Recenzja „Lollipop Chainsaw”

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Lollipop Chainsaw w akcji – a było to na zeszłorocznych targach gamescom – gra wydała się dość śmieszna. Bo jak mogłoby być inaczej, kiedy na ekranie zobaczyłem słodką blondyneczkę z piłą mechaniczną w dłoniach, z gadająca głową przyczepioną do kusej spódniczki oraz hordę głupich zombiaków, z których po rozcięciu zamiast flaków wyskakują gwiazdki oraz tęczowe barwy? No właśnie. Po ukończeniu tytułu wstyd mi jednak, że wtedy wyśmiałem Lollipop Chainsaw, bo tytuł jest tym, co w grach najważniejsze – nie znajdziemy tu przekleństw w co drugim słowie czy tysięcy kul wystrzeliwanych w opancerzony przeciwników, a odczujemy niczym nieskrępowaną przyjemność z rozgrywki. Po prostu czysty fun!

Główną bohaterką produkcji autorstwa Grasshopper Manufacture (ze znanym Goichi Sudą w składzie) jest urocza Juliet Starling, uczennica amerykańskiego liceum. Ta obdarzona przez naturę dziewczyna skrywa pewien sekret – wywodzi się z rodziny, która zajmuje się polowaniem na nieumarłych. Nie wie o tym nawet jej chłopak, jednak szybko zostaje w tej kwestii uświadomiony. Po zarażeniu przez zombiaka, jedynym ratunkiem dla chłopaka była dekapitacja dokonana przez Juliet. Choć Nick stracił ciało, pozytywu tej sytuacji należy doszukiwać w fakcie, że znajdował się ciągle w pobliżu swojej ukochanej, będąc przyczepionym w okolicach jej… pupy. Podczas rozgrywki nie raz słyszymy zabawne dialogi pomiędzy tą oryginalną parą – na przykład w pewnym momencie Juliet stwierdza, że cieszy się, ponieważ Nick oglądać będzie filmy w kinie za darmo, gdyż dziewczyna przemyci jego głowę w swojej torebce.

Spytacie pewnie dlaczego w ogóle doszło do najazdu zombiaków na spokojne do tej pory miasteczko? Doprowadził do tego jeden z kolegów z klasy Juliet, do pomocy przyzywając gwiazdy rocka. Historia brzmi więc dość szaleńczo i taka jest, ale równocześnie jest zabawna, sporo w niej żartów sytuacyjnych oraz niezłych dialogów i postaci – m. in. dwie siostry Juliet czy ulubiony nauczyciel bohaterki, będący parodią japońskiego senseia. Znalazło się również miejsce dla trochę głębszych emocji, do których bohaterka jest jak najbardziej zdolna – tylko na pierwszy rzut oka można wydaje się bowiem plastikową lalą, a po głębszym poznaniu można się nawet z Juliet utożsamić. Oczywiście, historia Lollipop Chainsaw nie jest ani epicka ani taka, że zapada na długo w pamięci, jednak z pewnością jest oryginalna a irracjonalność należy zapisać tylko na plus.

Po rozpoczęciu rozgrywki, na myśl od razu nasunęły mi się niegdyś popularne automaty do gier – jest ona bowiem w podobny sposób skonstruowana. Przechodzimy kolejne lokacje masakrując zastępy przeciwników, na końcu każdej czeka walka z bossem, zaś śmierć oznacza konieczność rozpoczęcia od ostatniego checkpointu, czyli – de facto – wrzucenie nowego żetonu. Nawet wybór następnej planszy odbywa się na swoistej mapie miasta, gdzie poczynając od parkingu szkolnego, dalej zwiedzamy samą szkołę, farmę czy centrum rozrywki.

Ogólnie lokacji jest siedem, włącznie z prologiem, a przejście wszystkich zajmuje około pięciu godzin. Nie jest to może czas bardzo długi, jednak po ukończeniu fabuły ma ochotę się do gry powrócić, choćby w celu pobicia rekordów w trybie rankingowym, pozdobywania pucharków czy po prostu… popatrzenia na cyck… No.

Schemat rozgrywki jest prosty. Jako Juliet – która w swojej szkole była cheerleaderką – do walki używamy jej akrobatycznych umiejętności, które w połączeniu z piłą łańcuchową dają zabójczy efekt. W grze jest sporo kombosów, a ich listę poszerza się w specjalnych punktach sklepowych rozlokowanych na kolejnych planszach (oczywiście nie mogło zabraknąć komentarzy Juliet na temat zakupów w internecie). Walutą są złote i platynowe monety zbierane podczas rozgrywki – zarówno te znajdowane jak i te otrzymywane za zabijanie przeciwników (najwięcej wpada kiedy uda nam się przeciąć trzech i więcej zombiaków jednocześnie). Ponadto, sklep oferuje także inny asortyment – m. in. przedmioty zwiększające statystyki bohaterki (siłę czy zdrowie) oraz dodatki, jak nowe stroje, kawałki muzyczne lub grafiki koncepcyjne.

Poza piłą, bohaterka może używać pomponów – nie zadają one tak dużych obrażeń wrogom, jednakże mogą ich ogłuszyć. W późniejszej fazie rozgrywki Juliet dostaje jeszcze jedną broń – swoisty rodzaj strzelby, który przydaje się nie tylko w zwarciach, ale również przy destrukcji elementów otoczenia w zaplanowanych momentach – można obruszyć sporej wielkości głaz czy strącić helikopter. Natomiast Nick nie jest tylko ozdobą do kusych spódniczek Juliet – zdobywając specjalny bilet można uaktywnić coś na wzór jednorękiego bandyty z różnymi umiejętnościami chłopaka: głowę można wystrzelić, kręcić nią dookoła czy zamienić w skarbonkę wypluwającą momenty. A to jeszcze nie wszystko – czasem chłopaka można połączyć z korpusem zombiaka i użyć jako pomocy w utorowaniu sobie przejścia czy dostania się na wyżej położoną platformę. Sterowanie odbywa się z wykorzystaniem sekwencji QTE. Ogólnie rzecz biorąc, fragmentów z wciskaniem przycisków wyskakujących na ekranie jest nieco więcej – wykorzystano je między innymi przy efektownych skokach czy rozcinaniu drzwi.

Pozytywnie zaskoczyła mnie też różnorodność rozgrywki, jednak to akurat cecha gier Sudy. Oprócz standardowej, slasherowo-platformowej rozgrywki, bierzemy udział w szeregu zwariowanych minigierek. Żeby nie zepsuć elementu zaskoczenia podam jako przykład grę w koszykówkę z wykorzystaniem głów zabitych zombiaków czy rozjeżdżanie nieumarłych kombajnem po polu. To naprawdę przyjemne urozmaicenie, a co najważniejsze – gierki nie dublują się i każda idealnie komponuje się ze zwariowaną konwencją Lollipop Chainsaw.

Warto wspomnieć też o samych zombiakach, gdyż tytuł posiada naprawdę szeroki bestiariusz. Mierzymy się zarówno z typowym mięsem armatnim, jak i większymi przeciwnikami z rodzaju nieumarłych graczy futbolu amerykańskiego, uzbrojonych w broń palną policjantów czy nauczyciela matematyki, na którym Juliet ma w końcu szansę się zemścić za złe oceny. Co ciekawe, w zależności od lokacji zombiaki różnią się wyglądem. Kwintesencją są jednak bossowie – stylizowani na fanów ciężkich brzmień. Każdy z nich posiada charakterystyczne dla siebie cechy czy ataki, jednak kończą w ten sam sposób – przez kilkukrotne rozcięcie wzdłuż i wszerz. Co powiecie na przeciwnika atakującego literami z wykrzykiwanych słów czy jeżdżącego na motorze zmieniającego kształt jak bohaterowie filmu Transformers?

W ogólności rozgrywka sprawia naprawdę dużą frajdę i nie czułem nudy, mało tego – żałowałem, że w grze nie znalazło się jeszcze kilka plansz. Nie zabrakło niestety wad: z najpoważniejszych zarzutów wymienić należy ograniczenia techniczne w postaci niewidzialnych ścian (nawet dotykając płomieni wygląda to jakbyśmy napotkali mur), zawodzi też czasem sztuczna inteligencja przeciwników, którzy stoją jak kołki, zaś kamera lubi się pogubić i utrudnić przegląd sytuacji.

Zwolennicy fajerwerków graficznych również nie mają czego w Lollipop Chainsaw szukać. Gra wygląda przeciętnie, zarówno jeśli chodzi o elementy otoczenia czy postacie, które dodatkowo ruszają się nie do końca płynnie. Nie twierdzę, że gra jest brzydka czy że wygląda jak z PS2 – jest kolorowo, styl oprawy to taki miks komiksów i anime i widać, że postawiono przede wszystkim na fun niż tworzenie super szczegółowych tekstur. Poza tym, naprawdę ciężko czepiać się oprawy, kiedy trudno zwrócić na nią uwagę poprzez ciągłą obecność Juliet na środku ekranu ;-) Natomiast jeśli chodzi o dźwięk jest on świetny – angielskie głosy dopasowano bardzo dobrze, ścieżka dźwiękowa pasuje do zwariowanego klimatu, usłyszeć możemy kilka popularnych kawałków, zaś utwór Lollipop naprawdę nastraja pozytywnie. Posłuchajcie zresztą sami:

Podsumowanie

Lollipop Chainsaw to tytuł w pewnym sensie wyjątkowy. Tytuł, który pozwala na kilka godzin oderwać się od zalewających nas gier akcji o poważnym klimacie i po prostu zagłębić się w rozgrywkę, która dostarcza masę zwariowanej zabawy z uroczą bohaterką w roli głównej. Jeśli nie odstrasza Was połączenie zombiaków z kolorami tęczy z pewnością powinniście się tą grą zainteresować, szczególnie, że produkcja skrywa o wiele więcej wartości niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Lollipop przypomniał mi jak to jest się po prostu świetnie bawić z padem przed telewizorem, nie przejmując się szukaniem odpowiedniej odsłony czy ilością fragów. Słodko!

Zostaw komentarz