Recenzja „Lords of the Fallen”

Seria Souls, która zdobyła sporą popularność na poprzedniej generacji konsol, to na pewno nie gry dla każdego – stanowią wyzwanie, a niektóre potyczki wymagają naprawdę sporej cierpliwości. Gry od From Software stawiają przede wszystkim na umiejętności gracza, jego refleks czy dobór odpowiedniej taktyki kosztem szybkiej akcji, widowiskowości czy godzin scenek przerywnikowych.

Problemem jest to, że gier tego typu jest naprawdę mało – czyli gier akcji-RPG, gdzie podczas przechodzenia nieraz można użyć niecenzuralnych słów, ale z drugiej strony dających niesamowitą satysfakcję, kiedy za dziesiątą próbą uda się ubić bossa. Tę niszę postanowiło wykorzystać polskie CI Games (dawne City Interactive) wraz z niemieckim studiem Deck13 Interactive i stworzyło Lords of The Fallen – europejską wersję serii Souls. Czy równie dobrą?

Przede wszystkim nie mam zamiaru porównywać Lorda do serii From Software. Trzeba mimo to zaznaczyć, że gry mają ten sam kręgosłup i bez wątpienia deweloperzy wzorowali się na serii Soulsów, o czym świadczy kilka rozwiązań w rozgrywce czy praktycznie identyczne obłożenie przycisków na padzie. Oprócz podobieństw, występują jednak też różnice, przede wszystkim Lords of the Fallen ma swój unikalny klimat.

Akcja gry dzieje się gdzieś wśród ośnieżonych szczytów, a podczas przeprawy odwiedzamy standardowe lokacje dla nieco mroczniejszych erpegów – czyli zamkowe lub klasztorne korytarze, wielkie sale, piwnice, cmentarz, lochy, wszystko oczywiście odpowiednio brudne i podniszczone. Głównym bohaterem jest Harkyn, osobnik potępiony przez społeczeństwo za swoje czyny, z symbolami wyrytymi na twarzy i mającymi odzwierciedlać jego grzechy. Pomimo mrocznej przeszłości, Harkyn okazuje się niezbędny, aby przepędzić Upadłego Boga i jego armię demonicznych Rhogarów. Resztę historii wyznaczają już nasze czyny. Po drodze spotkać można kilka postaci pobocznych, ale dialogi są proste i miałkie, a otrzymywane zadania poboczne rozwiązują się praktycznie same podczas przechodzenia gry – po drodze napotykamy szukany przedmiot czy docieramy do wskazanego miejsca. Najwięcej ze świata gry poznajemy z porozrzucanych notatek, które po znalezieniu czytane są w tle, a zawsze z ich treścią można zapoznać się z menu gry. Jeśli jednak traktować fabułę opowiedzianą w Lords of the Fallen jako całość to nie można nazwać jej epicką czy niezapomnianą, a raczej prostą, gdzie jedynie zakończenie może być lekko zaskakujące. Brniemy do przodu, tłukąc kolejnych, napotkanych bossów, a wszystko po to, aby uratować ludzi. Jednak tak po prawdzie nie jest istotne po co bossów tłuczemy, tylko w jaki sposób to robimy.

Najistotniejszą cechą Lords of the Fallen jest bowiem rozgrywka oraz satysfakcja z niej płynąca. To coś, co motywuje nas do dziesiątego ubicia tego samego przeciwnika, którzy po naszym zgonie się odradzają. W Soulsach takiego impulsu nie brakowało i na szczęście nie brakuje go także w polsko-niemieckiej produkcji. Mechanika walki polega na poznaniu ciosów wyprowadzanych przez przeciwników, unikaniu/blokowaniu ich, a następnie wyprowadzeniu celnego ciosu zadającego obrażenia. Rodzajów wrogów jest kilkanaście: od zwykłych, powolnych i ślepych przeciwników zaczynając, przez lepiej uzbrojonych, posiadających tarczę rycerzy, kuszników, pająki plujące trucizną czy magów, a na olbrzymich, kilkunożnych bestiach czy tytanach kończąc. Z tytanami jest zresztą o tyle fajny patent, że zanim się takiego zabije trzeba zniszczyć specjalną wazę i zabrać z niej jego serce.

Każdy z przeciwników ma swój unikalny zestaw ruchów, a walka z kilkoma na raz nie kończy się na ogół dobrze. Śmierć oznacza cofnięcie nas do ostatniego checkpointu – który stanowią rozżarzone na czerwono kryształy lub wyjście z ostatniej lokacji – i konieczność pobiegnięcia w miejsce śmierci, aby odzyskać zalegające tam dusze, które pełnią rolę punktów doświadczenia. Dusze leżą w miejscu śmierci tylko przez określony czas lub do momentu ponownej śmierci. O ile oczywiście strata pięciuset dusz nie jest bolesna, tak jeśli istnieje ryzyko utraty 10 tysięcy to lepiej czym prędzej je odebrać i nie dać po drodze się zabić. Dusze pozyskuje się z zabijanych wrogów lub wykonywanych zadań, a przeznacza się na ulepszanie statystyk lub magii we wspomnianych checkpointach. Statystyki są podstawowe: m. in. siła odpowiedzialna za zadawane obrażenia i udźwig, wytrzymałość wpływająca na ilość staminy czy witalność warunkująca poziom zdrowia. Jeśli natomiast chodzi o magię to postać posiada cztery zaklęcia, różne w zależności od zestawu wybranego na początku rozgrywki. Jeden zestaw jest bardziej ofensywny, drugi defensywny, trzeci pomagający działać nieco z ukrycia i zaskoczenia. Dzięki magii można stworzyć fałszywego siebie, aby odwrócić uwagę przeciwnika, mieć nielimitowaną staminę przez jakiś czas, ukryć się na chwilę lub po prostu zaatakować. Czary można ulepszać, a pasek many zwiększa się inwestując w wiarę – niektóre zaklęcia potrafią przydać się w walce. Jedyny mankament to zmiana zaklęcia i jego użycie pod jednym przyciskiem, co czasem skutkowało tym, że użyłem nie tego zaklęcia co trzeba. Wydawać się może, że cztery zaklęcia to mało, ale gwarantuję Wam, że tego się nie odczuwa i ilość ta w zupełności wystarczy.

Na początku rozgrywki, oprócz wyboru ścieżki magii, wybiera się także początkowy ekwipunek – ciężki dla wojownika, lekki dla łotrzyka i taki pomiędzy dla kapłana. Poza ekwipunkiem, nieco inaczej rozłożone są także początkowe statystyki, ale nie ma to aż takiego znaczenia. Statystyki można dowolnie zmieniać, a w późniejszej fazie gry nawet jednorazowo wyzerować i punkty rozłożyć ponownie i np. z początkowego zwinnego łotrzyka walczącego dwoma mieczami zrobić wojownika z ciężką zbroją i wielkim mieczem. Zresztą gra takim wojownikiem jest nieco łatwiejsza niż wspomnianym łotrzykiem. Łotrzyk posiada lekką zbroję, a tym samym jest bardziej podatny na obrażenia i szybciej traci zdrowie, dlatego musi robić przewroty z odpowiednim timingiem. Grając wojownikiem takie wyczucie nie jest aż tak potrzebne, bo nieraz wystarczy blok tarczą i wyprowadzenie kontry. Choć w grze nie ma wyboru poziomu trudności jako takiego, można podnieść sobie poprzeczkę wybierając konkretny styl gry – np. grając z lekkim ekwipunkiem i nie używając czarów.

Po drodze zbiera się sporo ekwipunku. Znaleźć można nowe zbroje, rękawice, buty czy hełmy – jest ich naprawdę sporo, a niektóre wyposażenie łączy się w całe zestawy, które można ubierać wciskając jeden przycisk. Części pancerza różnią się ilością punktów obrony i wagą, natomiast oręż ilością zadawanych obrażeń. Aby używać poszczególnej broni należy posiadać odpowiednią ilość punktów siły lub zręczności, w innym wypadku dany oręż będzie o wiele słabszy. Do wyboru są miecze krótkie, długie, topory, młoty czy kije, różniące się wyglądem oraz rodzajem zadawanych obrażeń (fizyczne, od ognia, od magii etc.). Broń można dodatkowo ulepszać specjalnymi runami. Każdą z broni należy dostosować do stylu walki – lekki oręż zadaje szybsze, ale słabsze obrażenia, cięższy jest powolny, ale bardziej rani przeciwnika. W Lords of the Fallen zabrakło natomiast łuków czy kusz – zamiast tego strzelać można ze specjalnej rękawicy, która korzysta z paska many.

Na koniec zostawiłem sobie temat bossów, czyli najsilniejszych przeciwników, których trzeba pokonać, aby pchnąć fabułę do przodu. W tym przypadku są to tzw. Lordowie, przywódcy Rhogarów. Niestety, ale trochę mnie zawiedli, przede wszystkim, jeśli chodzi o trudność ich pokonania, ale także o różnorodność. Duża część z nich dzierżyła po prostu broń i tarczę, choć znalazło się kilka wyjątków. Natomiast jeśli chodzi o walkę z nimi to – z ręką na sercu – problem miałem tylko przy jednym przeciwniku. Z resztą poradziłem sobie maksymalnie za drugim podejściem – ich ciosy były niezaskakujące, proste do ominięcia lub parowania i zadające niewielkie obrażenia, co w połączeniu z kilkom miksturami leczącymi w ekwipunku czyniły starcia niewymagającymi (a przynajmniej: zbyt mało wymagającymi). Na uwagę zasługuje patent podzielenia paska zdrowia bossa na kilka segmentów – wraz z walką wygląd bossa ulega zmianie, a tym samym jego ciosy.

Od strony graficznej tytuł prezentuje się ładnie, choć animacja potrafi czasem nieznacznie zwolnić – ale tylko nieznacznie i na ułamek sekundy. Świat ma swój charakterystyczny design, a szczegółowość i różnorodność wyglądu części ekwipunku zasługuje na pochwałę. Oczarowała mnie muzyka – czy to ta przygrywająca w menu, czy podczas walk z bossami – jest naprawdę epicka. Co jednak boli najbardziej to strona techniczna produkcji, a mianowicie występujące błędy, które przytrafiają się zbyt często – grze zabrakło kilku dni porządnych testów. Tekstury przez siebie przenikają, modele obiektów są niekiedy niewidoczne, postacie przeciwników potrafią zniknąć i odrodzić się kilkanaście metrów dalej, a czasem po prostu dostają paraliżu. Zdarzyło mi się też, że gra nie reagowała na wciskanie przycisków, a niektórzy gracze skarżyli się na forach internetowych, że produkcja zawieszała się całkowicie i jedynym wyjściem był restart konsoli. Poza tym występują problemy z dźwiękiem, który zanika oraz z kamerą, której zdarza się szaleć w ciasnych korytarzach, a takie przemierzamy często. Oczywiście, nie są to problemy, które występują non-stop, a tym bardziej, które uniemożliwiają grę, ale występują na tyle często, że można jest dostrzec.

Podsumowanie

Lords of the Fallen to bardzo udana produkcja w „soulsowych” klimatach i fani serii od From Software na pewno będą zadowoleni z rozgrywki – potrafi ona wciągnąć i dostarczyć masę satysfakcji po udanych pojedynkach. Szkoda tylko, że Lordsy to produkcja na jeden raz – choć w grze jest opcja New Game + to nie ma ona zbytnio sensu, ponieważ nowości podczas ponownego przejścia nie ma, a postać jest tak potężna (ekwipunek i statystyki zostają), że przeciwnicy nie stanowią żadnego wyzwania. Przy pierwszym podejściu jednak gra stanowi wyzwanie i jest godna polecenia zarówno dla zwolenników Soulsów jak i osób, których ta seria w jakiś sposób zraziła i chciałyby jeszcze raz spróbować zagrać w wymagającego erpega – dla jednych nie będzie zbyt łatwa, a dla drugich zbyt trudna.

Zostaw komentarz

Na tapecie
DOOM Eternal