Recenzja „God of War Collection”

Nigdy nie miałem PS2. Od niepamiętnych czasów, zawsze zgrywałem zagorzałego pecetowca. Na ogół udaje mi się przejść z tym do porządku dziennego. Na ogół udaje mi się zapomnieć o wszystkich tych tytułach, które przez to przegapiłem. Jednak Sony Computer Entertainment Santa Monica postanowiło zabawić się w ducha minionych świąt i poprzez skonfrontowanie mnie z God of War Collection wypomnieć mi błędy przeszłości.

Odświeżone wersje dwóch pierwszych odsłon gry o Kratosie, trupio bladym spartańskim wojowniku jawiły się wielu użytkownikom czarnuli jako kąsek bez wątpienia smakowity. W końcu gry o statusie kultowych, do tego ładnie będą się komponowały na półce z nadciągającą częścią trzecią. Wprawdzie w Europie ich premiera została przesunięta o dobrych kilka miesięcy, jednak dla chcącego nic trudnego – również na starym kontynencie można się zaopatrzyć w Kratosa HD. Czy jednak na pewno warto?

Z miejsca odradzam GoW Collection wszystkim, którzy przywykli do poziomu grafiki z Uncharted, bądź też Killzone 2. Początkowe wrażenia estetyczne są porażające, niekoniecznie w sensie pozytywnym. Słabe modele, miejscami drewniana animacja, przyprawiająca o zgrzytanie zębów jakość tekstur i brak jakichkolwiek fajerwerków. Z czasem do tego naturalnie przywykamy, zwłaszcza w GoW II, gdzie oprawa wizualna jest już o niebo lepsza, choć może być to równie dobrze zasługa olbrzymiej ilości zastosowanych filtrów.

Gdy już przestaniemy się krzywić na grafikę, niewątpliwie urzekający okaże się klimat Boga Wojny. Alternatywna interpretacja greckiej mitologii to niewątpliwie coś, z czym nie spotykamy się na co dzień – twórcy ze znanych mitów powyciągali bogów, herosów oraz wszelkiego rodzaju potwory i napisali im całkowicie nową historię – tym razem z Kratosem w roli głównej. I chociaż pewien schemat fabularny powtarza się w obu odsłonach gry, łatwo to wybaczyć – jest epicko, krwawo i hollywoodzko.

Nie zestarzał się również sam pomysł na rozgrywkę – wycinanie w pień hord truposzy, Gorgon i Minotaurów mamy tu na porządku dziennym. Krew sika ze wszystkiego, wokół słychać potępieńcze ryki, a pośrodku całego tego bałaganu stoi Kratos. Może nie być to zbyt skomplikowane, ale jakiej frajdy za to dostarcza! Tym bardziej, że walki, jak i kończące potyczki z bossami quick-time-events wykonane są wręcz miodnie. Groteskowa przemoc zamiast razić, bawi – tego, co Kratos robi z tymi, którzy ośmielą mu się postawić, po prostu nie da się brać na poważnie. A żeby siekanie mięsa nie znudziło nam się zbyt szybko, Duch Sparty niejednokrotnie musiał będzie rozwiązać jakąś zagadkę – i nie oczekujcie, że i tym razem pomoże Wam dziennik Nathana Drake’a, gdyż w God of War samemu trzeba wysilić szare komórki – i to wcale nie tak rzadko.

Długo mógłbym rozwodzić się na temat samych gier, mija się to jednak trochę z celem – w końcu niejednokrotnie zostały one już zrecenzowane przed laty, moim zadaniem jest ocenienie ich nieco odświeżonej wersji. Czy mam więc jakieś zastrzeżenia? Nie ma, jak wiadomo, tworów idealnych i również Bogu Wojny można coś zarzucić, choć będą to raczej błahostki.

Dziwi brak możliwości ustawienia napisów wyświetlanych w cut-scenkach, zdawałoby się, że prosty ten zabieg już od dawna jest standardem w każdej nowej produkcji. Mało jest jakichkolwiek zmian – naturalnie poprawiono rozdzielczość, dodano anty-aliasing, jednak czuć, że panowie z SCE Santa Monica wysilić mogli się trochę bardziej i dorzucić od siebie więcej. Ostrzec również muszę wszystkich, którzy GoW Collection potraktują jak jedną grę i postanowią przejść ją z marszu. Naturalnie jest to możliwe, grozi jednak zmęczeniem materiału – mechanika obydwu części jest niemalże identyczna, a innowacje są praktycznie zerowe – już w okolicach połowy GoW II czułem się nieco przesycony i czasem do grania musiałem się zmuszać.

Nie znaczy to naturalnie, że nie polecam nikomu tej wycieczki do starożytnej Grecji – God of War to seria znakomita, będąca niemałym wyzwaniem na wyższych poziomach trudności i, co najważniejsze, wcale nie nadgryziona zębem czasu. Brak tu jakichkolwiek archaicznych rozwiązań i tak naprawdę jedynie grafika świadczyć może o tym, że zawartość GoW Collection już swoje lata ma. Jeśli więc do tej pory, drogi czytelniku, nie miałeś okazji zapoznać się z bladoskórym Spartiatą, dzwoń do cioci z Ameryki – niech przyśle Ci GoW Collection na Święta!