Recenzja „Final Fantasy XV”

Czy po obejrzeniu trylogii Władcy Pierścieni nie mieliście poczucia, że podróż jaką bohaterowie odbyli jest o wiele bardziej interesująca niż jej finał polegający w dużej mierze po prostu na wrzuceniu pierścienia wprost do ognia? Podobne poczucie występuje po ukończeniu najnowszej odsłony Final Fantasy.

Final Fantasy XV to growy film drogi opowiadający o przyjaźni, trudnych, moralnych wyborach oraz o wchodzeniu księcia Noctisa w dorosłość. Relacje pomiędzy głównymi bohaterami są dobrze zarysowane. Widzimy jak rozwija się ich przyjaźń i jak wspierają siebie nawzajem. Mimo że postacie są dość jednowymiarowe to bardzo łatwo je polubić. Ignis stara się trzymać w ryzach cały zespół, Prompto to nie lada śmieszek, zaś Gladiolus jest bohaterem do rany przyłóż. To naprawdę fajne uczucie, gdy zwiedzamy krainę Eos, a kompani sobie dogryzają, coś nam sugerują czy po prostu są sobą. Oczywiście, jest jeszcze protagonista – Noctis – i także wpisuje się on w kanwę wyrazistych postaci i nie jest takim zatwardziałym emo, jak na pierwszy rzut oka może się wydawać.

Niestety, przez to, że historię tak bardzo silnie oparto na czwórce bohaterów i ich wyprawie, ona sama, a także postacie poboczne nie dostały należytego czasu, aby rozwinąć się w coś interesującego przez cto Final Fantasy XV szybko zamienia się w liniowy ekspres do stacji „napisy końcowe”. Duża część historii, jak i samo zakończenie zostały zrobione po łebkach, a momentami wyszło tak źle, że Square Enix zmuszone jest łatać luki fabularne aktualizacjami. Nie wyszły także momenty, które z założenia miały gracza wzruszyć, gdyż nie budzą takich emocji, jakie powinny. Ogólnie rzecz biorąc, przed zagraniem w „piętnastkę” polecam obejrzeć krótką serię anime o tytule „Brotherhood” i film – Final Fantasy: Kingsglaive, dzięki czemu fabuła staje się strawniejsza, a w pewnych momentach bardziej zrozumiała, choć tanich i nieudanych chwytów scenarzystów to nie ratuje. Oprócz historii, twórcy zadbali także o szereg zadań pobocznych, ale są one bardzo nijakie. Książe szukający składników na zupę? Chyba nie tak to powinno wyglądać…

W lepszych słowach mogę odnieść się do rozgrywki, bo ta została dobrze zaprojektowana. Eos jest naprawdę duże, a tym samym do zwiedzania jest sporo. Czasem odkrywamy teren w nieco bardziej sielskiej atmosferze, tj. podziwiamy nowe miejscówki, rozbijamy biwaki, pstrykamy zdjęcia czy nawet wędkujemy, jednak czasem przyjdzie też trochę powalczyć, zarówno na otwartej przestrzeni, jak i w ciasnych i ciemnych lochach czy jaskiniach. Walka jest szybka i efektowna i czasem można odnieść wrażenie, że nie gra się w grę jRPG, a w grę akcji w stylu serii Devil May Cry. Noctis bowiem swoją zwinnością dorównuje Dantemu, teleportuje się po całym polu walki, unika ciosów, zmienia bronie w locie, czasem wspomaga się „specjalnymi” zdolnościami towarzyszy, a w końcu użyje prostej magii czy przyzwie summona.

Choć walczy się łatwo i przyjemnie, jest także za prosto i ma się wrażenie, że walka toczy się sama. Co prawda, jest parę niuansów, jak np. czułe punkty przeciwnika, w które trzeba trafić, aby zadać mu większe obrażenia, ale dla zwykłego, niemającego ochoty poznawania tytułu od podszewki gracza Final Fantasy XV to wciąż będzie przyjemny i prosty slasher z QTE. Kuleje sztuczna inteligencja towarzyszy, przez co to gracz odwala całą brudną robotę, a oni biegają może nie jak kurczaki bez głowy, ale jak pijane kurczaki to już jak najbardziej. Irytować mogą też starcia w małych pomieszczeniach, gdyż z powodu dość „skocznego” stylu walki księcia czasem ciężko zorientować się co, gdzie i jak. Rozwój postaci jest przemyślany, może nie bardzo zaawansowany, ale czuć, że z każdą wykupioną zdolnością coś zyskujemy i stajemy się silniejsi.

Od strony technicznej gra prezentuje się bardzo dobrze. Animacja trzyma fason nawet w najbardziej tłocznych momentach. Postacie wyglądają dobrze, spodobał mi się miks realizmu z magią. Graficznie jest na czym zawiesić oko. Świat wydaje się jednak dość pustawy, a deweloperowi nie do końca udało się wykorzystać potencjał otwartego świata. Muzycznie tytuł trzyma również bardzo dobry poziom, a parę utworów zapadło mi w pamięci.

Square Enix zadbał także o fanów serii, gdyż w grze mnóstwo jest nawiązań do innych tytułów cyklu, a także smaczków i rozwiązań. Można jeździć na Chocobach, a walki z dodatkowymi bossami, już po ukończeniu głównego wątku, są piekielnie trudne. Podróżowanie zaś po Eos z przygrywającą w tyle ścieżką dźwiękową z Final Fantasy VI przywołuje naprawdę miłe wspomnienia.

Podsumowanie

Po trylogii Final Fantasy XIII miałem pełne obawy przed sięgnięciem po nowy tytuł z serii. Nie miałem nadziei na to, że XV to zaginiony w czeluściach Versus XIII – bo z tamtej gry został tylko zamysł i niektórzy bohaterowie. Na co więc liczyłem? Chyba na to, że gra nie będzie kolejną rysą na jednej z moich ulubionych marek. I nie jest, bo, poza pewnymi aspektami, grało mi się przyjemnie i czas poświęcony na jej ukończenie nie był czasem straconym. Pewnie gdybyśmy nie żyli w wszechogarniającej modzie na otwarte światy, pustawe Eos mogłoby zrobić na mnie jeszcze większe wrażenie.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Horizon Zero Dawn