Recenzja „Grand Theft Auto: Episodes From Liberty City”

Miliardy dolarów nie pomogły. Nieuniknione nastąpiło. Dodatki do jednej z najgłośniejszych gier roku 2008, Grand Theft Auto IV, w końcu udostępnione zostały posiadaczom PlayStation 3. Liberty City. Miasto, które nie bez powodu otrzymało przydomek najgorszego w całej Ameryce. Miasto, w którym rzekomo spełniają się sny. Jako Niko Bellic, imigrant i protagonista Grand Theft Auto IV, mieliśmy już okazję się przekonać, że LC wcale nie musi być krainą mlekiem i miodem płynącą. Jak jednak wygląda to z perspektywy bohaterów dodatków do jednej z najgłośniejszych gier tej dekady – Johnny’ego Klebitza i Luisa Lopeza?

The Lost and Damned

Stare, amerykańskie motocykle, skórzane kurtki, wiatr we włosach i brak poszanowania dla jakichkolwiek zasad – tym scharakteryzować by można bractwo Lost, którego vice-prezesem jest główny bohater, Johnny Klebitz. Podczas nieobecności Billy’ego, pełnoprawnego szefa gangu, Johnny prowadził opierającą się na paktach i sojuszach politykę, która pozwoliła klubowi utrzymać stabilną pozycję na ulicach Liberty. Jednak Billy wraca – i wcale nie spodoba mu się „spokojne” życie, do jakiego przyzwyczaił swoich ludzi nasz protagonista.

The Lost and Damned ukazuje dobrze znane nam z GTA IV miasto i historię z całkowicie nowej perspektywy. Dla Johnny’ego liczą się przede wszystkim jego bracia i honor, jednak doskonale zdaje on sobie sprawę z tego, że czasy świetności Lost już dawno minęły, a w XXI wieku ich bunt jest po prostu śmieszny.

Fabularnie TLAD od samego początku zazębia się z wątkiem Niko Bellica. Do czynienia mamy z niektórymi znanymi już postaciami, również sam Niko kilkukrotnie tu i tam przemyka. Poznajemy więcej detali dotyczących niesławnego wątku diamentów, ale co najważniejsze, poznajemy tragiczną historię gangu Lost. Dawno scenarzyści z Rockstar nie napisali tak przygnębiającego i zarazem klimatycznego scenariusza – wielkie brawa!

Pewnym zmianom uległa strona techniczna gry. Najważniejszą jest niewątpliwie modyfikacja modelu jazdy jednośladów – tak jak Niko ryzykował życiem za każdym razem, gdy tylko się dotykał motocykla, tak Johnny ze swojej maszyny praktycznie nie jest w stanie spaść. Do naszej dyspozycji oddano również zupełnie nowy arsenał. Podczas jazdy motocyklem niejednokrotnie życie uratuje nam sawn-off shotgun, podczas gdy wszyscy entuzjaści walki pozycyjnej, niewątpliwie docenią bomby i pistolet automatyczny.

Większym zmianom nie uległa oprawa graficzna, choć by lepiej oddać klimat gangu motocyklowego, na Liberty nałożony został ziarnisty filtr, a wszystko wokół wydaje się być jeszcze bardziej ponure, niż dotychczas. Skombinowane z nowym, przybrudzonym hudem i nowym fontem, tworzą niezwykłą mieszankę.

The Ballad of Gay Tony

Z brudnych i ponurych zaułków Alderney, TBOGT zabiera nas w bogate kręgi Algonquin. Jako Luis Lopez, współpracownik i ochroniarz klubowej legendy LC, Anthonego „Gay Tony’ego” Prince’a, mamy okazję spojrzeć na miasto nie z perspektywy małego gangstera, a z perspektywy faktycznej elity. Jednak nocne kluby, łatwe panienki i przelewające się litry szampana to tylko jedna strona medalu, gdyż Gay Tony przeżywa poważny kryzys – zarówno finansowy, jak i życiowy, a uporanie się z problemami szefa spocznie naturalnie na barkach Luisa.

Ballada jest już trzecią interpretacją najgorszego miasta Ameryki w uniwersum IV, tym razem jednak Rockstar postawiło na celowe przejaskrawienie – TBOGT aż kipi od akcji, krzykliwych barw (HUD!) i nieprawdopodobnych akcji. Walka z czterema śmigłowcami na szycie wieżowca? Jasne! Kradzież pędzącego wagonu pociągu? Tylko Luis tak potrafi!

Liberty widziane oczyma Luisa bardziej przypomina Vice – jest jasne, radosne i optymistycznie nastrajające. W tajemniczych okolicznościach zniknął również efekt rozmycia obiektów na horyzoncie, czyniąc świat przedstawiony jeszcze ostrzejszym i wyraźniejszym niż przedtem, a cukierkowego obrazu dopełniają jaśniejsze i bardziej bijące po oczach neony i dyskotekowa muzyka, która opanowała połowę stacji w mieście.

TBOGT oferuje nam całą masę nowości, które niewątpliwie szybko zdobędą serce niejednego gracza. Najważniejszą jest niewątpliwie oddanie do dyspozycji gracza spadochronów – tego brakowało wszystkim od czasów San Andreas. Teraz również i Luis może pobawić się w szybowanie po niebie – wrażenia niezapomniane.

Dalszemu rozwojowi uległ także arsenał, choć zdawać by się mogło, że tutaj panowie z Rockstar przedobrzyli. Ciężka broń maszynowa i ładunki C4 to jedno, ale strzelba z wybuchowymi nabojami i wytłumiony karabinek zakrawają już na sprzęt ze space opery, nie opowieści gangsterskiej.

Nie inaczej ma się sprawa nowych pojazdów – potrafiący zrównać z ziemią dosłownie wszystko śmigłowiec bojowy jest jedynie preludium do całej serii abstrakcyjnych wehikułów – oczekujcie również super sportowych bryk, złotej limuzyny i czołgu oddziałów specjalnych. Wszystko to podczas wykonywania misji fabuły…

…A fabuła, co może zdziwić, nieco rozczarowuje. Mimo świetnych postaci i genialnie napisanych dialogów, historia Tony’ego specjalnie nie wzrusza. Może to wina charakteru Luisa, ale ciężko się zżyć z którymkolwiek zleceniodawcą, a misje przypominają mocno przesadzony film akcji – nie raz łapałem się na kręceniu głową widząc, jaki to absurd w kolejnym z rzędu zadaniu panowie z Rockstar dla mnie przygotowali. Ciekawą innowacją jest za to procentowe ocenianie sposobu wykonania misji i danie graczowi możliwości ich powtarzania po ukończeniu fabuły. Chociaż same noty mogą się wydawać zbędne, powtarzanie konkretnych zadań to coś, na co czekaliśmy w GTA od lat.

An open letter to NYC

Mimo wszystkich nowych możliwości, otwarcia klubów i zatrzęsienia wciągających mini-gier, epizody z LC cierpią na kilka bolączek.

Pierwszą jest niewątpliwie ich długość – większość graczy niewątpliwie podchodzi do epizodów po uprzednim ukończeniu GTA IV i dla nich zarówno TLAD jak i TBOGT są niczym więcej, jak tylko mission packami, które ukończyć można w jeden weekend.

Dziwi trochę brak pewnych stacji radiowych znanych z oryginału, zmiana profilu słynnego Vladivostok FM na muzykę dyskotekową, oraz zastąpienie istniejących stacji innymi, grającymi identyczny rodzaj muzyki. Po raz pierwszy w przypadku Grand Theft Auto można stwierdzić, że ścieżka dźwiękowa nieco rozczarowuje – naturalnie wciąż pełna jest wpadających w ucho utworów, to jednak nie to samo, co do tej pory.

Mimo drobnych niedociągnięć i typowego marudzenia fana serii, przyznać trzeba, że nie ma jednak na rynku lepszego DLC, niż epizody uzupełniające ostatnią wielką część Grand Theft Auto. Sposób, w jaki oba łączą się z fabułą podstawowej wersji i możliwości, jakie oferują są naprawdę godne uznania, a wydanie ich w wersji pudełkowej to znakomite posunięcie, które powinno usatysfakcjonować każdego miłośnika płyt, pudełek i plakatów. I chociaż EFLC raczej nie pojawi się w podsumowaniach branżowych roku 2010, nie zmienia to faktu, że dla posiadaczy platform PlayStation 3 i PC to jedna z najważniejszych tegorocznych premier.

Zostaw komentarz