Recenzja „Demon’s Souls”

Gracze! Przygotujcie sobie czas i grajcie z przyjemnością, ponieważ dziś zginiemy w piekle! Pamiętasz może, mój drogi Czytelniku, czasy pierwszego PlayStation lub jeszcze wcześniejsze? Czasy kiedy zamiast grafiki, czy głupiego sterowania w grzeliczyło się przede wszystkim uczucie wcielenia się w jakąś postać i wzięcia udziału w przygodzie? A ta przeważnie była dość trudna – co sprawiało, że samo przejście gry dawało niesamowitą radość i +5 do reputacji wśród kumpli na podwórku. Teraz, gdy grami w większym niż kiedykolwiek wcześniej stopniu rządzi kasa i chęć zarabiania coraz to większych pieniędzy, czy jest możliwe aby tamte czasy wróciły? Zawrócić kijem Wisły się nie da, ale dzięki Demons Souls możemy się poczuć jak za dawnych czasów.

Wyjdź z cienia, nadszedł twój czas…

Fabuła jaka została nam tutaj opowiedziana jest prosta jak but z lewej nogi: Królestwo Boletaria w wyniku głupoty króla zostało spowite nieprzeniknioną mgłą, a świat opanowały przerażające demony. teraz tylko prawdziwy śmiałek może zaprowadzić spokój i harmonię – i tym właśnie bohaterem oczywiście jesteś Ty. Sam przyznasz, że mamy tutaj do czynienia z niezbyt wyszukaną opowieścią.

Ale w tej grze lekko przy tępawa historia wcale nie przeszkadza! Dlaczego? Ponieważ autorom udało się stworzyć niepowtarzalny klimat: ciężki, mroczny i surowy. Posępny zamek, zniszczona świątynia, kopalnie, więzienie – widać, że autorzy mocno wzorowali się na europejskiej kulturze, co jest rzeczą zaskakującą zważając na fakt, że za Demon’s Souls odpowiedzialni są Japończycy. Na próżno szukać tutaj jakiś nastolatków z różowymi włosami (niby teoretycznie możemy stworzyć w rozbudowanym edytorze postać, która będzie przypominała te z j-rpg, ale ponieważ w większości wypadków nasz bohater będzie zakutym w pancerzu rycerzem, więc to się nie liczy) i chyba jedyną japońską naleciałością w tej grze są olbrzymie, przypominające deskę surfingową miecze .

Wracając do klimatu – ludziom z From Software udało się stworzyć poczucie osamotnienia i mimo że w grze istnieje multiplayer (o nim później) i co jakiś czas spotykasz małomównych NPC to przez większość swojej przygody będziesz się czuł zaszczuty jak jeleń w trakcie polowania. Jak można czuć się inaczej, jeżeli skośnoocy programiści postanowili sobie za punkt honoru zabić Ciebie zaraz po skończeniu samouczku…

…i uwierz mi uda im się to na pewno.

Life is brutal… asian’s cocksukers

Po dość brutalnym rozstaniu się ze światem żywych okazuje się, że nie jesteś zmuszony zaczynać gry od początku, a twoja dusza trafia do miejsca zwanego Nexusem i tutaj dopiero zaczyna się prawdziwy Demon’s Souls.

Nexus pełni rolę bazy wypadowej, sklepiku, w którym naprawisz/usprawnisz broń a także nauczysz się nowych zaklęć czy ogólnie podpakujesz swoją postać.

Pamiętasz, kiedy pierwszy raz wstałeś na nogi i chodziłeś? Nie, ponieważ nie byłeś tego świadomy. Więc dlaczego chodziłeś? Wszyscy rodzą się, wiedząc jak chodzić. To się nazywa instynkt.

Instynkt, obserwacja i wysnuwanie wniosków z porażek to są klucze, bez których nie ma co marzyć o przeżyciu w tym okrutnym świecie. Nie nastawiaj się na prostą przygodę – tutaj każdy chce cię zabić i niezależnie od wybranej profesji (a tych jest kilka – różne wariacje na temat wojownika i czarodzieja) masz przerąbane. Tutaj wypada abyś wiedział że po każdej śmierci twój podopieczny odradza się jako dusza – w słabszej wersji swojego cielesnego wcielenia. Jak odzyskuje swoje ciało? Prosta sprawa – musisz się przebić przez najeżony przeciwnikami, pułapkami , przepaściami poziom a na końcu pokonać bossa. Łatwizna, prawda? Ok. Są jeszcze dwa inne sposoby na odzyskanie ciała, ale o nich nieco później.

Największą zaletą tej produkcji są walki: emocjonując , wymagające od gracza nieustannej uwagi na przeciwniku i myślenia. Bezmyślnego i roztargnionego poszukiwacza przygód nawet początkowi przeciwnicy są w stanie roznieść w parę chwil. I tutaj dochodzimy do najprzyjemniejszej części gry, ponieważ to właśnie walka i sterowanie sprawiają, że w Demons Souls gra się z nieukrywaną przyjemnością.

Prowadząc postać w DS czujesz jakbyś to Ty był zakuty w zbroję. Każdy unik, każdy zamach, każdy przyjęty na tarczę cios, każde sparowanie ataku, przeszywa cię dreszcz, gdy widzisz jak twój bohater powalony na ziemie uderzeniem przeciwnika powoli otrząsa się próbując wstać na równe nogi, każdy zadany cios i pchnięcie sprawia, że w kąciku twoich ust zagości malutki uśmieszek. Jedyne co cię teraz ogranicza to dwa paski – życia i wytrzymałości. Ten drugi jest naturalnie ważniejszy od pierwszego, ponieważ prawie każda czynność (atak, unik, użycie tarczy, bieg) sprawia, że ten się kurczy, a gdy się skończy jesteś bezbronny niczym pisklę, niezdolny nawet do ucieczki. Nie bój się jednak, wystarczy chwilę odczekać, aby Twoja postać złapała trochę tchu i znowu mogła wskoczyć wir walki – co nie zmienia faktu, że nieciekawie jest gdy podczas zażartej potyczki nagle twoja postać znieruchomieje ze zmęczenia – zgon na miejscu murowany. Dlatego do każdej walki musisz podejść z głową szanując swoją postać, myśląc parę kroków do przodu, starać się walczyć jak najefektywniej i kontrolować pojedynek. Radocha płynąca z walk sprawia, że chcesz walczyć więcej i więcej…

Deweloper doskonale zdawał sobie z tego sprawę szykując całą masę maszkar czekających na ubicie: rycerze, łucznicy, demony, smoki, psy, kościotrupy, płaszczki, halabardnicy itd. Tylko dwie rzeczy są tutaj pewne: oni mają przewagę liczebną i nie znają litości.

Dochodzi tutaj jeszcze masa uzbrojenia: od lasu mieczy, szabli, katan, halabard, toporów, po różnego rodzaju tarcze, zbroje, łuki, kusze a na magii kończąc. Każdym rodzajem broni gra się inaczej, mało tego – każdą broń możesz wziąć w obie dłonie zwiększając siłę ataku, do tego nic nie stoi na przeszkodzie ulepszeniu oręża u kowala.

Świetnie zostały zrealizowane walki z potężnymi bossami – każdy szef jest tutaj unikalny i na każdego jest inny sposób. Jednego trzeba atakować bez wytchnienia, bo inaczej zdąży się zregenerować, tak drugi będąc młodszym bratem Balroga potrafi mocno przypalić skórę i trzeba uważać na jego ogniste ataki, a jest jeszcze przecież ogromna latająca płaszczka ciskająca kolcami, a to dopiero początek wyliczanki. Walki z nimi to zawsze wyzwanie i test naszych umiejętności . Przyznam się szczerze: takie podniecenie podczas walki z bossami ostatni raz towarzyszyło mi, gdy grałem Shadow of Colossus i mimo że swoimi rozmiarami Kolosy z gry teamu Ico miażdżą większość ekipy z Demons Souls to i tak ci drudzy robią nie mniejsze wrażenie.

Jakby się przypatrzeć obie gry łączy więcej niż tylko wyrośnięte bestie: podobny klimat , Nexus – świątynia, sterowanie postacią, zbliżony styl graficzny – cóż, jak się na kimś wzorować to tylko na najlepszych, prawda?

O choroba, na śmierć zapomniałem o duszach. Dusza to najważniejsza rzecz w Boletarii, którą otrzymuje się po pokonaniu przeciwnika (każda ma inną wartość). W duszach płaci się za wszystko: przedmioty, naprawa uzbrojenia , ulepszenia czy.. nowe poziomy postaci! Tak, autorzy postanowili, że zwykle nabijanie doświadczenia jest już niemodne i postanowili, że za każdy Soul Level (poziom) będziemy płacić odpowiednia sumkę w duszach (która systematycznie się zwiększa).

Niestety developer chcąc utrudnić zadanie wprowadził zasadę rodem z jakiś chorych mmorpg’ów – gdy giniesz, czy to w postaci cielesnej czy jako dusza tracisz wszystkie zebrane Duszyczki! Wyjątkiem są tylko Dusze specjalne (bossów lub zebrane w trakcie zwiedzania poziomu), są bezpieczne . Aby twórcy nie wyszli na bezdusznych ludzi (wszak wizerunek też się liczy) i wspaniałomyślnie dają Tobie jedną szansę po odrodzeniu na dodarcie do miejsca, w którym poległeś.

Oczywiście jest jeden mały haczyk – gra nie ma checkpointów i trzeba cały szmat drogi przejść od nowa pokonując odrodzonych w cudowny sposób przeciwników . Acha, jeżeli zginiesz zanim dotrzesz i zabierzesz swoją własność, wszystko przepada i zostajesz z niczym. Nie zdajecie sobie nawet sprawy ile setek tysięcy zarobionych uczciwą wyrzynką duszyczuniek straciłem, chlip! Samo wspomnienie sprawia, że ból powraca.

Ile razy kląłem i wyklinałem twórców od najgorszych. Ile to razy wyłączałem konsolę kipiąc z wściekłości.Obrażony, nie chciałem jej z powrotem włączyć przez parę godzin/dni. Lecz każda taka przygoda wżynała mi się w umysł i nie mogłem przestać się zastanawiać co zrobiłem źle? Ucząc się na swoich błędach obmyśliwałem nowe strategie walki – próbowałem nie popełniać tych samych błędów. Ta gra uczy pokory jak mało która. Z czasem jednak czujesz jak twoje zdolności rosną – nie tylko statystyki, ale również twoje własne. Czujesz jak twoja postać ( a z nią również i ty sam) staje się coraz to silniejsza. Dla samego tego uczucia warto dać Demon Soul’owi szanse.

I tutaj chciałbym zakończyć opis mechaniki gry, choć przyznaję się, że nie wyczerpałem tematu i jest wciąż wiele rzeczy, które zasługują na szersze opowiedzenie, ponieważ decydują o niezwykłości tej produkcji i nadających jej głębi jak np.: morze przeróżnych statusów, statystyk, możliwości rozbudowywania broni, ukrytych przejść, pierścienie, dowolność w sposobie rozwijania postaci, zmienność światów (mocno uproszczając – każdy ze światów reaguje na to w jaki sposób grasz) itd. Aby oddać to jak bardzo ta gra jest rozbudowana napisze tylko, że DS doczekał się… własnej Wikipedii, na której znajdziesz wszelakie opisy, strategie i wiele, wiele więcej innych przydatnych rzeczy .

Jak pewnie zauważyłeś nie opisałem jeszcze trybu dla wielu graczy, o którym wspomniałem w wcześniej. Czy on ma tak naprawdę racje bytu w takiej grze jak Demon’s Souls? Ma i to jaką!

Autorom udało się połączyć rozgrywkę dla pojedynczego gracza i granie po sieci w jeden piękny i wybuchowy koktajl Mołotowa.

Widzisz, kiedy wcześniej wspomniałem o dwóch innych sposobach na odzyskanie ciała to właśnie miałem na myśli multiplayer. Skośnoocy deweloperzy oparli cały system wspólnego grania na posiadaniu ciała. Jesteś w jednym kawałku? To w takim razie jesteś potencjalnym celem dla Black Phantom’ów – graczy, którzy przenoszą się do światów innych łowców przygód, aby ich zabić. Jeżeli im się to uda to odzyskują swoją ludzka formę, a jeśli nie – to wracają z niczym, tracąc przy okazji połowę swoich dusz. Acha, Czarne Zjawy mogą się pojawić w każdej chwili podczas rozgrywki i jedynym wyjątkiem są Areny, na których walczysz z bossami – tutaj nikt nie będzie ciebie nawiedzać. Na szczęście jako żywy bohater możesz przyzwać Blue Phantom’y z leżących tu i ówdzie ogłoszeń pozostawionych przez innych. Celem Niebieskich Zjaw jest pomoc przyzywającemu w ukończeniu danego poziomu wliczając w to ubicie głównego demona. Postać żywa nie może umrzeć, jeżeli zdarzy się jej zejść to sesja zostaje automatycznie przerywana, a pomocnicy wracają do swoich światów. Powiem krótko: gra z innymi graczami jest bardzo, ale to bardzo miodny. Spora różnorodność trybów i natychmiastowość (nie ma żadnego czekania w lobby ani wychodzenia do głównego menu – wszystko się dzieje niejako w trakcie przygody), sprawia, że chcesz więcej i więcej. To się nazywa świetny i przemyślany tryb multi – prosty i wciągający, a jednocześnie niestarający się być na siłę głównym trybem gry. Brawo.

Jeśli patrząc na tę wiadomość masz wrażenie, że została ona wysłana od konającego z miejsca masakry… to nie masz poczucia humoru.

Z powodu, że ponoć ja mam dość osobliwe podejście do produkcji From Software (byłem bliski wysłania im walentynki) w trosce aby być jak najbardziej obiektywnym i srawiedliwym, w ramach wyjątku postanowiłem zapytać się moich znajomych, którzy kupili Demona i już się go zdążyli pozbyć: co ich najbardziej odstraszyło/zniechęciło w tej grze?

Nie bój się mój Czytelniku, każdą wymienioną wadę opatrzyłem komentarzem.

Najczęściej pojawiającą się w odpowiedziach wadą był oczywiście (za) wysoki poziom trudności. Trudno się nie zgodzić, że DS zaczyna się w iście spartańskim stylu: od samego początku wrzucając gracza na nie tyle głęboką wodę co środek oceanu każąc mu dopłynąć w jednym kawałku do brzegu, co chwila strzelając do niego kapiszonami lub nasyłając na niego wygłodniałe rekiny – niezbyt zachęcający start nowej znajomości, nie sądzisz? W ciągu pierwszych godzin grania nauczysz się kląć jak szewc za każdym razem gdy zginiesz i stracisz ciężko uciułane dusze. Dopiero po jakimś czasie nauczysz się jak walczyć, dbać bo życie i pasek wytrzymałości, wtedy gra się staje się o wiele przyjemniejsza oraz (choć niewiele) łatwiejsza. Ja osobiście uważam, że wysoki poziom trudności w Demons Soul’s dodaje tylko uroku tej produkcji i sprawia, że klimat podczas zwiedzania lochów jeszcze bardziej wciąga gracza.

Drugą co do częstotliwości występowania bolączką tej produkcji jest po prostu nieprzystępność, ponieważ nie tylko nie mamy możliwości zatrzymania gry (nawet podczas przeglądania ekwipunku wciąż jesteśmy nastawieni na atak), to gra ma również skaszanione auto-namierzanie przeciwników. Nie dość, że za każdym razem trzeba klikać R3 (to ten pod prawym analogiem) to nieraz auto-lock namierza przeciwników, którzy nie są w zasięgu broni trzymanej przez postać,wtedy kamera zaczyna się mocno miotać, co z kolei często doprowadza do zgonu, bo zazwyczaj to właśnie wtedy wpadniesz w pobliską przepaść albo wyskoczą na ciebie przeciwnicy robiąc jednocześnie twojej szanownej pośladkowej istną jesień średniowiecza.

Ostatnim najczęściej wymienianym przez moich rozmówców minusem była nienajwyższych lotów oprawa audio-video. Pod tym względem Demon’s jest nierówny jak polskie drogi: raz potrafi zachwycić bardzo dobrymi modelami przeciwników oraz postaci, aby zaraz zaatakować jakaś strasznie rozmytą teksturą, co szczególnie jest widocznie na większych przeciwnikach i niekiedy otoczeniu. Niemniej świetna animacja i mroczna, ociekająca klimatem architektura poszczególnych poziomów sprawia, że dość szybko wsiąkamy w świat gry zapominając o tych niedoróbkach. Jeśli zaś chodzi o muzykę to ta towarzyszyć ci będę tylko w trakcie trwania walki z szefem, sprawiając, że epickie pojedynki staną się jeszcze bardziej widowiskowe.

A kto umarł… ten nie żyje…

Demon’s Souls to chyba jedna z niewielu wydanych do tej pory gier na naszą maszynkę od czasu jej premiery, o której mogę z czystym sumieniem powiedzieć – gra nowej generacji. Już widzę te komentarze pełne jadu: Przecież tutaj nie ma fabuły, grafika nie dorasta Uncharted 2 nawet do pięt, muzyki jest tyle co kot napłakał i w ogóle jest toporna jak diabli. I to ma być next-gen?! Ta nowa jakość ? Hevir, weź zmień dilera, co? Tak, to jest nowa jakość, tak to jest droga jaką powinni podążyć inny deweloperzy tworząc gry na konsole. Wziąć to co najlepsze z przeszłości, rozwinąć stare pomysły i dodać własne, a potem to wszystko złożyć – taki powinien być przepis na grę. Ekipa z From Software właśnie zrobiła coś takiego i za to należy im chwała .

Jeżeli masz ochotę na bezkompromisowego RPG’a a masz już dosyć otwartego świata bądź j-rpg’owych abstrakcji , coś co wymaga czegoś więcej niż bezmyślnego biegania przed siebie i strzelania do wszystkiego co się rusza, a może lubisz odkrywać w grach różne smaczki i ukryte komnaty lub po prostu chcesz spróbować czegoś nowego? Jeżeli odpowiedziałeś na któreś z tych pytań twierdząco to w takim razie Boletaria zaprasza cię z otwartymi ramionami a wraz z nią około setka wygłodniałych demonów, które tylko czekają aby cię zabić, rozerwać, zjeść, zetrzeć na pył…

P.S.: Touch the demon inside me – nie sądzicie, że ta kwestia brzmi trochę dwuznacznie?

Na tapecie
Star Wars Jedi: Upadły zakon