Recenzja „Folklore”

Wiecie jak to jest: są gry, na które czekamy długie miesiące, czasem nawet lata, obgryzamy paznokcie, odkładamy pieniądze rezygnując z cukierka, gazety, dziewczyny czytamy o tym tytule wszystko co się da, każdy news ostro komentujemy, każdą wzmiankę, screena, czekamy jak wymarzona płytka wesoło wsunie się w czeluści konsoli. Hm, co to wszystko ma wspólnego z Folklorem? Nic. Kompletnie nic.

Folklore to nie ‚murowany hit’, na który czeka tysiące graczy. To raczej taka mała szara myszka, która wchodzi ukradkiem na półki sklepowe. Czy gra Game Republic (twórców m.in. serii Genji i paru niezłych gier na PS Store) wybija się ponad przeciętność? Czy warto bliżej się z nią zapoznać?

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na te pytania. Fabuła kręci się wokół dziewczyny o imieniu Ellen, która otrzymuje list od zmarłej matki chcącej spotkać się w mieścinie o nazwie Doolin i reportera Kaetasa pracującego dla magazynu okultystycznego, który wyrusza pomóc tajemniczej kobiecie, błagającego o jak najszybszą pomoc z obawy o własne życie. A zgadniecie – gdzie dziennikarz ma wyruszyć by ją uratować? No? I tak byście nie zgadli, więc przygotujcie się na szok… Musi dostać się do Doolin. Gdy bohaterowie docierają do miasteczka (Ellen w ekstremalny sposób wyskakuje z kutra w trakcie szalejącego sztormu, a Kateas z lecącego samolotu… – dobra, żartowałem, facet przybywa na miejsce normalnie). Spotykają się przed klifem, nad którym siedzi kobieta. Ellen myśli, że to jej matka, więc zaczyna do niej mówić, Kaetas uważa z kolei, że kobieta nie żyje i najlepiej zostawić ją w spokoju, zawiadamiając przy okazji policję. Nagle silny podmuch wiatru strąca tajemniczą postać z klifu, co sprawia, że hipoteza reportera co do śmierci ‚matki’ Ellen staje się prawdą. Dziewczyna wpada w panikę i i biegnie szukać pomocy, a Kaetas podsumowuje to wszystko słowami : Morderstwo w wiosce śmierci? Niech ktoś mi powie, że to żart. Wioska śmierci? Chyba nie myśleliście, że Doolin to zwyczajne miejsce. Otóż ponoć w tej wiosce można spotkać dusze zmarłych ludzi. Robi się ciekawiej? Dodajcie do tego sprawę niewyjaśnionych morderstw 17 lat temu, które dają ponownie o sobie znać. Dwójka głównych bohaterów postanawia odkryć tajemnice na własną rękę. Kaetas prowadzi własne śledztwo, podobnie Ellen, dzięki czemu fabułę poznajemy z więcej niż jednego punktu widzenia.

I wszystko wyglądałoby na zwykłą grę przygodową, gdyby nie fakt, że bohaterowie otrzymują moc pozwalającą wkroczyć do Netherworld, świata zmarłych. Świat ten podzielony jest na parę mniejszych światów, zamieszkałych przez potworki zwane Folkami. Na końcu każdego ze światów czeka na pokonanie olbrzymi i potężny Folklore, którego ubicie owocuje spotkaniem ważnej dla śledztwa osoby (oczywiście zmarłej) lub krótką projekcją wydarzeń z przeszłości. Ale czym walczymy, rękoma? Pewnie, że nie – oprócz możliwości wejścia do Netherworldu bohaterowie potrafią również wyssać ‚dusze’ z Folków. Wygląda to mniej więcej tak: po wystarczającym obiciu biednego stworka nad jego głową pojawia się świecą poświata, którą łapiemy na ‚lasso’ i wyciągamy go szarpiąc SIXAXISem do siebie, po czym ‚wchłaniamy’ zdobycz i od tego momentu możemy używać tego Folka do walki (tak wyciągamy słabe Folki – mocniejsze bestie jak i Folklore’y mają specjalny pasek, który musimy nabić by móc dodać je do kolekcji). Coś na wzór popularnych Pokemonów, tylko tutaj Folki atakują, a następnie błyskawicznie znikają i o wiele przyjemniej jest ‚własnoręcznie’ wyszarpać nowego ‚podopiecznego’. Każdy Folk atakuje w charakterystycznym dla siebie stylu (ogień, woda, atak tnący itd. ) i tylko odpowiednia ‚żonglerka’ zdolnościami zagwarantuje zwycięstwo.

Pomocna okazać się może też specjalna księga, której ilustracje wskazują sposób na jakiegoś szczególnie silnego (bądź nietypowego) stworka. Bardzo przydatne, tym bardziej, że rodzajów Folków jest bez liku i mimo że Ellen jak i Kaetas przemierzają te same lokacje to spotykają Folki, których druga postać spotkać nie może. Cała zabawa w grze polega więc na walce z stworkami, bo rozmowy z mieszkańcami Doolin i szukanie kolejnych przedmiotów wieje nudą i sprowadza się tylko odwiedzania poszczególnych lokacji.

Od strony technicznej produkcja Game Republic naprawdę prezentuje się nieźle. Grafika nie zabija, ale też nie odrzuca. Poszczególne światy Netherworld wyglądają naprawdę bajeczne i aż chce się w nie zatopić, a autorzy pobawili się efektami specjalnymi, dzięki czemu co chwilę ekran jest rozświetlany jakimś atakiem czy lassem – to naprawdę może się podobać. Nie można mieć też nic do zarzucenia projektom poszczególnych Folków. Wyglądają jak by były wyjęte prosto ze snów (lub koszmarów) – różnorakie humanoidy czy niespotykane hybrydy. Kot skrzyżowany z łosiem? Proszę bardzo. Postacie bohaterów są dobrze wymodelowane i poruszają się w miarę naturalnie.

Największym problemem gry są nieznośne loadinigi. Wygląda to mniej więcej tak: wchodzimy do jakiejś lokacji – loading. Chcemy zmienić Folka podczas walki – loading. Kaetas chce się zmienić w ‚Demona’ – loading. Loading, loading, loading… Można się trochę wkurzyć i lekko zniechęcić do gry. Muzyka (instrumentalna) pasuje jak ulał do klimatu gry, szkoda tylko, że dość szybko zaczynają się te kawałki powtarzać, popadając w monotonię.

W kilku słowach: Folklore to gra dobra, ale nie dla każdego. Ślamazarność fabuły (raczej fabuł), nudna jak flaki z olejem eksploracja Doolin. Podobnie jak specyficzny klimat produkcji, który nie każdemu może przypaść do gustu. Na dodatek czasy wczytywania oraz prawie całkowity brak voice actingu również nie wychodzą tej produkcji na plus. Jednak przymykając oko na te niedoróbki, Folklore naprawdę wciąga i zajmuje kilka długich wieczorów. Niezła grafika, nienajgorsza fabuła i świetnie wykorzystanie SIXAXISa przemawiają za tym tytułem. Przed zakupem mimo wszystko polecam obadać dostępne na PS Store demko, aby upewnić się czy potrafisz się zagłębić w świat Folków bez pamięci.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Days Gone