Recenzja „Gran Turismo 5”

Gry wideo podzielić możemy na kilka odrębnych kategorii. Pomijając przynależność gatunkową, wyróżnić można produkcje w których to gracze odkrywają wszystkie meandry gameplay’u już w pierwszych kilku minutach rozgrywki, a następnie powtarzają jedynie utarty schemat aż do jej końca. Wtedy też do całej zabawy dość szybko wkrada się monotonia, zaczyna wiać nudą, a gracz zastanawia się kiedy wreszcie ukończy daną pozycję w celu zdobycia paru dodatkowych pucharków.

Deweloperzy w ten sposób idą na rękę recenzantom, którzy z powodu braku czasu, wyrabiają sobie opinie na temat konkretnej produkcji w przeciągu pierwszych 15 minut. Kto by sobie zawracał głowę wyciągnięciem z gry ostatnich soków? Liczy się pierwsze wrażenie, prawda? No właśnie niekoniecznie, co pokazuje ostatnia część popularnej serii Gran Turismo. Począwszy od premiery pierwowzoru, Polyphony Digital tworzyło istne system seller’y, dzięki którym kolejne konsole Sony sprzedawały się w ogromnych ilościach, a sama gra zjednała sobie rzesze wyznawców na całym świecie.

Rzeczywistość nie jest jednak różowa o czym boleśnie przekonali się japońscy twórcy. Pierwsze recenzje nowego GT nie napawały optymizmem. Zarzucano deweloperom niedotrzymanie obietnic i opieranie się na sprawdzonych i utartych schematach zastosowanych w poprzedniej odsłonie (a jak jest z Call of Duty? Hipokryci…), a co za tym idzie, bezpodstawne przesuwanie dnia premiery w nieskończoność.

Nie mogłem jednak z marszu skreślić najnowszego dziecka Polyphony Digital kierując się jedynie opinią panów ze znaczną, jak na swój wiek, nadwagą. Po prostu, nie wypada. Ot, taki wewnętrzny kodeks. Kiedy więc w moich łapkach znalazła się promka z odpowiednimi plikami gnałem na złamanie karku, byle jedynie mieć z głowy kilka wyścigów i w zgrabny sposób zabić ostatecznie legendę tej świątującej triumfy na poprzedniczkach Playstation 3 serii…

Ja niemądry, jak ja się bardzo myliłem.

Zawsze zastanawiałem się skąd u Japończyków taka skurpulatność i przywiązanie do, z europejskiego punktu widzenia, błachostek, detali. Feng-shui, mistrzowska precyzja kaligrafi, czy sztuka tworzenia sushi to tylko kilka przykładów czynności ściśle związanych z tradycją i kulturą kraju kwitnącej wiśni.

Detal – słowo klucz oddające powód dla którego deweloping GT 5 trwał ponad 6 lat. Kiedy w domowym zaciszu odpalimy na naszej konsoli tryb, w którym możemy dowolnie fotografować nasze wymarzone autko z klasy Premium, szybko zrozumiemy, co tak naprawdę mieli na uwadze twórcy. Smuga światła przechodząca w poprzek karoserii, śliczne refleksy spowodowane ulicznymi latarniami, połysk przednich świateł mieniących się kolorami żółci i bieli w pełnym słońcu. Nie tylko fan motoryzacji zostanie zauroczony tym widokiem i odda pokłon skośnookim specom pracującym kilka ładnych lat nad czymś co jest ponad fotorealizmem.

Detal docenicie także zasiadając za kółkiem jakiegokolwiek samochodu wybierając przy tym widok z oczu kierowcy. Pięknie rzeźbiona deska rozdzielcza, prędkościomierz, cała elektronika – wszystko to po prostu zapiera dech w piersiach.

Podobnie jak nocna jazda na dowolnie wybranej trasie w strugach padającego deszczu. Odgłos kropel uderzających o asfalt, ryk silników i promienie świateł przebijających się barwnymi strugami przez niesamowite widowisko zaprezentowane nam przez matkę cyfrową naturę.

Stare, ale jare

Oczopląsu dostaniemy jednak dopiero po osiągnięciu odpowiedniego poziomu przez naszego wirtualnego kierowcę, ewentualnie jego podwładnego, startującego z ramienia wykreowanego przez nas w skąpym edytorku awatara. W trybie kariery startować bowiem możemy w kilku rodzajach wyścigów. Na ekranie menu o niesamowicie wręcz tajemniczej nazwie „Moje Centrum GT”, który to stanowi swoisty punkt wypadowy do dalszej zabawy singleplayer, dostępne mamy rozgrywki klasy A-spec, w których sami kierujemy uprzednio zakupionym i poddanym odpowiednim modyfikacjom pojazdem, wyścigi B-spec, gdzie stanowimy szefa teamu rajdowego i za pomocą kilku prostych komend w pewnym stopniu sterujemy poczynaniami naszego rajdowego kompana. Działania naszego milusińskiego zależne są oczywiście od sztucznej inteligencji,o której za chwilkę.

W „Moim Centrum…” odnajdziemy też zakładkę odpowiadającą za sklep z częściami do samochodów, salon, gdzie znajdują się nowe modele aut, giełdę na której odnajdziemy odpowiednio tańsze, używane ich egzemplarze.

Kręgosłup gameplay’u w Gran Turismo drastycznie się nie zmienił i moim zdaniem jest to ewidentna zaleta. Polyphony nie chciało zbytnio eksperymentować z trybami rozgrywki i wprowadzać totalnie niepotrzebnych bajerów. Wciąż można pokusić się o zdobycie jakiejś rajdowej licencji odpowiedniej klasy po rozegraniu kilku wyzwań opierających się na umiejętnej kontroli wirtualnego auta, czy wpaść na szybki trening na wybranej przez nas trasie.

Progresując zarabiamy co i raz większe pieniążki za zwycięstwa w kolejnych wyścigach. Za kaskę kupujemy nowiutkie albo używane samochody, wzbogacając tym samym nasz garaż i wypełniając skrycie ukrywane kolekcjonerskie ambicje. Samochody w ramach postępu poddajemy tuningowi, aby stawać w pojedynkach o większej skali trudności. I w taki oto sposób działa samonapędzające się koło, któe stanowi trzon zabawy w wyścigówkach od zarania dziejów.

Szybko odkrywamy jednak coś specjalnego, dosłownie. Już po pierwszych oficjalnych amatorskich mistrzostwach otrzymujemy dostęp do nowej opcji w „Moim Centrum GT”. Oto stajemy przed możliwością pokierowania najprawdziwszym gokartem lub samochodem NASCAR. Zakładka Specjalne pozwala takża zasmakować życia kierowcy WRC u boku wyśmienitego Sebastiana Loeba, wcielić się w postać biorącą udział w niesamowicie pomysłowych wyzwaniach kierowców serialu Top Gear, czy też na moment stać się testerem pojazdów w siedzibie Mercedesa. Oczywiście, im większy stopień zaawansowania naszego cyfrowego podopiecznego, tym w większej ilości specjalnych wyścigów mamy szansę wziąć udział.

Markowe grabki

Tu też dochodzimy do ważnego aspektu Gran Turismo – ilości licencji, których w tegorocznej edycji jest zatrzęsienie. Począwszy od mnogości różnego rodzaju samochodów, których ponad tysiąc podzielonych jest między kategorie Premium i Standard różniące się jakością wykonania. Zasiędziemy zarówno za kierownicą Mini Coopera, jak i protorypowego auta Toyoty. Dane nam będzie także brać udział w wyścigach popularnych „Ogórków”.

Oczywiście, każdy pojazd poddany może zostać naszej obróbce. Zmienić w nim możemy niemal wszystko, od silnika, przez chłodnicę, po wydech. W systemie tuningu wirtualnego wozu odnajdą się i casuale, którzy nie będą musieli grzebać w ogromie dostępnych opcji, ponieważ sposób w jaki dana część wpływa na silnik pokazany jest bardzo klarownie oraz hardcore’owi gracze, prawdziwi fani motoryzacji, którzy po zakupie odpowiednich części, dzięki którym zmienić możemy wytyczne komputera pokładowego, będą mogli całkowicie oddać się majstrowaniu w bebechach ukochanej „Tojotki”.

Zmiany mogą dotknąć, a jakże, także sfery wizualnej. Można sobie, jak to się mówi, „walnąć spojlerek, zmienić lakierek lub trzepnąć stylową naklejkeczkę”. A to wszystko bardzo ładnie uwidacznia się podczas jazdy.

Twórcy nie próżnowali i większość aut prezentuje się naprawdę okazale. Samochody klasy Premium wyglądają po prostu bajecznie (o wrażeniach przeczytać możecie we wstępie) – gra światła i cieni na karoserii, przywiązanie do najdrobniejszego detalu, czy bardzo dokładne tekstury. Cechy te wyróżniają niektóre auta od pojazdów Standard. Ich wygląd nie doprowadza do palpitacji serca, nie można jednak stwierdzić, że są brzydkie. Ot, poziom produkcji innych deweloperów, czyli coś, co bardziej przypominy dopieszczone i podciągnięte modele z poprzedniej generacji konsol, niż projekt od początku do końca zaplanowany. Obie klasy, pomimo oczywistych, zauważalnych różnic w aparycji, nie są aż tak dramatycznie odmienne i reprezentują sobą naprawdę dobry poziom.

Nie można tego samego, niestety, powiedzieć o trasach. Kilka z nich, jak choćby Monza, ma swoje odpowiedniki w rzeczywistości. Inne są dziełem wyobraźni twórców i zostały zaprojektowane bezpośrednio przez Polyphony Digital. Przejedziemy się także przez centra większych miast świata, oczywiście podziwiając przy tym charakterystyczne dla każdego z nich budowle. O ile większość tras wygląda bardzo dobrze, to niektóre dość wyraźnie odstają poziomem od reszty, zarówno pod względem wykonania technicznego, jak i pomysłu na ich realizację. Pozycje nudne niczym oficjalne orędzia do narodu przeplatają się z emocjonującymi trasami wyścigowymi.

Dodatkowo, razić może otoczenie. Gdzieniegdzie dostrzegalne są ładnie wykonane bryły budynków lub zieleniny, innym razem w tle oczom naszym ukazują się okropnie, płaskie i emanujące swoją brzydotą niczym czerwony tyłek pawiana.

Wracając jeszcze na chwilę do licencji, na uwadze należy mieć także prawo do wykorzystania marki popularnego serialu stacji BBC oraz facjat gwiazd sceny wyścigów samochodowych, czy to rajdów NASCAR, czy WRC.

Jacy przeciwnicy?!

W najrózniejszych grach wyścigowych niezwykle ważne jest zachowanie przeciwników gracza, którzy teoretycznie mają za zadanie jak najbardziej się mu naprzykszyć, aby zmusić go do masterowania własnych umiejętności oraz osiągów auta, w celu uzyskania jak najlepszego rezultatu końcowego.

Elementu tego, jak niemal w każdej edycji wyścigówki od Polyphony Digital, brakuje Gran Turismo. Zacięcie do walki wirtualnych tworów kierowanych przez komputer jest nikłe. Czasem coś przepchną, czasem powalczą, szału jednak nie ma, co niewątpliwie może zasmucić fanów oczekujących drastycznych zmian w tym aspekcie. AI bliżej do polskiej reprezentacji piłkarskiej, niż do gwiazd hiszpańskiej piłki. Pokąsać mogą, ale większej krzywdy raczej nie zrobią.

Bardzo istotne są natomiast warunki pogodowe, oraz sposób w jaki prowadzisz samochód. Jak na najprawdziwszą symulację przystało, inaczej poruszają się auta o odmiennej specyfikacji technicznej. Wszystko bardzo zbliża się do rzeczywistego zachowania samochodów. A jeśli grasz na kierownicy i dodatkowo w trybie 3D (co miałem okazję sprawdzić) różnic w stosunku do realnego świata, jako takich, nie widać. Oczywiście, nie wiem jak to jest prowadzić Zonde F, ale dzięki japończykom, mogę to sobie wyobrazić.

Jak to tradycyjnie w serii Gran Turismo bywa, ponad wszystkie świętości liczy się moment hamowania na zakręcie. Ni mniej, ni więcej niż świetne wyczucie w naciskaniu pedału (!) w samochodzie dzieli gracza od zwycięstwa i porażki.

Świetny system hamowania, tak charakterystyczny dla jednej z najbardziej kasowych marek Sony, jest w wydaniu numer pięć bardziej przystępny dla osób, które wcześniej nie miały z nim styczności. Polyphony Digital w celu wtajemniczenia ich w arkana sztuki hamulcowej zasotosowało poniekąd znany wybieg (mieliśmy z nim styczność chocby w ostatniej grze traktującej o Formule Pierwszej) – wprowadziło opcjonalną linię, która pokazuje graczom, gdzie i kiedy nacisnąć pedał hamowania, a gdzie przyspieszyć i do maksa wykorzystać moc silnika. System ten jest nienachalny i mi osobiście przypadł do gustu.

Czym jest jednak gra w Gran Turismo odpalone na wszystkich wspomagaczach?

Kasowanie metalu

Niemal każdy szanowany i liczący się redaktor zagranicznego serwisu w swojej recenzji musiał zawrzeć krytykę systemu zniszczeń, jaki japończycy zaimplementowali w GT5. Cóż, panowie ci, z całym do nich szacunkiem, najwyraźniej dość powierzchownie podeszli do recenzowania wyżej wymienionej produkcji. Oto bowiem metal gnie się naprawdę widowiskowo, trzeba jedynie odpowiednio daleko zajść w trybie kariery, by odblokować możliwość ujrzenia naprawdę pięknych kraks. Cały Fortel Yamauchi’ego polega właśnie na progresywnym systemie zniszczeń. Wraz z kolejnymi poziomami zdobywanymi przez naszego kierowcę stajemy się świadkami co raz bardziej sugestywnych uszkodzeń karoserii. Nie ograniczają się onie jedynie do tekstur. Co to, to nie. Zastosowany został warstowowy „poziom symulacji zniszczeń” w którym to pojazdu dotykają trzy poziomy uszkodzeń. Każde z nich to obliczona fizyczna deformacja wpływająca na styl jazdy samochodu i jakość poruszania się nim. Naturalnym jest chyba, że pojazd bez drzwi oraz ze zdewastowaną maską jeździ odmiennie od auta całkowicie niedotkniętego żadną skazą.

Ciągniem po kablu

Tryb online dla szesnastu graczy to w serii nowość. W momencie, gdy zdarzyło mi się pisać recenzję, wieloosobową rozgrywkę nękały jeszcze mniejsze, lub większe lagi, więc nie do końca udało mi się racjonalnie podejść do opisu tej kwesti. Po kilku wyścigach mogę stwierdzić, że wygląda to bardzo ciekawie. Nie jest to oczywiście odkrycie na skalę światową. Podobnie działający multiplayer widzieliśmy w setce innych gier. Gracze dołączają do specjalnie utworzonych pokoi, w których panują odgórnie narzucone przez hosta zasady. Ustala on poziom wymagany do dołączenia do wyścigu, specyfikację techniczną auta, którym mamy zamiar się poruszać, no i oczywiście wybiera odpowiadającą mu trasę. Przed startem w zawodach online możemy jeszcze zapoznać się z torem, przed ostateczną konfrontacją dołączając treningu.

Konkurowanie z żywym przeciwnikiem to dodatkowa adrenalina oraz większe wyzwanie od wyścigu z udziałem manekinów z kilkoma skryptami zamiast mózgu. Po paru usprawnieniach, które mają, z tego co deklaruje deweloper, nadejść już niebawiem, będzie to naprawdę mocny punkt programu.

Z pesudo-dziennikarskiego obowiązku wypada mi jeszcze napomknąć o menu głównym, gdzie odnajdziemy tryb „Szybka Gra”, w którym to, oprócz oczywistej opcji „szybkiej gry” dającej nam kontrolę nad dowolnie wybranym samochodem, którym poruszamy się po dowolnie dobranym torze, możemy pojedynkować się wirtualnymi autami z żywym graczem dzierżącym pilota obok nas. Take typu dodatek staje się w dzisiejszych czasach rzadkością, więc uwzględnienie zabawy na wspólnej kanapie cieszy.

Na ekranie startowym odnaleźć można jeszcze jedną zakładkę namaszczoną mianem „GT TV” Wybierając ją otrzymuje dostęp do bazy filmików nazwiązujących w pewien sposób do Gran Turismo. Gracze, po wybraniu odpowiedniej kategorii, uraczeni zostają krótkimi dokumentami o korzeniach i historii poszczególnych „wielkich” europejskich oraz światowych mistrzostw samochodowych. „GT-TV” skierowane jest raczej do prawdziwych fanów motoryzacyjnego sportu. Osobiście nie pociąga mnie tego typu zabawa.

Zapomniałbym wspomnieć o dźwięku. Odgłosy powiązane z torem, czy autami wypadają świetnie i, tak jak gdzieś po drodze wspomniałem, róźnią się w zależności od pojemności silnika i ogólnej charakteryzacji wozu. Gorzej z sountrack’iem, którego tak jakby nie ma… To znaczy jest, jednak żaden z utworów w pamięci na dłużej raczej nie zagości, a niektóre kawałki wręcz odrzucają i utrudniają obcowanie z tytułem od skośnookich.

Czy się stoi, czy się leży…

Geniusz Yamauchiego nie zna jednak granic. Japończyk z premedytacją zastawił pułapkę na zbyt pochopnych w swych ocenach recenzantów i większość prawdziwych smaczków ukrył dopiero dla śmiałków gotowych poświęcić trochę czasu rozgrywce. Im bardziej zagłębiamy się w grę, tym gameplay jest wzbogacany o nowe elementy, które w ostateczności dają mieszankę niesamowicie lekkostrawną, przyjemną dla oka i wciągającą aż do ostatniego wyścigu…

Pomimo kilku mniej lub bardziej irytujących błędów, wynikających z położenia nacisku na inne aspekty rozgrywki, min. wizualne (po raz kolejny odwołam się do wstępu), Polyphony Digital dostarczyło graczom naprawdę świetnego szpila, którym delektować się warto szczególnie teraz, gdy za oknem szaleje śnieg, a pogoda do najprzyjmniejszych nie należy. Ogólną chlapę panującą na dworzu powinny zrekompensować niesamowite widoczki występujące na niektórych trasach w GT5.

Czy Gran Turismo zasługuje na dyszkę? Na to pytanie odpowiedzieć musicie sobie sami, byle by Wasza opinia opierała się na sumiennym sprawdzeniu wszelkich aspektów rozgrywki zaoferowanej nam przez japońskich deweloperów. Gra wciąga i zarywanie przy niej nocek nie powinno być rzadkością. Magia tytułu nie ulotniła się podczas sześciu lat poświęconych na dopracowywanie kilku elementów zabawy. Mimo, iż niektórym nie poświęcono dostatecznej uwagi, Gran Turismo, moim zdaniem, ponownie zasiada na tronie racerów, gdzie będzie rządzić i dzielić jeszcze przez długi czas.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Marvel's Avengers