Recenzja „For Honor”

Pierwszą grą, jaką Ubisoft postanowił wydać na rynek w 2017 roku jest całkowicie nowa marka, która przenosi nas do średniowiecznego, skonfliktowanego świata. Musimy opowiedzieć się po stronie rycerzy, wikingów lub samurajów i stoczyć wiele krwawych starć, aby wygrywać bitwy, a ostatecznie może i wojnę.

Początkowo For Honor miał być tytułem wyłącznie sieciowym. Potem jednak producent zdecydował się także na kampanię, dzięki czemu na pewno zainteresował tytułem większą liczbę graczy, a sama kampania pozwala oswoić się z mechanizmami rozgrywki zanim zmierzymy się w pojedynku z innym graczem. W bardzo emocjonującym pojedynku, trzeba dodać.

Siłą najnowszej produkcji Ubisoftu jest system walki, który jest przede wszystkim bardzo uczciwy, a równocześnie wymagający nieco umiejętności. Najlepsze są bez wątpienia starcia jeden na jednego. Mechanizm polega na wyprowadzaniu ciosów mieczem, toporem czy inną bronią obuchową w jednym z trzech kierunków (znad głowy, z lewej i z prawej) oraz blokowaniu tarczą ciosów z tych samych kierunków, ewentualnie robieniu uników. Na papierze wydaje się to bardzo proste, ale tak w rzeczywistości nie jest, bo aby wyjść ze starcia zwycięsko trzeba wykazać się refleksem oraz dostosować się do stylu walki oponenta. I nie chodzi wyłącznie o umiejętności innego gracza czy o zaprogramowaną sztuczną inteligencję, a o rodzaj wojownika z danej frakcji, z którym się mierzymy. Wojownicy różnią się bowiem siłą uderzenia, wytrzymałością czy szybkością, a co za tym idzie – posiadanym rynsztunkiem i kombinacjami ciosów, które mogą wykonywać. Niektórzy bardzo sprawnie łączą słabsze i silne uderzenia tworząc zabójcze kombosy, inni potrafią blokować ciosy jednocześnie ze wszystkich kierunków, jeszcze inni specjalizują się przede wszystkim w kontratakach, a Rozjemczyni, trzymając w dłoniach dwa miecze, jest szybka niczym wiatr, choć posiada znacznie mniejszą żywotność. Obraz starć dopełniają atrybuty oraz przedmioty specjalne – jak ogniste strzały czy bomby dymne – które nie raz pomagają wyjść z opresji, choć ich ilość jest ograniczona. System walki w For Honor można podsumować jako prosty, a jednocześnie rozbudowany i wymagający nauki, ale kiedy go opanujemy to sprawia ogromną satysfakcję, szczególnie, jeśli pokonanego przeciwnika wykończymy niezwykle soczystą, brutalną egzekucją.

Oprócz starć jeden na jednego, czasem zdarza nam zawalczyć się z większą grupą wrogów, ale ten element nie jest już tak dobrze zrealizowany, przynajmniej, jeśli chodzi o starcia z komputerowymi przeciwnikami, choć nie frustruje jakoś szczególnie. Po prostu starcie takie wydaje się nieco chaotyczne, a dodatkowo występuje tu znane chociażby z serii Assassin’s Creed kolejkowanie, czyli jedni przeciwnicy czekają, aż zajmiesz się ich kolegami i dopiero wtedy atakują. Zawsze, aby nieco szybciej zakończyć pojedynek, można wroga wrzucić w rozgrzaną do czerwoności lawę czy w przepaść. Ostatnią kategorią starć są walki z żołnierzami będącym mięsem armatnim, padającymi po zwykłym dotknięciu mieczem. Ten rodzaj przeciwników został wprowadzony tylko po to, aby pola bitewne nie były zbyt opustoszałe i najważniejsze, że chociaż za bardzo nie przeszkadzają w toczeniu poważnych pojedynków.

Kampania dla pojedynczego gracza idealnie sprawdza jako samouczek całego systemu walki, ale także historia opowiedziana w For Honor jest spójna i potrafi zainteresować, w dużej mierze dzięki dobrze zrealizowanym scenkom przerywnikowym. Nie jest to jednak przygoda zaskakująca swoja złożonością czy zapadająca w pamięć na długo i zdecydowanie na jeden raz, szczególnie, że poziomy są liniowe i nie pozwalają na zbytnią improwizację. Tryb fabularny składa się z trzech aktów, z których każdy skupia się na jednej frakcji – rycerzy, wikingów oraz samurajów, a raczej na konfliktach pomiędzy nimi oraz na tarciach wewnętrznych. Rozpoczynamy od konfliktu rycerzy z wikingami, potem jesteśmy świadkami domowych starć wikingów, których złość szybko przenosi się za morze, do siedzib samurajów, a ostatecznie wcielamy się w dzierżycieli katan, którzy po odparciu wikingów łączą się, aby położyć kres panowaniu rycerstwa. Historia opowiedziana została w osiemnastu rozdziałach i jest w miarę różnorodna – wcielamy się na zmianę we wszystkie klasy bohaterów z danej frakcji, a oprócz walki zadbano o inne atrakcje w postaci obrony tarana, pościgu konnego czy strzelania z ogromnej balisty. Podczas przechodzenia misji zdobywamy poziomy doświadczenia, a te dają nam dostęp do dodatkowych atrybutów w postaci zadawania większych obrażeń czy możliwości regeneracji zdrowia podczas walki. Kampanię ogólnie warto rozegrać na przynajmniej poziomie trudnym, bo daje wtedy należytą frajdę, a podczas pojedynku nasze palce mają szansę się spocić, podobnie jak kierowanemu przez nas wojownikowi w ciężkiej, metalowej zbroi.

Głównym trybem i esencją For Honor jest jednak tryb multiplayer. Walki toczyć można co prawda z lub w asyście sztucznej inteligencji, ale największe emocje budzi rozgrywka z innymi graczami z całego świata. Sieciowe pojedynki toczą się w ramach tzw. Wojny Frakcji, multiplatformowego konfliktu, w którym w ramach walki na rzecz jednej z frakcji przejmujemy dla niej kolejne terytoria na mapie świata. Wojna Frakcji dzieli się na rundy i sezony liczone w tygodniach, po których zakończeniu graczom rozdawane są nagrody w postaci elementów ekwipunku. Przewagę zdobywa się odnosząc zwycięstwa w dostępnych trybach, a za wygrane otrzymuje się także zasoby wojenne, które przydziela się na poszczególne terytoria, aby je podbijać i bronić. Podbite terytorium zmienia się wizualne – pojawiają się na nich choćby nowe sztandary i oznaczenia. Wojna Frakcji jest dodatkiem do właściwej zabawy, ale motywuje, aby rozgrywać kolejne walki i bitwy.

Trybów, w których możemy walczyć jest dość mało, bo tylko cztery, a właściwie trzy – Deathmatch i Dominacja, gdzie ścieramy się czterech na czterech oraz walki jeden na jednego i dwóch na dwóch, czyli Pojedynek oraz Potyczka. O ile zasad tych ostatnich trybów nie trzeba tłumaczyć, tak Deathmatch dostępny jest w dwóch wariantach – albo zdobywania punktów za zabicia albo konieczności wyeliminowania całej drużyny, zaś w Dominacji oprócz ilości upolowanych przeciwników liczy się przejmowanie stref. Nie chodzi jednak wyłącznie o to, aby zdobyć odpowiednią liczbę punktów, gdyż dodatkowo, po przekroczeniu wymaganego tysiąca, należy jeszcze wyeliminować ostatecznie całą przeciwną drużynę, co wcale nie jest takie oczywiste i gdy ci wykażą się sprytem i dopisze im trochę szczęścia mogą odwrócić losy potyczki i pokonać przeważający do tej pory zespół. W Dominacji emocje zapewnione są do samego końca.

Znacznie lepiej pod względem ilościowym prezentują się dostępne do wyboru postacie – jest ich dwanaście i są to ci sami wojownicy, którymi walczymy w trybie dla pojedynczego gracza. W każdej frakcji dostępne są cztery klasy postaci, różniące się stylem rozgrywki – zwyczajni Weterani (Strażnik, Drengr, Kensei), potężni Kolosi (Pogromca, Dróttinn, Shugoki), zwinni Skrytobójcy (Rozjemczyni, Berserk, Orochi) oraz walczące dłuższą bronią Hybrydy (Egzekutor, Walkiria, Nobushi). Oprócz odmiennych ruchów i kombosów, postacie dzierżą także różną broń (miecze, cepy, buzdygany, kije, topory, włócznie, miecze samurajskie) i różnią się statystykami, m. in. siłą ataku, ilością wytrzymałości czy żywotnością. Na statystyki można mięć wpływ poprzez wyposażanie bohaterów w nowe sprzęty, jak napierśniki, naramienniki czy rękojeści mieczy. Nowy osprzęt kupuje się, a kupiony ulepsza za zdobywane podczas gry monety. Ponadto, nie zabrakło także specjalnych pasywnych lub aktywnych zdolności oraz personalizacji, jak kolorowania elementów pancerza, dodawania ozdób na hełm czy malowania symboli, a nowe zdolności czy elementy odblokowuje się za awansowanie na wyższe poziomy reputacji.

System multiplayera jest więc dobrze zaplanowany i rozpisany i zachęca do zabawy. Co ważne, nie ma większego problemu za znajdowaniem chętnych do gry, choć czasem trzeba trochę dłużej poczekać, ale niewiele. Nie uświadczyłem też lagów czy większych błędów, choć kilkukrotnie zdarzyło mi się chwilowe zawieszenie lub całkowite zerwanie połączenia. Niestety, nie wiem czy wynika to z faktu, że serwery przeżywają oblężenie graczy czy po prostu, że wydawca nieodpowiednio się przygotował. A może jedno i drugie…

Od strony graficznej tytuł prezentuje się znakomicie. Wszelkie fortyfikacje, jak zamki, wioski wikingów lub samurajskie klasztory czy zalesione lub ośnieżone lokacje wyglądają bardzo dobrze, jednak najlepiej prezentują się wojownicy, których odwzorowano z dużą szczegółowością i pieczołowitością. Doskonale gra wygląda także w ruchu, a animacje stoją na najwyższym poziomie i doskonale odwzorowują wszelkie machnięcia mieczem czy szarże z tarczą z przodu.

Podsumowanie

For Honor to bardzo udana pozycja, która pozwala przenieść się na średniowieczne pole walki. Powiem wręcz, że opowiadając się po stronie rycerzy i kolorując płaszcz oraz zbroję swojego wojownika na biało-czerwono można poczuć się, oczywiście zachowując odpowiednie proporcje, jak pod Grunwaldem czy podczas oblężenia malborskiego zamku. Najbardziej cieszy fakt, że Ubisoftowi udało się bardzo dobrze odwzorować system pojedynków, który z jednej strony świetnie oddaje rodzaj dzierżonego oręża oraz siłę bohatera, a z drugiej wymaga od gracza umiejętności i uwagi. Warto wskazać również, że o ile kampania dla pojedynczego gracza, na którą twórcy zdecydowali się w późniejszej fazie produkcji gry, wypada nieźle to stanowi raczej samouczek mechanizmów rozgrywki i nie warto dla niej samej kupować For Honor. To opłaca się, jeśli mamy zamiar powalczyć nieco po sieci, szczególnie w bardzo emocjonujących pojedynkach jeden na jednego, choć szkoda, że twórcy nie zdecydowali się na dodanie jeszcze kilku dodatkowych trybów rozgrywki. Znając jednak Ubisoft, nie mam wątpliwości, że to zmieni się w bliższej lub dalszej przyszłości. Słowo HONORU!

Zostaw komentarz

Na tapecie
Crash Bandicoot N. Sane Trilogy