Recenzja „Dying Light: The Following”

Rok po premierze Dying Light, Techland ponownie wysyła nas do świata opanowanego przez zombie za sprawą dużych rozmiarów rozszerzenia The Following. Zmienia ono znacznie mechanikę rozgrywki, gdyż otrzymujemy dostęp do łazika, a więc zamiast biegania, skakania i wspinania się znacznie częściej naciskamy pedał gazu.

Recenzowane rozszerzenie prezentuje historię mającą miejsce po głównej linii fabularnej Dying Light. Kyle Crane opuszcza Harran, aby przedostać się na wiejskie obrzeża miasta. Zostaje tam wysłany, bo zgodnie z doniesieniami funkcjonuje tam pewien kult, którego członkowie są całkowicie odporni na panujący w mieście wirus. W Harranie kończy się antyzyna, czyli środek spowalniający zombifikację u ludzi, więc „wycieczka” wydaje się jedynym ratunkiem. Zadań fabularnych jest w sumie dziesięć, ale aby zdobyć zaufanie nowo poznanych mieszkańców trzeba wykonać dla nich kilka misji pobocznych. Te są co prawda oparte na zasadzie „pojedź, zabierz, ucieknij, ew. kogoś zabij”, ale każde z nich zawiera w sobie jakąś historię i wykonuje się je bez zgrzytania zębami. Ponadto, gra oferuje sporo pomniejszych wyzwań czy innych aktywności pobocznych, a więc do roboty na wsi jest naprawdę sporo. Co prawda do kombajnu nie wsiądziemy, ale Techland zadbał o inny środek transportu.

The Following zmienia nieco koncepcję rozgrywki, która w oryginale opierała się na parkourze, przeskakiwaniu za dachu na dach czy wspinaniu się po parapetach lub kontenerach. Te elementy oczywiście w grze pozostały, ale poprzez dodanie do gry pojazdów – a właściwie jednego, sprawdzającego się w trudnych warunkach buggy – zdecydowanie więcej się jeździ niż biega. Z tego też względu mapa udostępniona przez twórców w dodatku jest prawie dwa razy większa niż ta z podstawki, jednak znacznie mniej zagęszczona. Sporo tutaj otwartych przestrzeni, przede wszystkim pól i zagajników, a znacznie mniej wszelkiej maści zabudowań, choć od czasu do czasu trafiamy na jakąś farmę, do wyludnionej, nadmorskiej miejscowości czy górującej nad okolicą zapory wodnej. I choć chwali się, że dano nam do objeżdżenia tak duży teren, jego rozmiar może być też poniekąd wadą z tego względu, że po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów staje się nieco monotonny. Autorzy zmuszają nas do jego objeżdżania w te i wewte, rozrzucając zadania główne i poboczne po przeciwległych sobie krańcach mapy i czasem boli brak możliwości szybkiej podróży i konieczność przejechania tej samej drogi po raz dwudziesty. Co więcej, brakuje charakterystycznego dla samochodowych sandboksów gps’a, co początkowo sprowadza się do tego, że co chwila trzeba sprawdzać mapę, aby odnaleźć najdogodniejszą drogę do celu. Jazda po omacku także ma swoje plusy, choćby odgłos rozjeżdżanych przeciwników, kiedy zboczymy z kursu i trafimy na przepełniony przez zombiaków, zamknięty fragment autostrady.

Na szczęście ciągła konieczność znajdowania się za kierownicą nie jest tak wielkim mankamentem, bo sterowanie powierzonym nam pojazdem jest bardzo przyjemne. Samochód inaczej zachowuje się na asfaltowej ulicy, gdzie twardo trzyma się podłoża, a inaczej na piaszczystych, dojazdowych drogach, gdzie potrafi nawet wykręcić bączka. Dużo zależy od modyfikacji, które zainstalujemy w naszym pojeździe. Wymieniać możemy m. in. układ silnika, hamulce czy zawieszenie. Części, podobnie jak bronie, zużywają się i co jakiś czas trzeba je naprawiać lub wymieniać na inne znalezione lub wytworzone własnoręcznie. Nie zabrakło także różnych lakierów, dzięki którym możemy zmienić ubarwienie naszego auta. Oprócz tego, dodano całkowicie nowe drzewko umiejętności, w którym możemy odblokować dla naszej bryki nowy, wytrzymalszy pancerz, nitro, lampę UV do odstraszania w nocy przemieńców czy miotacz ognia lub pole elektryczne porażające wszystkich wokoło. Punkty umiejętności zdobywamy przede wszystkim rozjeżdżając szwędających się przeciwników i korzystając z przeróżnych wyskoczni, a także biorąc udział w szeregu zawodów polegających na przejeżdżaniu przez punkty kontrolne na czas. W ostatecznym rozrachunku, dodanie pojazdu Techlandowi wyszło i czyni z Dying Lighta nieco inną produkcję niż ta, którą poznaliśmy w styczniu zeszłego roku.

Pozostała rozgrywka, tzn. walka i elementy parkourowe, nie uległy zmianom, co oznacza, że są równie dobre jak w oryginale, ale także cierpią na podobne, drobne przypadłości jak rok temu, np. drobne kłopoty ze schodzeniem z wysokich obiektów. O ile posiadamy w swoim ekwipunku linkę z hakiem to nie jest co prawda problem, ale niekoniecznie musimy ją posiadać, gdyż dodatek możemy rozpocząć praktycznie nie tykając podstawki (a linkę zdobywa się na późniejszym etapie historii z podstawowej wersji gry). Jest jednak wskazane, aby w The Following grać po przejściu podstawki, gdyż przeciwnicy zostali znacznie wzmocnieni w stosunku do tych samych wrogów w oryginale, a także poprawiono ich zachowania i ogólnie sztuczną inteligencję, a więc nierozwinięty Kyle Crane może sobie po prostu nie poradzić. Co ciekawe, zarówno podstawowa wersja gry jak i rozszerzenie korzystają z tej samej postaci, a więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby naprzemiennie poznawać fabuły obu. To na pewno wygodne rozwiązanie, przede wszystkim dla osób, które Dying Light nabędą dopiero teraz.

W The Following znalazło się także miejsce dla nowych broni – przede wszystkich łuku i kuszy, z których strzały w głowę są zabójczo skuteczne i dają możliwość poczuć się jak Daryl Dixon znany z uniwersum The Walking Dead. Nowością są też bossowie i choć są oni praktycznie identyczni – przerośnięte zombiaki ciskające kamieniami i atakujące z niebywałym impetem – u każdego trzeba znaleźć słaby punkt, aby wyzerować ich pasek zdrowia. Akurat w przypadku tych, bardzo trudnych przeciwników idealnie sprawdza się tryb kooperacji, w którym podobnie jak w podstawowej wersji gry, brać może udział do czterech osób jednocześnie. Współpraca znacznie ożywa rozgrywkę i zawsze przyjemniej przedzierać się przez hordy wrogów ze znajomymi czy pościgać się z nimi w jakimś wyścigu. Powrócił też tryb Be The Zombie, czyli walka czterech graczy z przerażającym przeciwnikiem, sterowanym przez piątego uczestnika zabawy.

Od strony graficznej The Following nie zmienił się za bardzo w stosunku do oryginału. Gra jest ładna, animacja płynna (choć przy większej, samochodowej masakrze mogą zdarzyć się minimalne spadki klatek), a muzyka przygrywająca w tle – lub jej brak – buduje apokaliptyczny klimat produkcji.

Podsumowanie

The Following to rozszerzenie przez duże „R”. Za niecałe 100 zł dostajemy tyle zawartości, że zakładam, iż niektórzy wydawcy wypuścili by ją na rynek jako kontynuację czy spin-off. Aby przejść wszystkie dostępne w dodatku zadania i pozaliczać wszystkie aktywności trzeba na to poświęcić kilkanaśćie godzin i choć jest to czas sztucznie przedłużany przez jazdę w tą i z powrotem po jednolitej mapie to na szczęście model jazdy sprawia dużo frajdy. Jeśli Dying Light się wam podobał to The Following też na pewno będzie, a jeśli parkourowa eksterminacja zombiaków was nudziła to ich przejeżdżanie również znudzi.

Warto nadmienić, że wraz z premierą The Following, na rynku zadebiutowało Dying Light: The Following – Enhanced Edition, czyli kompletne wydanie, w którym znajdziemy podstawową wersję gry, recenzowane The Following oraz wszystkie wydane wcześniej, mniejsze DLC.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Final Fantasy VII Remake