Recenzja „Far Cry 6”

Far Cry, ah, ten Far Cry. Seria, która prawdziwą popularność zdobyła w 2012 roku, kiedy ukazała się trzecia odsłona serii wraz z niezwykle wyrazistym antagonistą. I w zasadzie od tamtego momentu seria znajduje się w pewnej stagnacji, bo choć zmienia się otoczenie, czasem nawet bardzo (prehistoryczny Primal), to trzon rozgrywki pozostaje bez zmian. Jeśli więc liczyliście na jakąś rewolucję w Far Cry’u 6 to się przeliczycie, ale – po raz kolejny – w ten tytuł gra się naprawdę dobrze i cały czas występuje tu syndrom przejęcia jeszcze jednego punktu kontrolnego czy wrogiej bazy.

We wstępie wspomniałem o antagoniście, bo to też element, z którego Far Cry słynie. Mieliśmy do czynienia z szalonym, psychopatycznym Vaasem, modnym Paganem Minem, a tym razem twórcy postawili na kogoś popularnego – Giancarlo Esposito, aktora znanego chociażby z Breaking Bad z roli Gustava Fringa. Esposito tym razem jednak nie smaży kurczaków, a twardą ręką rządzi Yarą, jako dyktator Antón Castillo, chcąc zrobić z tej niewielkiej, wzorowanej na Kubie, wyspy prawdziwą potęgę. Potęga ta opiera się na specjalnej odmianie tytoniu – zwanej viviro – która rośnie tylko na Yarze i ma stanowić skuteczny lek na raka. I o ile oczywiście nie byłoby w tym nic złego, żeby na eksporcie viviro oprzeć swoją gospodarkę, problemem jest to, że do pracy na plantacjach wykorzystuje się w zasadzie niewolników, a sama skuteczność leku też budzi wątpliwości. Tym niemniej, Castillo uważa, że najwłaściwszą metodą sprawowania rządów jest sianie strachu i pokaz siły. Z takim podejściem nie zgadza się pewna grupa ludzi – partyzantów spod egidy Libertad – którzy chcą położyć kres krwawej dyktaturze. W prologu gry do Libertad dołącza Dani Rojas, protagonista Far Cry 6, i rewolucja gwałtowanie przyspiesza.

Dani, jako główny bohater produkcji, to mężczyzna lub kobieta, w zależności od wyboru gracza, oczywiście twórcy zadbali też o odpowiedni dubbing. Nasza przygoda zaczyna się na niedużej wyspie Isla Santuario, gdzie uczymy się podstaw gry oraz poznajemy pierwsze postacie niezależne, naszych kompanów broni i mentorów – m. in. liderkę Libertad Clarę Garcię czy ekscentrycznego szpiega Juana Corteza. Postacie te, zresztą jak protagonista, są napisane w porządku, nie zapadną oni może w pamięci na dłużej, ale dialogi czy ich postępowanie pasuje do rewolucyjnej konwencji, są też humorystyczne wstawki. Choć widać, że scenarzyści oddali pałeczkę żeńskim postaciom, które są tymi bardziej stanowczymi i przywódczymi, kiedy u facetów bardziej uwypuklono pewne przywary. Zresztą, o tym, że to babki miały odgrywać w rewolucji pierwsze skrzypce świadczy też to, że to żeńska Dani jest postacią kanoniczną, bo to ona była pokazywana w materiałach przedpremierowych. Drobny zawód spotkał mnie natomiast, jeśli chodzi o wspominanego już antagonistę. Antón Castillo został naturalnie bardzo dobrze zagrany, jednakże jest go dość mało i po prostu nie wykorzystano potencjału tego znakomitego aktora. Jakoś trudno było mi poczuć, że jest to naprawdę złowrogi dyktator i że trzeba zrobić wszystko, by zakończyć jego panowanie. Z Castillo wiąże się też relacja z jego nastoletnim synem, którego za wszelką cenę chce namaścić na swojego następcę, ale Diego jest jakiś taki bez wyrazu, choć jego fabularna rola jest dość znaczna.

Podczas opowieści, kiedy wydostaniemy się już z niedużej wyspy Santuario, do przemierzenia czeka nas właściwa część Yary, podzielona na trzy regiony – Madrugadę, Valle De Oro oraz El Este. Na północy znajduje się dodatkowo Esperanza, stolica, jednak tam w ogólnym rozrachunku nie jesteśmy długo. Co innego we wspomnianych regionach, które objeżdżamy wzdłuż i wszerz, wykonując zadania fabularne oraz inne aktywności. W dążeniu do obalenia dyktatora, musimy zbratać się z trzema grupami, przy okazji uprzykrzając życie siłom Castillo. Misje fabularne są raczej standardowe – trzeba gdzieś pojechać, kogoś zabić, coś zabrać, ale trafiają się także te bardziej zróżnicowane, gdzie np. palimy uprawy viviro, uprawiamy dość ryzykowną wspinaczkę czy odwiedzamy propagandowe muzeum, gdzie możemy posłuchać nagrań o wspaniałości Yary i jej przywódcy. Wszystkie te działania prowadzą do potyczek z wysokimi rangą dowódcami, których eliminacja ma utorować nam drogę wprost do Castillo. Cel opowieści nie jest więc może skomplikowany, ale historia potrafi kilka razy zaskoczyć i ma swoje dramatyczne, jak i widowiskowe momenty – i myślę, że określenie poprawna/dobra będzie oceną sprawiedliwą.

Ale oczywiście sam wątek fabularny to nie jedyny sposób na walkę o oswobodzenie Yary. Jak to w sandboksach bywa, twórcy przygotowali szereg aktywności pobocznych, którymi możemy się zająć w międzyczasie. Życie żołdakom Castillo uprzykrzamy przede wszystkim przejmując ich punkty kontrolne oraz bazy FND. Te drugie mogą stanowić pewne wyzwanie, ponieważ naszym zadaniem jest wyeliminowanie wszystkich wrogów, a jeśli damy się zauważyć – także posiłków. Dlatego lepszą strategią jest skradanie się, dezaktywacja wszystkich alarmów i kamer oraz dokonywanie zabójstw cichaczem. Baz FND jest kilkanaście, a te przejęte stają się m. in. punktami szybkiej podróży. Ponadto, warto niszczyć także działka przeciwlotnicze – pozwoli nam to korzystać z szeregu maszyn latających czy latać kombinezonem do szybowania bez obaw o własne życie. Z innych aktywności trzeba wskazać też na zadania poboczne w postaci: yarnańskich opowieści, czyli prostych misji podszytych fajnie napisanymi historiami oraz wypraw po skarb, gdzie szykując wskazówek musimy odnaleźć ukryte dobra i się wzbogacić. Z mniejszych rzeczy: możemy polować, łowić ryby czy szukać kart z kryptografem, pendrive’ów z muzyką lub… kogutów. Tak, kogutów, które, co więcej, wykorzystać możemy w jednym z sojuszniczych obozów do walk parodiujących starcia znane z serii Mortal Kombat. Niby jest to prosta mini-gierka, na jeden raz, ale, przyznacie, oryginalna. Uprzedzam pytanie – fatality brak. Do roboty więc trochę jest, jednak większość aktywności (poza wspomnianymi opowieściami czy wyprawami po skarb) po jakimś czasie staje się po prostu monotonna, nie dająca jakichś rzeczywiście odczuwalnych korzyści, i jeśli nie dążymy do zdobycia platynowego trofeum – można je zignorować.

W Far Cry 6 gra się jak poprzednio. Do naszej dyspozycji oddany został całkiem spory arsenał: karabiny, pistolety, snajperki, strzelby, łuki czy wyrzutnie rakiet, które można modyfikować (celowniki, tłumiki), a także unikalne rodzaje ww. pukawek. Nowością są bronie z kategorii „Zrób to sam”, czyli naprawdę wymyślne i unikalne sprzęty, które nabywamy w zamian za zubożony uran znajdowany w trakcie gry. Wśród nich znajdziemy takie okazy jak El Bestio wypuszczającego z siebie chmurę trucizny, Tostadora ziejącego ogniem czy Discos Locos, plującego… płytami CD i odtwarzającego muzykę. Dodatkowo, bohater nosi na plecach plecak Supremo – oprócz tego, że przechowujemy w nim gadżety (m. in. granaty i inne przedmioty miotane), każdy rodzaj plecaka posiada super-atak, mogący uratować nas, kiedy wrogów jest za dużo (salwa rakiet, leczenie, szał etc.). Protagoniście towarzyszą też Amigos – pocieszne zwierzaki, które przyłączają się wraz z postępem fabularnym. W jednej chwili towarzyszy Daniemu jeden Amigo, a każdy z nich cechuje się czymś innym – np. pies jeżdżący na wózku wabiący się Chorizo oznacza miejsca, gdzie możemy znaleźć materiały lub walutę, a krokodyl Guapo atakuje oponentów swoimi zębiskami. Jest też kogut Chicharron, drugi pies Boom Boom oraz pantera Oluso.

Po wyspie przemieszczać się możemy naturalnie na nogach, ale także z wykorzystaniem koni i koni mechanicznych – samochodów, motocykli, łodzi, helikopterów czy samolotów. Pojazdów jest kilkadziesiąt rodzajów, w tym także bojowe, a dodatkowo można je modyfikować, dokładając chociażby wieżyczkę, taran czy bardziej odporną na uszkodzenia karoserię, a także wizualnie. Samochody i inne pojazdy można też przechowywać w garażu, a aby to zrobić trzeba dany pojazd dowieźć do wskazanego punktu lub – prościej i szybciej – cyknąć mu zdjęcie smartfonem. Ja podróżowałem jednak, szczególnie w dalszych etapach gry, jeszcze inaczej: z wykorzystaniem punktów szybkiej podróży, których na mapie jest sporo, szczególnie, jak wykonujemy aktywności poboczne. Wtedy Dani pojawia się kilkaset metrów nad ziemią i możemy otworzyć spadochron lub kombinezon do szybowania i polecieć w żądane miejsce. Fajna sprawa.

W najnowszy tytuł od Ubisoftu można grać naturalnie solo, ale także w kooperacji z innym graczem, pomagając mu np. zdobywać bazy FND czy przechodzić misje fabularne. Po prostu wybieramy odpowiednią w opcji menu i czekamy, aż gra dorzuci do nas innego gracza lub nas do świata innego gracza. Wiadomo, zawsze fajnie z kimś zasiać nieco zniszczenia, choć nie będę ukrywał, że testując tę opcję w okolicach premiery miałem drobne problemy z połączeniem i musiałem odczekać swoje (a raczej nie było to spowodowane brakiem zainteresowania produkcją). W kooperacji (ale też samemu) można grać również w tzw. „Operacjach Specjalnych”, czyli szeregu dodatkowych zleceń dostępnych dla nas po przejściu fabuły. Naszym zadaniem jest odnalezienie i wykradnięcie pojemnika z substancją PG-240X, a następnie bezpieczne dostarczenie tegoż pojemnika do miejsca docelowego, oczywiście w akompaniamencie strzelających do nas przeciwników. Utrudnieniem w całej sytuacji jest to, że nie możemy dopuścić do przegrzania urządzenia, co oznaczać będzie porażkę. Kiedy pasek przegrzania rośnie, mamy dwa wyjścia – albo skryć się w cieniu albo znaleźć jakikolwiek zbiornik wodny. Trzeba wspomnieć także, że Operacje mają miejsce na specjalnie przygotowanych mapach, niedostępnych podczas swobodnej rozgrywki w trakcie głównej osi fabularnej – np. w prehistorycznym parku rozrywki czy w opuszczonym przez wszystkich miasteczku.

Jeśli chodzi o oprawę audiowizualną to – cóż – gra wygląda jak typowy Far Cry, nie uświadczymy tutaj jakichkolwiek fajerwerków, choć oczywiście jest ładnie i można poczuć „kubański” klimat. Animacja nie przycina (na PS5), nawet podczas większej rozpierduchy. Wyróżnienie należy się natomiast za ścieżkę dźwiękową, przygotowano aranżację kilku znanych utworów w rewolucyjnej otoczce, które potrafią porwać do walki. Palenie za pomocą miotacza ognia pola viviro z „Bella Ciao” w tle? Jak najbardziej.

Podsumowanie

Far Cry 6, pomimo iż tematem przewodnim jest rewolucja, sam w sobie rewolucją nie jest. Po raz kolejny bowiem dostajemy grę z otwartym światem, gdzie otrzymujemy spory arsenał i sporą swobodę działania, a wszystko po to, by zgładzić tego głównego złego, w którego tym razem wcielił się nie kto inny, jak Gus z Breaking Bad, czyli Giancarlo Esposito (choć – w moim przekonaniu – nie wykorzystano potencjału aktora). Niezależnie jednak od tego, w szóśtkę gra się przyjemnie, choć z czasem nieco powtarzalnie. Twórcom udało oddać się klimat rewolucji, w dużej mierze dzięki dobrze rozpisanym postaciom pobocznym oraz ścieżce dźwiękowej. Każdy, kto sięga po Far Cry’a, wie czego się spodziewać – z jednej strony to dobrze, a z drugiej źle. W każdym razie… ¡Viva la Libertad!

Zostaw komentarz