Recenzja „Hellblade: Senua’s Sacrifice”

Prawie równe 10 lat temu, 12 września 2007 roku, włożyłem do swojej konsoli PlayStation 3 płytę z moją pierwszą grą Ninja Theory. Było to Heavenly Sword, przygoda odważnej, rudowłosej Nariko. Dekadę później miałem okazję poznać kolejną historię wykreowaną przez to brytyjskie studio i wraz z Senuą spróbować ukoić jej duszę i pogodzić się ze stratą ukochanego.

Hellblade: Senua’s Sacrifice nie jest bowiem typową opowieścią, w której mierzymy się z dziesiątkami przeciwników, aby na końcu rozprawić się z tym, który zagraża bezpieczeństwu świata. W najnowszej grze od Ninja Theory mierzymy się z umysłem głównej bohaterki i wykreowanymi przez niego urojeniami. Tak naprawdę do samego końca nie wiadomo, czy to co widzimy na ekranie jest w jakiś sposób realne, czy jest to jedynie wymysł Senuy, która wyraźnie cierpi po utracie ukochanego Dilliona. Dziewczyna, chcąc ocalić jego duszę, wyrusza na niezbadane i tajemnicze ziemie ludów północy – wikingów – gdzie mierzy się ich wierzeniami, z nordyckimi bogami, mając nadzieję odnaleźć Helę, władczynię krainy zmarłych, i tym samym jeszcze raz spotkać się z utraconą miłością swojego życia.

W związku z tak ukształtowaną fabułą, Hellblade jest z pewnością grą specyficzną i nietuzinkową. Z jednej strony mamy okazję bardzo dokładnie poznać nordycką mitologię (choć zapewne w innym wymiarze niż w nadchodzącym God of War), a z drugiej obserwujemy rozwój zaburzeń psychicznych nękających protagonistkę. Co trzeba jednak twórcom oddać, świetnie połączyli oba te elementy zaciekawiając gracza na obu tych płaszczyznach i po prostu trudno przerwać grę, nie poznawszy jej zakończenia. Chociażby dlatego, żeby przekonać się czy zwiedzane krainy istnieją naprawdę czy zostały stworzone jedynie w umyśle bohaterki.

Jeśli chodzi o rozgrywkę to Hellblade jest grą „chodzoną”, tzn. poruszamy się wytyczoną przez twórców ścieżką obserwując bohaterkę tuż zza jej pleców. Co jakiś czas słyszymy różne głosy, czy to tajemniczych postaci niezależnych, czy myśli samej bohaterki. Taki zabieg miał na celu utożsamienie się z Senuą i jej tragedią, co bez wątpienia się udało. Gra nie jest jednak wyłącznie spacerkiem, bo oprócz podziwiania jednocześnie pięknych i tragicznych lokacji oraz oglądania dramatycznych scenek przerywnikowych, musimy także trochę pomyśleć i powalczyć. Ten pierwszy aspekt spodobał mi się, ten drugi już tak średnio.

Łamigłówki są pomysłowe. Najczęściej musimy odnaleźć odpowiednie runy, aby odblokować dalsze przejście. Polega to na tym, że posiadamy wzór danego glifu i musimy go dopasować do elementów otoczenia. Nie jest to jednak takie proste, bo choć gra delikatnie nam podpowiada, w którym miejscu powinniśmy szukać, naszym zadaniem jest znalezienie odpowiedniego wzoru, na przykład stworzonego z prześwitujących promieni słonecznych lub spojrzeć należy z konkretnej perspektywy. Innym rodzajem zagadek jest zabawa czasem, tzn. przełączaniem się pomiędzy teraźniejszością lub przeszłością i tym samym otwieranie wcześniej (lub obecnie) niedostępnych przejść albo przechodzenie przez furtki, które rzucają zupełnie inne światło na uformowanie otaczającego terenu. Trzeba pokombinować i to się chwali.

Walka z kolei z jednej strony jest zręcznościowa i widowiskowa, z drugiej nieco irytująca. Polega ona na naciskaniu czterech przycisków – kwadrat i trójkąt to słabszy i mocniejszy atak, R1 to blok a „X” to unik. Kiedy walczymy z jednym przeciwnikiem, których jest kilka rodzajów – słabsi, bardziej zwinni, z tarczą czy z dwoma toporami – wszystko jest w porządku i starcie przysparza emocji, szczególnie, kiedy musimy unikać ciosów wroga. W sytuacji jednak, gdzie przeciwników jest więcej, wkrada się lekki chaos – kamera nie zawsze pokazuje wszystko tak, jak trzeba, poza tym nie zawsze udaje zaatakować się przeciwnika, którego powinniśmy. Dlatego, jak napisałem dwa akapity wyżej, co do starć moje uczucia są mieszane. W grze walczymy także z kilkoma bossami, ale tutaj starcia nie różnią się zbytnio od tych z podstawowymi przeciwnikami, choć „szefowie” – w tym przypadku nordyccy bogowie – potrafią zaskoczyć jakimś niekonwencjonalnym atakiem.

Graficznie gra prezentuje się fantastycznie (rym zamierzony). Lokacje może nie są jakieś zapadające w pamięć, choć nordyckie krajobrazy ogląda się z przyjemnością, a niekiedy są bardzo mroczne. Senua natomiast prezentuje się pięknie – nie tylko jako kobieta, ale przede wszystkim, jako stworzona przez programistów wirtualna postać. Jej animacje, a przede wszystkim emocje, bo to o nie w tej grze chodzi są niesamowicie prawdziwe i oddają to, co czuje ta postać i gracz dzięki temu też to czuje. Ścieżka dźwiękowa – zarówno muzyka, jak i oryginalny dubbing – to także bardzo wysoka liga.

Podsumowanie

Hellblade: Senua’s Sacrifice jest takim tytułem, jakim miał w założeniach być. Prezentuje nam historię pogrążonej w smutku bohaterki, gdzie tak naprawdę nie wiadomo, co jest prawdą, a podłożem pod całą opowieść są nordyckie wierzenia i ludzka rozpacz. Wędrówkę Senuy warto odbyć chociażby z tego względu, że opowiedziana jest w sposób znacznie odmienny od innych produkcji. Pograć też można, bo oprócz chodzenia trzeba nieco pogłówkować i wykazać się zręcznością podczas starć. I pamiętajcie – jeśli sami cierpicie na jakieś zaburzenia psychiczne, gra może nie być dla Was. Przestrzegają o tym sami twórcy.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Okami HD