Recenzja „Elden Ring”

Na nową grę od From Software czekać nam było dane równo trzy lata, jednakże najnowszy tytuł od japońskiego studia wynagradza nam ten czas z nawiązką. Wydany przed chwilą Elden Ring łączy w sobie wszystko, co najlepsze soulsy miały do zaoferowania do tej pory – poczynając od Demon’s Souls, a na Sekiro kończąc – a do tego dorzuca całkowitą nowość: otwarty, różnorodny i niebezpieczny świat. Zapraszam na wyprawę do Ziem Pomiędzy!

Na początku, standardowo, tworzymy swoją postać w zaawansowanym edytorze, nadajemy jej imię i twarz, po czym wybieramy jedną z kilku dostępnych w grze klas, najbardziej odpowiadającą naszemu stylowi rozgrywki – może to być choćby włóczęga z tarczą i mieczem, wojownik dzierżący dwa bułaty, astrolog ciskający zaklęciami, bandyta z krótkim ostrzem w dłoni czy samuraj z kataną i długim łukiem. Wybór, jak to już ongiś bywało, nie ma jednak aż tak wielkiego znaczenia, w zasadzie tylko na początku rozgrywki – potem, znajdując inną broń i pokonując kolejnych przeciwników, statystyki można rozdysponowywać dowolnie i równie dowolnie zmienić styl zabawy. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby z wojownika zrobić maga i na odwrót, co również jest cechą charakterystyczną gier od From Software. Kiedy już dokonamy tej początkowej decyzji, lądujemy w kościele, gdzie zaraz po wyjściu dostajemy oklep od pierwszego, potężnego przeciwnika (również znany i lubiany motyw). Dopiero potem zaczyna się krótki samouczek, wprowadzający nas w podstawy sterowania, a po jego ukończeniu w końcu wydostajemy się na powierzchnię, a naszym oczom ukazuje się piękne, zazieleniony teren, słońce świeci, sielanka. To jednak tylko pozory, bo Pogrobno – tak nazywa się pierwszy region – wcale sielankowe nie jest, zapewniam.

Pierwsze na co zwracamy uwagę to wspomniany już przeze mnie otwarty teren, który – uwierzcie – jest naprawdę ogromny. Do tej pory, czy to w Dark Soulsach, Bloodborne czy Sekiro, mieliśmy do czynienia z raczej korytarzowymi etapami, które oczywiście czasami pozwalały wybrać tę czy inną ścieżkę, po drodze odblokowując jakiś skrót do wcześniej odwiedzonego miejsca, ale jednak struktura światów była zamknięta. W Elden Ring świat jest w pełni otwarty, możemy udać się gdziekolwiek chcemy, przed siebie, za siebie, na wschód czy na zachód, a jedyne to, co może nas powstrzymać to siła oponentów, z którymi po prostu nie damy sobie rady, zanim nie zdobędziemy odpowiedniego poziomu i oręża. Może przesadziłbym pisząc, że każdy centymetr terenu skrywa sekrety, ale prawda jest taka, że eksplorować się opłaca, bo co chwilę trafiamy na jakieś ciekawe miejsce – a to jaskinia, a to jakieś katakumby, a to jakaś postać poboczna ma dla nas zadanie, a to wymagający przeciwnik pilnuje cennego skarbu. Na sumienne wyeksplorowanie wszystkiego potrzeba tak minimum 120 godzin, mówi to samo przez się. Jasne, czasem ma się wrażenie pewnej powtarzalności, szczególnie przemierzając któreś z kolei, opcjonalne podziemia, które charakteryzują się podobną strukturą i są czymś na wzór lochów z Bloodborne, ale kluczowym jest tutaj słowo „opcjonalne” – nie musimy tam wcale zaglądać. Poza tym odwiedzane tereny – tak w ogólności – są różnorodne. O sielankowym Pogrobnie już wspomniałem, do odwiedzenia czeka także m. in. wielkie jezioro, przeklęte, wypalone Caelid czy majestatyczna Stolica. Są też inne lokacje, ale po prostu nie chcę spojlerować.

Jak się pewnie domyślacie, przemierzenie tak rozległego terenu na nogach mogłoby być trochę problematyczne i dłużyłoby się, dlatego dość szybko otrzymujemy rumaka. Obawiałem się trochę tej mechaniki przed premierą, bo konie w grach potrafią zachowywać się różnie, ale ten w Elden Ring robi wszystko, tak jak trzeba. Naszego czworonożnego kompana wzywamy gwiżdżąc, a bohater automatycznie na niego wskakuje i nie pozostaje nam nic innego, jak galopem pokonywać kolejne kilometry lub z grzbietu wierzchowca… walczyć z oponentami. Niektórzy zresztą są znacznie łatwiejsi do pokonania właśnie na koniu, szczególnie, że sami dosiadają swojego wierzchowca lub arena walki jest na tyle duża, że rumak o wiele ułatwia sprawę. Co istotne, ma on swój oddzielny pasek zdrowia, który – jeśli spadnie do zera – powoduje, że koń pada i aby go wskrzesić trzeba poświęcić jedną butelkę estusa – eee, przepraszam – butelkę szkarłatnych łez. Aha, i to nie jest też tak, że na koniu można jeździć wszędzie – poza otwartymi terenami są też takie w starym stylu, liniowe: przede wszystkim miejscówki fabularne, jak zamki, wspomniana Stolica czy pewna akademia. Tam wierzchowca używać nie można, a eksploracja odbywa się wyłącznie na nogach.

Wspomniałem o oponentach, dlatego trzeba pociągnąć ten wątek. Jak to w soulsach bywa, na naszej drodze spotykamy tych mniejszych wrogów, których pokonujemy raczej bez większych problemów (choć nadal potrafią zaskoczyć), a także tych większych – w postaci minibossów czy bossów pełnoprawnych. Bestiariusz jest szeroki, od ludzkich wrogów, przez zwierzęcych, a na naprawdę dziwacznych kreaturach kończąc. Starcia toczymy zarówno z pojedynczymi przeciwnikami, jak i większymi grupami, jednak za każdym razem trzeba być skupionym, uważnym i pod żadnym pozorem nie lekceważyć przeciwników, szczególnie, że wachlarz ataków, jakimi dysponują jest naprawdę szeroki – od zwykłych, siłowych po magiczne. Crème de la crème całej serii są jednak walki z bossami, których w Elden Ring nie brakuje, oj nie. Szefowie, przede wszystkim ci fabularni, zachwycają designem i umiejętnościami. Pojedynki są emocjonujące, a wyzerowanie paska sprawia – jak zwykle – satysfakcję. Nie brak tutaj upadłych rycerzy, ogromnych smoków czy potężnych magów. Drobny minus za recykling we wspomnianych już katakumbach, gdzie na końcu zdarza się walczyć ponownie z tym samym wrogiem, może w delikatnie zmienionej wersji, ale jednak. Jasne, rozumiem, że trudno byłoby wymyślić ze stu różnych bossów, ale delikatnie mi to przeszkadzało, szczególnie, że – co już pisałem – same „lochy” również cechują się pewnym podobieństwem. Zauważyłem po sobie, że czym dalej w grze tym miałem mniejszą ochotę niż na początku zaglądać do tych opcjonalnych obszarów, choć to niewielka strata, bo stanowią one zaledwie ułamek tego, co oferuje gra, nie wspominając o tym, że niektóre, rozbudowane lokacje są całkowicie dodatkowe i w ogóle nie musimy do nich trafić, by ukończyć grę, a pewnie w niejednej produkcji musielibyśmy kupić rozszerzenie, by je odblokować!

Bądź co bądź esencją gry nie jest mimo wszystko eksploracja, a walka. Z kim walczymy, o tym napisałem akapit wyżej, nie napisałem jednak jak. W tym aspekcie również czeka nas kilka nowości, z których największą są prochy wojny. Jest to „przedmiot” wielokrotnego użytku, który po aktywacji materializuje pomagiera walczącego u naszego boku. Kompan sterowany jest całkowicie przez sztuczną inteligencję i przede wszystkim skutecznie odciąga uwagę wrogów, ale ci najmocniejsi potrafią też zadać całkiem konkretne obrażenia. Największą zaletą jest jednak to, że kiedy prochy zostaną wykorzystane w trakcie starcia z bossem to nie podwajają jego paska życia – w przeciwieństwie np. do innych graczy w kooperacji. Prochów jest kilkadziesiąt różnych rodzajów – na początku otrzymujemy wilki, są też gobliny, zombiaki, bohaterowie czy wręcz wcześniej pokonani wrogowie. Żeby jednak dodać łyżkę dziegciu – prochów nie można używać zawsze, a tylko w trakcie niektórych starć. Poza tym, użyć prochu można jednego na walkę i tylko wtedy, jeśli starczy nam punktów skupienia (odpowiednik many). W ogólnym rozrachunku zalety znacznie przewyższają w tym przypadku wady, a używanie przyzwanych zjaw ułatwia rozgrywkę i to nie w kontekście siły ognia, a odciągnięcia przeciwnika przez co – zamiast na unikach – możemy skupić się na atakowaniu. Taki swoisty easy mode (ale bez przesady), z którego wcale nie trzeba korzystać. Aha, zapomniałem chyba wspomnieć, że nowością jest też skradanie i zaskakiwanie nic nie spodziewających się wrogów – prawda jest jednak taka, że jest to tylko ciekawostka. Elden Ring nie jest bowiem Assassin’s Creedem (chodzi o te pierwsze) i działanie po cichu należy traktować raczej w kategoriach ciekawostki – liczy się siła zadawanego ciosu, a nie jakieś tam chowanie w trawie!

Poza tym, i poza walką z wierzchowca i ewentualnie tym skradaniem, jest raczej standardowo. Przede wszystkim nie należy się zbytnio „napalać” – do każdego wroga, a przede wszystkim, jeżeli jest ich kilku naraz – należy podchodzić z szacunkiem i pewną dozą ostrożności – w innym wypadku szybko ujrzymy napis „NIE ŻYJESZ”. Starcia toczyć można na wiele sposobów, walcząc wręcz kilkoma rodzajami broni białych, strzelać z łuku czy ciskać czary i inkantacje. Tak naprawdę nie da się wskazać tej najlepszej klasy czy stylu rozgrywki – zależy to wyłącznie od preferencji danego gracza, choć obiektywnie najsilniejszy jest mag, bo nie dość, że trzyma się na dystans to niektóre z czarów, szczególnie te zdobywane na dalszym etapie rozgrywki, siać mogą prawdziwe spustoszenie. Wojownik z kolei, choć jego ciosy mogą być naprawdę mocne, jest bardziej narażony na otrzymanie obrażeń (choć z drugiej strony jest też bardziej wytrzymały i odporny). Ale to też nie jest tak, że mag lepiej poradzi sobie w absolutnie każdej sytuacji, bo tych szybszych wrogów czary wcale tak łatwo nie dosięgają i w tym akurat przypadku sprawdzić się może jakiś szybki miecz. To z kolei nie oznacza, że mag z miecza korzystać nie może – bo może – ale starcie bezpośrednie rodzi dla niego prawne ryzyko szybkiego zgonu z uwagi na noszenie mniej odpornej zbroi. Pisząc to chcę uświadomi tym, dla których Elden Ring będzie pierwszym soulsem, że gra oferuje naprawdę ogrom możliwości zabawy i to jest jej siłą. Jeśli z kolei znudzi wam się jeden styl rozgrywki, nic nie stoi na przeszkodzie, aby na nowo rozdysponować punkty umiejętności i w kilka minut całkowicie zmienić sposób rozgrywki. W tym miejscu warto też wspomnieć o jeszcze jednej mechanice, a mianowicie popiołach wojny, które – przy pomocy kowala – można dodać do broni, zyskując tym samym, niekiedy naprawdę mocny, atak specjalny oraz zmieniając nieco jej właściwości i skalowanie względem konkretnych statystyk. Bronie naturalnie można też ulepszać przy pomocy specjalnych kamieni, zwiększając ich siłę rażenia, nic więc nie stoi na przeszkodzie, by przejść grę tą samą bronią i z tą samą tarczą od początku do końca, o ile oczywiście pasuje nam jej wachlarz wyprowadzanych ciosów.

Co jeszcze jest standardowe w porównaniu z poprzednimi grami studia From Software? O butelkach szkarłatnych łez – będących odpowiednikiem estusów, czyli butelek leczących – już wspomniałem. Dodam tylko, że można je oczywiście ulepszać, zarówno pod względem ilości sztuk (przy pomocy kielichów Szkarłatnych Łez), jak i mocy leczenia (przy pomocy Złotych Nasion). Są też bliźniacze butelki modrych łez, które działają analogicznie, ale odnawiają punkty skupienia, istotne przede wszystkim dla maga. Za pokonywanie wrogów zbieramy runy, będące z kolei odpowiednikiem dusz, które następnie wymieniamy na poziomy doświadczenia, a jeśli umrzemy (a w tej grze cały czas zdarza się to dość często) te niewydane tracimy, o ile nie uda nam się ponownie ich zebrać w miejscu zgonu. Nie zabrakło też ognisk, które działają tak samo jak wcześniej, tzn. możemy przy nich odpoczywać, awansować, dostrajać czary czy się pomiędzy nimi teleportować, ale są rozstawiona znaaacznie gęściej, a nazywają się punktami łaski. To, co nie jest standardowe dla serii, to zmienne pory dnia i nocy (niektórzy bossowie pojawiają się tylko, kiedy jest zmrok!) oraz system craftingu, który jednak pojawił się nieco… niepotrzebnie. Przedmiotów znajduje się naprawdę mnóstwo, na tyle, że w zasadzie nie opłaca się nic tworzyć, szczególnie, że niektóre składniki są bardzo rzadkie i tych naprawdę przydatnych przedmiotów można wytworzyć jak na lekarstwo. Ja z tej opcji nie korzystałem, tylko w ramach sprawdzenia, szczególnie, że w Ziemiach Pomiędzy mnóstwo jest kupców z bogatym asortymentem, od których pozyskanie przedmiotów jest po prostu prostsze, niźli zbieranie roślin i grzybków gęsto rosnących w świecie gry.

Dopiero teraz przyszedł czas na pochylenie się nad warstwą fabularną gry, bo ta, choć nadaje cel naszej podróży, ma drugorzędne znaczenie. Ponownie mamy bowiem do czynienia z dość enigmatycznym przedstawieniem historii i tym, o co tak naprawdę chodzi. Na samym początku oglądamy klip wprowadzający nas w klimat i otoczkę, a całą resztę musimy poskładać sami. To, co trzeba przede wszystkim wiedzieć to to, że jesteśmy Zmatowieńcem, który przybywa do Ziem Pomiędzy, aby odrodzić Eldeński Krąg i stać się Eldeńskim Władcą. Aby tego dokonać, należy zebrać Wielkie Runy, rozpalić ogień i przywrócić świetność wielkiemu Złotemu Drzewu górującemu nad krainą. Pomaga nam w tym sporo innych postaci, których napotykamy na swojej drodze i wykonujemy dla nich – nie raz bardzo złożone – zadania poboczne. Część z nich można także „odesłać” do Twierdzy Okrągłego Stołu pełniącej funkcję huba, gdzie oprócz chwili wytchnienia możemy ulepszyć swój oręż i prochy wojny, zrobić zakupy, przerobić wizerunki lordów (odpowiednik dusz bossów) na naprawdę mocny sprzęt czy… się poprzytulać. Wracając jednak do samej fabuły, bez wątpienia From Software we współpracy z G. R. R. Martinem udało się wykreować unikalny i ciekawy świat, w który po prostu trzeba się odpowiednio wgłębić (chociażby czytając opisy wszystkich zbieranych przedmiotów) – ale to nie jest żadnym zaskoczeniem, bo tak po prostu w soulsowych grach od Japończyków jest.

Graficznie, cóż… Skłamałbym, gdybym napisał, że Elden Ring to najładniej wyglądająca produkcja obecnej generacji, ale jest dobrze, styl został zachowany. Jasne, zdarzają się dość słabo wyglądające tekstury, ale – uwierzcie mi – nie zwraca się na to większej uwagi. Wszystko rekompensowane jest przez design świata, a wszechobecne złote drzewa rekompensują wszystkie niedogodności. Nawet w niby przyjaznym Porgobnie czuć ten klimat wszędobylskiego niebezpieczeństwa, które jednocześnie powoduje chęć dalszej eksploracji. Wiem, że zdanie poprzednie może nie być do końca zrozumiałe, ale, żeby je zrozumieć w Elden Ring po prostu trzeba zagrać i to poczuć. Całości dopełnia niezwykle pasująca do otoczenia ścieżka dźwiękowa, raz nieco spokojniejsza, by przy jakiejś dynamiczniejszej akcji, dynamicznej walce wejść w szybsze tony. Elden Ring jest zlokalizowany, co prawda tylko, jeśli chodzi o napisy, ale to dobrze, bo nie dość, że rodzimi gracze mogą zorientować się o co chodzi to dodatkowo słuchają oryginalnych dialogów, bardzo dobrze oddających atmosferę panującą na Ziemiach Pomiędzy. O trybie sieciowym już wcześniej napomknąłem i mogę tylko dodać, że działa ona świetnie – ponownie z wykorzystaniem otrzymywanych w trakcie gry przedmiotów możemy połączyć się z innymi graczami, by z nimi walczyć lub im pomóc, jeśli nie radzą sobie z jakimś wymagającym oponentem. Lagów czy problemów z dołączeniem nie uświadczyłem. Pamiętajcie jednak, aby przed walką zawsze się ukłonić lub pomachać ręką!

Podsumowanie

Elden Ring, oh, Elden Ring! Dziękuję ci From Software, dziękuję ci Martinie. To duo stworzyło naprawdę wyjątkową produkcję, która zbiera do kupy to, co najlepsze w soulsowych grach do tej pory – ciągłe uczucie zagrożenia znane z serii Souls, tajemniczość występującą na każdym kroku w Bloodborne oraz emocjonujące i szybkie starcia, z którymi mieliśmy do czynienia w Sekiro. Elden Ring jest więc swoistym miszmaszem, ale podlanym najlepszym sosem, z dodatkiem otwartego świata. Nie ma możliwości, żeby osoba, której podobała się któraś z poprzednio wymienionych przeze mnie produkcji, nie zagrała w tę najnowszą. Ale równocześnie, Elden Ring jest grą, która zapewni świetną roz(g)rywkę też nowicjuszum, z uwagi na niższy poziom trudności (chociażby przez wspominane prochy). Wygląda więc na to, że From Software znalazło złoty środek, jak zadowolić zaznajomionych, a jednocześnie nie zniechęcić tych nowych. Coś jak złote drzewo górujące na Ziemiami Pomiędzy. Złote drzewo, któremu warto się bliżej przyjrzeć…

Zostaw komentarz