Recenzja „Kung Fu Rider”

Kung Fu Rider to jedna z propozycji, jaką twórca naszej konsoli wypuszcza na rynek w celu zademonstrowania możliwości kontrolera ruchu. Tylko i wyłącznie. Produkcja pozbawiona jest jakiejkolwiek fabuły, składa się z kilkudziesięciu bardzo podobnie wyglądających poziomów a mechanizm rozgrywki przez wszystkie plansze jest niezmienny. Niekoniecznie musi to być wadą, jednak jak na grę płytową przydałoby się trochę więcej.

Motywem przewodnim rozgrywki jest ucieczka detektywa Tobina oraz jego asystentki Karin (można sobie wybrać postać) przed mafią ulicami Hong Kongu. Ucieczka na tyle niecodzienna, że odbywająca się na charakterystycznych jeżdżących przedmiotach, jak krzesła biurowe, wózek czy koszyk na zakupy. Każdy z pojazdów ma inne parametry (sterowność etc.), jednak podczas samej gry aż tak bardzo tych różnic się nie odczuwa. Sama jazda nie jest oczywiście sielankowa, bo na uciekającą parę czeka sporo przeszkód – oprócz kilku rodzajów gangsterów, trzeba również uważać na jadące samochody, przechodniów z drabinami czy walające się pudła i kramy. Zadaniem gracza jest dotarcie z pozycji startowej (głównie jedzie się w dół, ale są też płaskie fragmenty) do wozu transmisyjnego. Dodatkowe utrudnienia to uciekający czas (2-3 minuty) oraz wytrzymałość postaci, która kurczy się wraz z kolejnymi kolizjami. Po drodze zbiera się też kasę, która na koniec jest podliczana i wraz z punktami za styl jazdy daje końcową rangę.

Jeśli chodzi o sterowanie, odbywa się ono za pomocą Move – co chyba wiecie. Na jakość tegoż sterowania nie mogę narzekać, bo grało mi się naprawdę przyjemnie, nawet pomimo tego, że gra nie zawsze odczytała moje ruchy tak jakbym chciał, nie było to jednak częste. Ruchy zaprogramowano intuicyjnie, co jest ważne, bo akcja w pewnym momentach jest tak szybka, że ma czasu na myślenie – ogólnie rzecz biorąc, na ekranie potrafi dziać się sporo. Wracając jednak do wspomnianej intuicyjności: potrząśnięcie kontrolerem to odepchnięcie się nogami i rozpędzenie pojazdu, ruch pionowy do góry to skok, natomiast wypchnięcie kontrolera przed siebie to dopalacz, do tego dochodzą przyciski odpowiedzialne za odchylenie się do tyłu, ciosy kung fu (skuteczne na gangsterów), szybki przeskok w bok czy gridowanie (trzeba najpierw wskoczyć na barierkę). Zmiana kierunku jazdy to oczywiście przechylenie kontrolera, jednak tutaj mam wrażenie, że postać reaguje z lekkim opóźnieniem i trochę topornie.

Wtrącę też kilka zdań o poziomach, bo to one tworzą w dużym stopniu trzon rozgrywki. Tych jest kilka (różne kombinacje dają w sumie 26 plansz), dalsze są dosyć rozbudowane, tzn. można je przechodzić wybierając różne trasy, które ostatecznie się łączą, aby doprowadzić gracza do mety. Co ważne, na każdej z planszy jest co do roboty: mnóstwo wyskoczni, barierek do grindowania, balkonów, czasem trzeba przeskoczyć nadjeżdżający samochód lub przejechać odchylonym pod rusztowaniem. Jest w czym wybierać, choć szkoda, że przeszkody i elementy infrastruktury miejskiej cały czas są takie same, wraz z postępem jest ich po prostu coraz więcej.

Szaleńcza jazda po Hong Kongu jest grą fajną, szybką i dostarczającą sporo frajdy, choćby za sprawą samego faktu sterowania kontrolerem ruchu. Posiada jednak swoje bolączki: wspomniane przeze mnie sporadyczne złe przeniesienie ruchów na ekran czy małe urozmaicenie rozgrywki i plansz, przez co wraz postępami w rozgrywce staje się coraz bardziej nużąca. Ot, pozycja w sam raz na pierwszy kontakt z Movem i poznanie jego możliwości, choć na razie zdecydowanie za droga.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Star Wars Jedi: Upadły zakon