Recenzja „Detroit: Become Human”

Zaliczam się do tej grupy, której naprawdę podobało się Beyond: Dwie Dusze. Podczas przeżywania historii Jodie kompletnie nie zauważyłem jakichkolwiek nielogiczności, zaś sama opowieść naprawdę mnie wzruszyła. Dlatego też nie mogłem doczekać się kolejnej historii, jaką za pomocą kodu postanowi zaprezentować David Cage. Tym razem francuski reżyser postanowił poruszyć popularną w ostatnim czasie kwestię androidów oraz zagrożeń, jakie niesie ze sobą powołanie do życia sztucznej inteligencji. I kolejny raz się wzruszyłem.

Od razu na początku pozwolę sobie przejść do kwestii rozgrywki i stwierdzę, że w tym zakresie Detroit nie jest niczym odkrywczym. Jeśli graliście w Heavy Rain lub wspominane Beyond to bez wątpienia wiecie czego możecie spodziewać się po najnowszej grze Quantic Dream, dlatego odsyłam Was do recenzji tych dwóch tytułów. Ponownie bowiem wcielamy się w z góry zdefiniowanych bohaterów, którymi podejmujemy różne dostępne akcje, oraz – przede wszystkim – wybory mniej lub bardziej obciążone moralnie, które całkowicie mogą wpłynąć na doświadczenie płynące z gry. Nie będzie wielkim spojlerem, a wręcz tym bardziej może zachęcić Was do poznania fabuły, jeśli napiszę, że każda z podjętych decyzji może nie tylko wpłynąć na rozgrywaną scenę, ale wręcz na całą grę, bo w Detroit bardzo łatwo uśmiercić kierowaną postać. Jedna błędna decyzja po podjęciu której dodatkowo nie będziemy zbyt sprawni w wciskaniu guzików pojawiających się na ekranie może spowodować, że nie poznamy 30% scenariusza, który napisali dla nas twórcy, nie pomijając faktu, iż konsekwencje tej decyzji wypływają na przebieg pozostałej części historii. Moc podejmowanych wyborów jest tu naprawdę ogromna i ich wagę czuje się przez całą rozgrywkę, co nie raz, nie dwa objawia się mokrym padem i drżeniem rąk. Quantic Dream wykreowało wspaniałą, wielowątkową opowieść z niesamowitą głębią, którą możemy poznać na wiele sposobów. Co więcej, skutki naszych wyborów widoczne są od razu po przejściu każdego z 32 rozdziałów (z czego kilka jest opcjonalnych), gdyż po zakończeniu każdego z nich widzimy drzewko decyzji. Na początku przygody jest ono mało rozbudowane, ale czym dalej, tym rozgałęzień jest coraz więcej i tym samym uświadamiamy sobie, że każde nasze naciśnięcie klawisza znaczyło wiele, a równocześnie mogło znaczyć coś całkowicie innego, w tym zakończyć dany znacznie wcześniej lub później. Efekt motyla w najczystszej postaci.

Bohaterami Detroit: Become Human są trzy androidy wyprodukowane przez amerykańską firmę CyberLife. Markus to służący niesamowicie bogatego, choć podupadającego na zdrowiu artysty-malarza. Kara jest przedstawicielką modelu zaprogramowanego w celu wykonywania podstawowych prac domowych, natomiast Connor również służy ludziom, ale w nieco inny sposób. Model z serii RK800, do której zalicza się właśnie ostatnio wspomniany, jest androidem policyjnym, który ma za zadanie pomagać w rozwiązywaniu spraw kryminalnych, nie tylko tych, w których swój udział mają wyłącznie ludzie, ale także tych, w które zamieszane są androidy – momentami wiąże się to z prowadzeniem dochodzenia, przesłuchiwaniem świadków, analizowaniu dowodów, by ostatecznie odtworzyć prawidłowy przebieg zbrodni. Bohaterowie więc, choć płynie w nich ta sama, niebieska krew, są jednocześnie nieco inni, kierowani innymi motywacjami. Ma to oczywiście swoje przełożenie na poznawaną opowieść, gdzie wydaje się, że te same decyzje podejmowane przez jedną postać mogą być zupełnie inaczej odbierane, jeśli podejmiemy je w skórze innego bohatera, stworzonego do innego celu. Na szczęście to na nas, graczach, spoczywa pełna odpowiedzialność za ścieżkę, którą podążają, z pełną możliwością jej modyfikacji i wyłamania się z pierwotnych schematów. Detroit to opowieść o maszynach, które zaczynają odkrywać w sobie cząstki człowieczeństwa i to od nas zależy czy to człowieczeństwo odnajdą. Oprócz zmywania naczyń, malowania obrazów czy czytania gazet przepełnionych szeregiem ciekawostek uzupełniających wykreowany świat czeka nas – co powtórzę – podejmowanie szeregu naprawdę trudnych moralnie decyzji, niejednokrotnie mogących zdecydować o życiu, niezależnie od tego jak jest ono rozumiane. Naprawdę nie chcę nic więcej, choćby przez przypadek, zdradzić, dlatego zachęcam do organoleptycznego poznania losów Kary, Marcusa i Connora, a na pewno nie pożałujecie. To, co zobaczyłem na pokazie przedpremierowym to zaledwie zalążek tego, co dzieje się w dalszych rozdziałach, a wpływ podążań jednych bohaterów na innych jest niesamowity, niesamowicie złożony, a losy każdego z nich są bardziej pokrzyżowane niż może się początkowo wydawać.

Od strony graficznej Detroit: Become Human prezentuje się świetnie. Poza kwestiami technicznymi, Quantic Dream wykreowało kompleksową wizję przyszłości, futurystycznego Detroit w 2038 roku. Z jednej strony jesteśmy świadkami płatności, których dokonuje się praktycznie za pomocą umysłu czy autostrad przepełnionych autonomicznymi samochodami, z drugiej ludzie nadal sprzedają hot-dogi czy pozostają podatni na różnorodne używki, nierzadko za swoją sytuację winiąc właśnie androidy, które przecież stworzyli. Oprócz naprawdę zachwycającej oprawy, podczas rozgrywki słyszymy ścieżkę dźwiękową, której poszczególne utwory słucha się z przejęciem, szczególnie jeden smyczkowy kawałek, włączający się w najbardziej dramatycznych momentach. Świetnie spisali się też rodzimi aktorzy dubbingujący produkcję – jak to w grach od Sony bywa, śmiało możecie grać po polsku, gdyż jakość lokalizacji jest bardzo wysoka.

Podsumowanie

Wiem, że Detroit: Become Human nie zasługuje na maksymalną ocenę. Nie zasługuje, bo nie jest grą odkrywczą, jednak poza tym jest grą idealną, idealnie zaopatrzoną w emocje, których dostarcza. Cała trójka bohaterów jest różna, o całkowicie różnych charakterach i odmiennym podejściu do sprawy, ale jednocześnie z każdym bez problemu się utożsamiamy i przeżywamy wraz z nim wszystkie – często bardzo trudne – wybory. Detroit posiada najbardziej rozbudowany, a jednocześnie najbardziej spójny, scenariusz ze wszystkich gier Quantic Dream, a – co więcej – od razu widzimy konsekwencje naszych decyzji. Pomijam tutaj, choć z recenzenckiego obowiązku muszę napomknąć, naprawdę drobne nielogiczne zachowania bohaterów oraz postaci pobocznych, gdzie wydaje nam się, że nie mogli przeżyć danego zdarzenia, a okazuje się w ostatecznych rozrachunku inaczej… Nie warto jednak zawracać sobie nimi głowy i zamiast tego przesiąknąć w świetny, futurystyczny świat, którego świadkami możemy być za 20 lat. Oby do tego czasu David Cage miał nadal wenę, bo PlayStation 7 bez wątpienia potrzebować będzie takich świetnych, wielowątkowych historii, będących odskocznią od FIFY 39 czy trzydziestego Asasyna. Niekoniecznie z androidami…


GRA DO RECENZJI ZOSTAŁA NAM UDOSTĘPNIONA PRZEZ SONY COMPUTER ENTERTAINMENT POLSKA, ZA CO SERDECZNIE DZIĘKUJEMY!

Zostaw komentarz

Na tapecie
Marvel's Spider-Man