas przyjąć do zrozumienia, że survival horrorów w czystej postaci już nie dostaniemy? Ja się z tym pogodziłem, bo gra od Elektroników jest fenomenalną produkcją.

Dead Space opowiada o przygodzie niejakiego Isaaka i jego misji polegającej na naprawieniu planetołamacza USG Ishimura. Coś oczywiście poszło nie tak jakby tego wszyscy chcieli (oprócz graczy). Nieuniknione awaryjne lądowanie oraz, nie będzie to spoilerem jeśli to ujawnię, że dwóch ludzi z załogi ginie. Zostało Was trzech – główny bohater Issak i dwaj kumple (no, kumpel i kumpela, trójkącik wskazany:). Fabuła przedstawiona w grze początkowo zalatuje kiczem, ale na szczęście szybko okazuje się, że jest zupełnie odwrotnie. Twórcy fenomenalnie ułożyli historię, dzięki czemu jest kilka momentów gdzie szczena opada z wrażenia. Jest intensywnie, dynamicznie, tajemniczo i ze zwrotami akcji. Smaczku dodaje fakt, że niektórych rzeczy dowiadujemy się ze znajdywanych plików audio/video.

Czas skupić się na rozgrywce. Powiem tak – sterowaniem, poruszanie się i strzelanie przypomina mocno grę, na której twórcy, jak widać nieco się wzorowali – Resident Evil 4. Lewa gałeczka służy do ruchu postacią (a jakżeby inaczej?[auro: pytasz się czy stwierdzasz pytająco:)]), prawa do obrotu kamerą, biegu, celowania znad barku (na szczęście da się jednocześnie iść i strzelać), a przycisk akcji jest jeden. Wyżej wymieniony tytuł jest podobny także ze względu na to skąd pobieramy amunicję, apteczki, bronie i gdzie ulepszamy przedmioty. Gnaty dopakowujemy w specjalnym urządzeniu (za znalezione węzły). Również w oddzielnej maszynie kupujemy amunicję, którą można również wraz z przedmiotami do leczenia znaleźć przechadzając się po statku. I to koniec podobieństw względem RE4.

Podstawową różnicą jest rozgrywka. Jak już mówiłem sterowanie jest niemal identyczne, ale mechanika gry już nie. Nie gonimy tu i spowrotem, tylko po to aby znaleźć klucz potrzebny do otwarcia drzwi po drugiej stronie poziomu. Backtracking nieraz i jest, ale nie tak częsty jak w przypadku gry Capcom. Jest mniej ślamazarnie, a bardziej dynamicznie. Strzelanie także jest całkiem inną bajką. Bezsensowne mashowanie przycisku odpowiedzialnego za strzał w celu ubicia przeciwnika mało daje. Ba, nawet headshoty nie mają mądrego zastosowania. Chodzi tu raczej o bawienie się w chirurga niż strzelanie do celu. Aby powalić przeciwnika mądrze i przy tym zużywając jak najmniejszą liczbę nabojów, trzeba ucinać kończyny. Wiecie, strzelacie w nogę, później w drugą, kreatura pada a Wy przeciwnika dobijacie pozbawiając go rąk (?). Oczywiście to tylko jedna z metod na pokonanie wroga, ale jest chyba najskuteczniejsza. Brzmi nieźle, co? A wygląda jeszcze lepiej. Kończyny odrywają się w różny sposób (każdą można podzielić jeszcze na trzy różne kawałki!), jucha tryska malując piękne obrazy na otoczeniu.

A czym pokonujemy przeciwników? Standardowym uzbrojeniem jest pistolet, strzelba, karabin. Haczyk polega na tym, że nazwy zostały odpowiednio zmienione a ich wygląd także przypomina narzędzia. Dlatego też zamiast shotguna mamy strzelbę elektryczną (która jako narzędzie miała inne zastosowanie), pistolet zastąpił piłę plazmową (służyła do cięcia oczywiście), itd. Taka tam gadanina twórców, bo używa się tego tak samo jak zwykłego wyposażenia, które jest każdej grze, z tym, że w Dead Space w sumie jest niestandardowe. Tak jakby.

Mamy jeszcze dwie umiejętności – telekineza i możliwość spowalniania czasu. To pierwsze nie przydaje się w walce, bo nie ma w nim zastosowania. Skorzystacie z niej jedynie przy rozwiązywaniu zagadek. Tu również przydaje się slow motion mające także zastosowanie, w przeciwieństwie do telekinzey, podczas walk (szczególnie na najwyższym poziomie trudności).

Jedynym mankamentem jest fakt, że ta zdolność spowalnia tylko dany obszar na bardzo krótki czas (oba te czynniki możemy wydłużać dokupując ulepszenia). Wspomniałem o puzzlach i dodam jeszcze jedno – jest ich niewiele i nie są trudne.

Sam klimat jaki twórcy „przyrządzili” to jeden z większych atutów Dead Space. Jest zaszczucie, panika, dziwne odgłosy, jakieś majaki. Otoczenie powoduje, że atmosfera podczas parcia do przodu jest niezwykle klaustrofobiczna. Myślicie, że ciasne korytarze jakiegoś statku w kosmosie nie mają nic więcej do zaoferowania? Też tak uważałem, dopóki nie ukończyłem gry. Podobnie było w BioShocku. Niby cały czas to samo, a jednak inaczej. Szkoda, że twórcy nie „pocukrowali” tego wszystkiego strachem i zgrzytaniem zębów z przerażenia. Jak już mówiłem – klimat jest, owszem, ale strachu w nim zero. Nie podskoczyłem ani razu podczas rozgrywki. Może to dlatego, że ukończyłem już wiele serii, które próbowały straszyć tym samem i robiły to skutecznie, ale fakt pozostaje faktem – horror hardkorowców jest więcej niż ja i nie tego oczekują. Nowicjusze pewnie będą zrywać boki ze strachu, ale gra oferuje bardzo standardowe sposoby na przestraszenie gracza, w dodatku robi to w sposób gorszy niż produkcje, które próbowały przestraszyć w ten sam sposób.

Dzieło EA jako całość bardzo mnie zaskoczyła, a podobne uczucie wywołała oprawa audiowizualna. Tak wychwalany w recenzji klimat nie byłby tak nasycony i wylewał się z ekranu gdyby nie grafika. Silnik gry jest co najmniej bardzo dobry. Tekstury są po prostu dobre, efekty specjalnie powalają, rozgrywkę cechuje płynność i nie „świeci” jak reszta tytułów na enginie Unreal Engine 3.0 czy ID Tech 4. Modele postaci i potworów to klasa sama w sobie, a widok ich defragmentacji – bezcenny. W kwestii udźwiękowienia Dead Space jest jedną z najmocniejszych gier na konsolach nowej generacji. Gdyby jakikolwiek survival horror tak wyglądał i brzmiał, zostałby okrzyknięty najstraszniejszym survival horrorem wszechczasów. Niestety twórcy ten potencjał nieco zmarnowali.

Grę serdecznie polecam, bo jest to jednym z najlepszych tytułów zeszłego roku. Masa strzelania, intensywnej akcji i zwrotów, paniki. Całość trwa około 11 godzin, przy czym warto podkreślić, że Dead Space jest tytułem, do którego wracałem najchętniej ze wszystkich ostatnio przeze mnie ogranych gier, bo przejście raz wcale nie wystarcza. Kupujcie, naprawdę warto, a druga część prawie pewna. W dodatku macie kilka języków do wyboru, przy czym jest wersja polska w postaci ładnie i nie na siłę zlokalizowanej kinówki.

Na tapecie
Final Fantasy VII Remake