Recenzja „Destiny”

Dobrego FPS rozpoznasz od razu po wzięciu pada do ręki. Postać odpowiednio reaguje na komendy – nie za wolno ani nie za szybko „czuć” ciężar biegu czy skoku. Masz wrażenie sterowania żywą osobą, a nie lewitującą parą rąk z karabinem. Bronie mają odpowiednią „osobowość” –  strzały są soczyste i czujesz każdy wystrzelony pocisk.

I gra twórców Halo robi właśnie takie wrażenie. Dobrej strzelanki. Szczerze, nie spodziewałem się niczego innego po studiu będącym tak zaprawionym w bojach, jakim jest Bungie.  Niestety, Destiny nie chce być tylko świetnym czy dobrym FPSem. Chce być wszystkim.

Mówię serio, a chciałbym żartować. Ja wiem, że te 500 milionów wydane przez Activision musiało gdzieś znaleźć ujście w produkcie ostatecznym (i pewnie w znacznej części na marketing). Ale, na litość boską, ludzie z Bungie mogli pomyśleć czy podołają zadaniu, a nie dodawać rzeczy w sposób: „rzucam mnóstwo pomysłów na szybę, co się przylepi, znajdzie się w naszej grze”. Pierwszą rzeczą, która się nie przylepiła, jest fabuła. I zanim zaczniesz protestować , że w strzelance-MMO fabuła nie jest tak istotna, przeczytaj poniższe.

Naszą cześć wszechświata (czyli Układ Słoneczny) odwiedza tajemniczy Podróżnik – wielkie białe coś.  Ów osobliwy przybysz zachowuje się niczym cudotwórca dając ludziom dłuższe życie oraz zamieniając pobliskie planety w istne raje. Ludzkość wykorzystuje sytuację i dzięki pomocy gościa osiedla się na innych planetach wchodząc w nowy renesans. Niestety, jak to w fikcji bywa, sielanka nie mogła trwać wiecznie. I za kulistym świętym mikołajem przybyły armie mroku, które zepchnęły ludzkość do ostatniego Miasta-Wieży. A ty wcielasz się w Strażnika i masz odkryć sposób na uratowaniu ludzkości.

Brzmi zachęcająco, co? W gruncie rzeczy jednak to prosta historia, zero zaskoczeń czy innych zwrotów akcji.  Nie znajdziesz tutaj też patosu „made by USA” rodem z Halo. Fabuła została pokrojona i poupychana w misje i całość opiera się na schemacie: posłuchaj długiego monologu swojego osobistego latającego peceta zwanego tutaj Ghostem (któremu głosu użycza Peter Dinklage) rozwal przeciwników, pozwiedzaj okolicę, dojdź do panelu sterowania / drzwi, które trzeba otworzyć.  Oczywiście, latający pomocnik musi się natrudzić, aby je otworzyć a ty bronisz go przed zalewem przeciwników. Ot, cały schemat. Gra nie tłumaczy wiele, NPC to w większości nudni statyści, oprócz dwóch postaci pojawiających się w połowie gry w raptem dwóch krótkich scenach, mającymi narobić nam zapewne smaka na dodatki.  Nieładnie, nieładnie, panowie deweloperzy i rado nadzorcza z Activision. Nawet bossowie to po prostu przerośnięci kolesie, których trzeba ubić. Są niczym więcej niż ziomkami z większą ilością życia oraz spluwą w pakiecie z lawiną szeregowców przeszkadzających w ubiciu szefa.

Misje dodatkowe są też monotonne: przedzieranie się przez tabuny przeciwników czy eliminowanie konkretnych celów lub szukanie wskazanych przedmiotów. Takie lenistwo twórców boli strasznie, bo ta gra jest piękna! Serio. Zniszczony kosmodrom w Rosji wrzuca ciarki na plecach, księżyc jest bardzo klimatyczny, a Wenus i Mars?  To istne cukierki dla oczu, nieważne czy przemierzasz świat na nogach czy na śmigaczu. Jestem pewien, że każda osoba grająca w Destiny przystanie, chociaż raz, aby podziwiać to piękno. Morze detali w jakie obfituje gra potrafi olśnić, był nawet jeden moment, kiedy zaniemówiłem. Przez chwilę czujesz się jak odkrywca przemierzający zapomniane krainy i chcesz poznać ten świat, jednak niewidoczne ściany i szybko odradzający się przeciwnicy w pełni na to nie pozwalają. Ale popatrzeć jest zdecydowanie na co.

Jest to również przemyślany świat, o czym możesz się przekonać czytając karty Grimoire odblokowywane w trakcie rozgrywki, opisujące całe uniwersum Destiny. Problem jest jednak taki, że można je przeczytać… tylko na stronie internetowej gry. Wyobrażacie sobie, aby Pokédex w pokemonach był wycięty z gry i dostępny tylko na stronie Nintendo? Głupota. Śmieszność fabuły i nijakości bossów uwypukla jeszcze bardziej genialna muzyka, która swoją epickością nijak nie pasuje do tego, co się dzieje na ekranie.

Gracz może wybrać trzy rasy postaci: Androidy (Exo), Kosmo-elfy (niebiescy Awokeni) i ludzi. Tyle samo jest klas: łowca, tytan oraz czarodziej. Każdą klasą gra się ciut inaczej, jednak nie ma ograniczeń, co do używanej broni – każda z postaci wyposażona jest w pukawkę podstawową, ciężką i specjalną. I tak oto rozwalając kolejne zastępy przeciwników, podbijasz poziom postaci i broni. Od czasu do czasu można wziąć udział w jakimś losowym wydarzeniu i zaliczyć je wraz z kompanami i błąkającymi się po okolicy graczami czy też przejść którąś z dodatkowych misji w celu zdobycia lepszego wyposażenia czy broni. Na papierze brzmi to całkiem nieźle, niestety Bungie nie ma doświadczenia z tego typu grach. I ciut pokpiło sprawę.

Zacznijmy od tego, że wypadający osprzęt jest losowy. Kto to wymyślił? Będąc już naprawdę wymiataczem, kładącym wszystko jak leci, zabijającym więcej wrogów niż twoi towarzysze razem wzięci, a i tak nagrodą będzie nic niewarty przedmiot w porównaniu do tych już posiadanych. To, jak wiele trudu włożyłeś w przejście danej misji, nie ma żadnego wpływu na „bęben maszyny losującej”. Krew zalewa człowieka, gdy członek drużyny, który zbiera cięgi raz za razem i trzeba było go co chwilę ożywiać, na końcu zdobywa giwerę marzeń, a ty jakieś odrzuty.

Pokpiono rozwijanie postaci po 20 poziomie doświadczenia. Chcesz trudniejsze wypady dostępne od 25+ poziomu? Musisz żmudnie przebijać się przez te same mapy i tych samych przeciwników, mając nadzieje, że znajdziesz przedmiot z dużą ilością punktów światła, bo to one pomagają ci zdobywać poziomy powyżej 20. Co z tego, że ta nowa znaleziona zbroja jest słabsza niż moja stara, jak daje więcej punktów światła?  Pół biedy, gdyby ten rynsztunek się jakoś prezentował, a połowa żelastwa ma identyczny wygląd i tylko naprawdę rzadkie, rzadkie przedmioty się wyróżniają. To jakiś bezsens.

Dodawanie członków drużyny też jest zrobione przeciętnie. Zamiast szybkich paru kliknięć, jest mozolne zapraszanie przez wbudowany w konsole system zaproszeń. Aż się odechciewa kogokolwiek zapraszać. Szczególnie w grze, gdzie możesz spotkać nieznajomych w trakcie swojej przygody, łączenie w grupy powinno być szybkie. A te rajdy, o których Bungie mówi, że będą trudne i wymagające? Możesz zagrać tylko ze znajomymi, bo „są tak hardcorowe, że tylko zgrana drużyna da radę”. Głupoty. Wystarczy headset i wszystko jest kwestią ustalenia odpowiedniej taktyki, nawet z osobami, które słyszysz po raz pierwszy.

Na koniec zostawiłem sobie przeciwników, którzy są powtarzalni i szybko się nudzą. Niby starają się zachowywać inaczej w każdej frakcji, z jaką walczymy. Z całej gry zapamiętałem może z dwa typy wrogów.

W końcu zwróciłem swój wzrok na tryb wieloosobowy. Gra po sieci jest… super, nie żartuje. Genialne zaprojektowanie mapy, po których chce się szaleć, idealnie dopasowane do mobilności postaci. Tryby w mutiplayerze to standard: przejmij i utrzymaj strefę, drużyna na drużynę czy wszyscy na wszystkich plus raz na jakiś ograniczony czas dojdzie tryb, który dorzucą goście z Bungie. To jest super uczucie, gdy nowo zdobytą bronią robisz zamieszanie w multi. Ma to swoją cenę, bo niby działa wyrównywanie zadawanych obrażeń, tak zdolności specjalne broni zostają i taki 9-poziomowiec nie ma większych szans z postacią mającą poziom dwudziesty czy dwudziesty piąty.

Podsumowanie

Tak jak napisałem wcześniej, grafika i muzyka to klasa sama dla siebie i nie ma sensu się powtarzać. Sam rdzeń rozgrywki w postaci strzelania też jest świetny. Szkoda tylko, że cała reszta zawodzi lub po prostu jest nie do końca przemyślana. Wiem, że marka Destiny ma być rozbudowywana przez następne 10 lat i dostanie masę wsparcia w postaci DLC wszelakiej maści. Ja oceniam grę taką, jaką jest teraz. A jest produkcją niedopracowaną, producentom zabrakło doświadczenia w tworzeniu erpegów. Jeżeli nie lubicie godzinami męczyć tej samej mapy tylko po to, aby „może” zdobyć lepszą broń to Destiny nie jest produkcją dla was. Bungie i Activision chcieli oszukać przeznaczenie przy pomocy zajawki gry z prawdziwymi aktorami, aplikacji na telefon czy strony internetowej. A Destiny jest tylko średniakiem, choć bardzo ładnie opakowanym.

TESTOWALIŚMY WERSJĘ NA PS4.

Zostaw komentarz