Recenzja „Dragon Age: Początek”

Odczuwałem od dłuższego czasu straszliwy głód RPG-owy. Głód był tak przenikliwy, że żaden falloutowy hamburger czy inny odgrzewany oblivionowy hot-dog nie mógł go zaspokoić. Istnieje tylko jedna restauracja w growym światku, która potrafi zaserwować mi takie danie, po którym czuje się syty i spełniony – nosi ona wdzięczną nazwę Bioware. I gdy dowiedziałem się, że moja ulubiona kantyna ma w menu nowe danie, to długo się nie zastanawiając popędziłem do jadłodajni w te pędy i od progu wołam do szefa kuchni: DRAGON AGE: POCZĄTEK! ZASERWUJ MI DOBRY CZŁOWIEKU! Po kilkunastu dniach posiłku mogę powiedzieć wam jedno: nie jestem już głodny.

Nie będę marnował miejsca na udowadnianie jak znanym, zasłużonym, podziwianym, wręcz legendarnym studiem jest Bioware, bo to większość, nawet tych nie grających w RPG, doskonale wie. Jednak jeżeli, mój drogi Czytelniku, znajdujesz się w mniejszości, której ta nazwa nic nie mówi to wymienię tylko niektóre dokonania tej grupy: Baldur’s Gate, Neverwinter Night’s, Star Wars: the Knights of the Old Republic – wszystkie te gry zapisały się złotymi zgłoskami w historii. Czy jednak powstające w cieniu większego brata Mass Efect 2 Dragon Age ma szanse zyskać sympatie graczy? Przekonajmy się!

Opowieść – Jak to dzielny Dratewka z przyjaciółmi szli smoka wawelskiego ubijać (wersja na sterydach, z okazjonalnym cycem i wiadrem krwi na dokładkę)

Historia opowiedziana w Początku nie jest w żadnym wypadku czymś odkrywczym lub przełomowym. Ledwo co stworzona (w dość rozbudowanym edytorze) postać gracza zostaje wrzucona do krainy o wdzięcznej nazwie Ferelden, której zagraża niewypowiedziane zło, w postaci Plagii Mrocznego Pomiotu dowodzonej przez samego Arcy-demona- Smoka! Karrramba! – rzekł Don Pedro, Agent z krainy deszczowców. Oczywiście dość szybko okazuje sie, że tylko kierowana przez nas persona może podołać temu arcytrudnemu zadaniu i przywrócić spokój pięknej krainie!

Czekaj, czekaj, żadnej pięknej krainie, bo trzeba powiedzieć, że developer chciał wrócić do korzeni znanych z Wrót Baldura i zamiast pięknych i wyniosłych elfów mamy elfy które dopiero co przestały być niewolnikami. Zamiast wyniosłych słów- polityczne rozgrywki, bratobójstwo, zdrady, gwałty itd. W ten świat, brudu, zła i łajdactwa idealnie wprowadzają nas genialne (nie, nie boję się tego głośno mówić) Prologi. Dlaczego genialne? Ponieważ dla każdej rasy jaką wybierzemy na początku w trakcie tworzenia naszej postaci będzie on inny! Żeby nie być gołosłownym dam tutaj przykład, że grając szlacheckim krasnoludem zostajemy wplątani w aferę w wyniku której zostajesz zmuszony uciekać na powierzchnie, a grając magiem zostajesz wplątany w dość osobliwą historię dwóch kochanków. Finał każdego z wprowadzeń jest taki, że chcąc nie chcąc zostajesz wcielony w szeregi Szarych Strażników – bractwa mającego za zadanie oczywiście walczyć z Plagą.

I tutaj zostajemy w rzuceni do fabularnego korytka,nktóre Bioware zbudowało na bazie swoich wcześniejszych produkcji. Oczywiście znowu musimy coś połączyć/zjednoczyć jak np.: w KotORze (mapa Gwiezdnej Kuźni) tylko, że w Dragon Age’u mamy zjednoczyć krainę przeciwko pladze. Szara Straż przypomina Odział Widm z Mass Effecta, a Wymiar Pustki – Wymiar Bogów z Jade Empire.

Również to całe dark fantasy – czyli mocny, dosadny świat, przesiąknięty seksem, brutalnością, pełny gierek politycznych, cynizmu i sarkazmu nie do końca wyszedł autorom, bo jak inaczej powiedzieć, że mocne wątki z prologów nie mają dalszego wpływu (oprócz ciut pozmienianych linii dialogowych) na dalszą fabułę, gdzie się podziała później kwestia rasizmu, tak eksponowana we wprowadzeniu? Czemu krasnolud skazany na wygnanie jak gdyby nic może wrócić do rodzimego miasta?! Czemu w grze mam tylko 4 poważne wybory, a reszta i tak sprowadza się do tego samego? Czemu sceny seksu wyglądają jakby zostały żywcem wzięte z podręcznika Jak po bożemu miłość uprawiać? Już więcej ciała pokazują demony, z którymi walczymy – dosłownie! W końcu, czemu do jasnej cholery jako głównego przeciwnika mamy SMOKA – czy naprawdę nie dało się wymyśleć jakiegoś ciekawszego przywódcy dla Plagi, kogoś kogo dałoby się znienawidzić jak Sephirotha z FF7. Z całą moją nieukrywaną miłością do latających gadów, muszę powiedzieć, że nie potrafię ich zaakceptować jako głównych przeciwników w grze.

Najśmieszniejsze z tego wszystkiego jest to, że mimo tych wszystkich baboli historia i świat gry potrafi naprawdę wciągnąć. Fabuła, mimo że sztampowa ma w paru momentach swoje epickie momenty.

Zaskakuje również nie tyle ogrom (do takiego Fallouta Smoczego Wieku nie ma nawet co porównywać), co dopracowanie zasad panujących w Fereldenie (masa rzeczy do czytania, obszerny kodeks, pięknie zarysowane społeczeństwo krasnoludów).Większość miejscówek jest przemyślane i świetnie zaprojektowane, choć nie wytyczają żadnych nowych standardów i nie są czymś zupełnie przełomowym ot, zapomniane krasnoludzkie kopalnie, elfickie ruiny z dawnych czasów, osady ludzkie, slumsy – standard. Trudno wymagać, aby deweloper wymyślił tutaj cos nowego – wszak Dragon Age’a to zachodni RPG fantasy, a nie jPRG, w którym pomarańczowy pingwin może ciebie zadźgać wielkim jak Pałac Kultury Mieczem na śmierć, we wnętrzu dmuchanego różowego zamku.

Na oklaski tym razem bez cienia wątpliwości zasługują postacie z drużyny – wiarygodne, dobrze zarysowane charaktery (Morrigan i Alister wypadają tutaj najlepiej), aż proszą się o bliższe poznanie, dodatkowym smaczkiem jest fakt, że każda z towarzyszących nam postaci reaguje na nasze czyny co obrazuje wskaźnik przyjaźni. Pomysł ciekawy i intrygujący, gdyby nie fakt, że każdą postać można udobruchać dając prezent przez co cały system relacji jest niepotrzebny- bo po co się męczyć nad dialogami jak i tak za parę kwiatów laski z drużyny z radością wskoczą ze mną pod pierzynę. A o względy towarzyszy warto walczyć, bo wysoki poziom przyjaźni owocuje nie tylko małym przyziemnym seksikiem (nawet w wersji homo) ale i również ciekawym zadankiem pobocznym czy dodatkiem do statystyk. Jak to mówią: coć dla ciała, coś dla duszy, hehe.

Zawsze chciałem być Strażnikiem i wyżynać Mroczne Plemię, to zabawa!

Poznęcałem się trochę nad fabułą, a przecież nie samą fabułą człowiek żyje i od czasu do czasu będzie musiał komuś odciąć nóżkę, pobawić się ekwipunkiem i do tego trochę rozwinąć. W takim razie zajrzyjmy pod maskę Dragon Age’a i przyjrzyjmy się rozgrywce.

A tutaj mamy klasykę w najczystszej formie. Developer dał graczowi trzy klasy do wyboru: silnego wojownika, zwinnego łotrzyka i oczywiście maga potrafiącego przyzywać potężne zaklęcia. Ktoś krzyknie, że mało i nic odkrywczego, żew takim Neverwinterze było więcej profesji. Pewnie, że było, ale niech ktoś mi wyjaśni po jaką cholerę mam mieć cztery różne wariacje na temat np. maga, które różnić się będą tylko kolorem szat jak przecież i kapłan i mag rzucają czarami. Mnie takie rozwiązanie pasuje, tym bardziej, że każda klasa postaci ma swoje oddzielne profesje, potrafiące zmienić zwykłego tępego osiłka w Paladyna czy maga w bezwzględnego Maga Krwi. Rozwój postaci w Początku jest przejrzysty i przyjemny, wystarczy jeden rzut oka i od razu wiadomo jakie własności ma dana zdolność, dzięki czemu łatwiej jest zaplanować ścieżkę kariery naszego podopiecznego. Odradzam rozwijanie wszystkiego jak leci, ponieważ w tej grze obowiązuje znana zasada: jak się jest do wszystkiego, to jest się do niczego. Najlepiej więc obrać kilka zdolności i je systematycznie rozwijać, dążąc do perfekcji w zwalczaniu wszelkiego plugastwa chcącego rozszarpać naszego biednego strażnika.

A jak już jesteśmy przy rozszarpywaniu to chyba przyszedł najwyższy czas na opisanie systemu walki. Jak zapewne wiecie Dragon Age jest tytułem, który był tworzony z myślą o pececie, a dopiero potem przenoszony na konsole. I to widać. W trakcie walki po naciśnięciu X bohater podbiega do najbliższego przeciwnika i zaczyna go okładać najprostszym ciosem. Dalej to już się zaczyna istny Taniec z Gwiazdami na padzie dlatego, że nawet na najłatwiejszym poziomie trudności gra zmusza gracza do myślenia nad taktyką i szybkiego reagowania na sytuacje na placu boju. Walki są dynamiczne, co sprawia, że wbieganie w grupkę przeciwników na hura-optymizm nie jest najlepszym pomysłem i w 95% wypadków kończy się śmiercią drużyny. O ile na PC łatwiej okiełznać ten bitewny chaos paroma kliknięciami myszki, tak na konsoli jesteśmy zmuszeni do ciągłego przeskakiwania pomiędzy poszczególnymi członkami drużyny i wydawaniem im poleceń. Niby możemy do każdego z bohaterów przypisać określony typ zachowania (np. atakuj maga lub użyj apteczki, jeżeli życie spadnie poniżej 40%), lecz skrypty nie zawsze działają tak jak byśmy chcieli i najlepiej samemu wszystkiego dopilnować. Prawdę mówiąc to właśnie dynamika i efektowność walk jest największym plusem w Dragon Age’u i sprawia, że każda wygrana smakuje niczym najlepsze wino. Oczywiście – jak w każdym szlachetnym trunku jest masę nowych smaków.

Na krawędzi… konwersji

Edge of Reality to studio odpowiedzialne za konwersje (z wersji komputerowej na konsolowe) i, mówiąc delikatnie, nie stanęło na wysokości zadania. Dragon Age wygląda jakby chciało a nie mogło – graficznie gra jeszcze trzyma fason ale, jeżeli chodzi o płynność rozgrywki to Początek lubi sobie poskakać (przynajmniej na mojej konsoli) jak mała żabka. Po pewnym czasie człowiek się do tego przyzwyczaja i prawie nie zwraca na to uwagi, ale fakt, że developer się nie popisał musi zostać odnotowany. Na całe szczęcie na przenosinach nie ucierpiały ani dość szczegółowe i niezłe animowane modele postaci, ani świetny bestiariusz, który idealnie wpisuje się w lekko mroczną krainę Fereldenu, bo powiedz mi, Drogi Czytelniku szczerze, czy to nie frajda sprowadzić do parteru ponad dwumetrowego orka czy ponętną demonicę kusząca nas nagim sutkiem, o tytułowym Smoku nie wspominając? No właśnie.

Słowem trzeba wspomnieć o świetnej ścieżce dźwiękowej, muzyka pięknie współgra z tym co się dzieje na ekranie, podkreśla niektóre sceny, nadaje im głębi. Naprawdę solidna robota.

Era Smoka została w całości spolonizowania. Widać, że starano się uzyskać jak najlepszy efekt. I mimo że prawdę mówiąc polonizacja Początku ustępuje tej z Uncharted 2 to należy pamiętać, że ten pierwszy jest nieporównywalnie większą a przez to trudniejszą grą do tłumaczenia od dzieła Naughty Dogs’ów i za samą odwagę podjęcia ryzyka należą się brawa dla EA Polska.

Ostatni Smok

Dragon Age nie jest RPG przełomowym ani rewolucyjnym, jest on bardziej hołdem dla starych erpegowych wyjadaczy, którzy połamali swoje zęby na Baldur’s Gate’ach, Neverwinterach i innych klasykach. Ta gra to taka nostalgiczna podróż w czasie, choć nie obyło się bez wpadek i małych kolizji. Z niecierpliwością czekam na kolejną wyprawę w którą zabierze nas zespół z Bioware.

Na tapecie
Days Gone