Recenzja „Mass Effect Andromeda”

Od rozstania z Shepardem minęło ledwie pięć lat, jednak w galaktyce czas płynie nieco szybciej. Od wydarzeń, których świadkami byliśmy w Mass Effect 3 upłynęło bowiem aż sześć wieków, podczas których zahibernowana ludzkość – a także inne rasy – dryfowała w przestrzeni kosmicznej w specjalnych arkach w poszukiwaniu nowego miejsca do życia po tym, co spotkało Ziemię i całą Drogę Mleczną. I w końcu znalazła… a przynajmniej tak się na pierwszy rzut oka wydawało.

Licząca kilkadziesiąt tysięcy istot żywych ekspedycja trafiła w końcu do galaktyki Andromedy, gdzie miała osiedlić się na planecie nazwanej roboczo Habitat-7. Szybko okazało się jednak, że planeta nie jest takim rajem, jak przypuszczano i czym prędzej trzeba się z niej ewakuować i kontynuować poszukiwania. Na domiar złego we wszystko wtrąca się nieznana, wroga rasa – kettowie, a Pionier ludzi, czyli ich przywódca, niespodziewanie ginie. Ostatnia nadzieja w nas…

Gracz wciela się w Scotta lub Sarę Ryder, jedno z dzieci Pioniera. Na ich barkach spoczywa niezwykle trudne zadanie – odnalezienie zdatnej do życia planety i zakończenie 600-letniej tułaczki, przeciwstawienie się naprzykrzającym się kettom i uniknięcie międzyrasowym konfliktom. Wiąże się to z wyborami moralnymi, które w kluczowych momentach fabularnych podejmować musi gracz, ale odniosłem wrażenie, że nie mają one aż tak wielkiego znaczenia i wpływu na historię, jak w oryginalnej trylogii. Owszem, wybór zwykle opiera się na zdecydowaniu się na sodomę albo gomorę, jednak zabrakło mi jakichś poważniejszych konsekwencji naszych decyzji.

Po Andromedzie, a raczej jednej z jej części – Heliosie – przemieszczamy się na pokładzie statku Tempest. Latają z nami członkowie załogi oraz kilku towarzyszy, których możemy zabierać na misje, tak jak w poprzednich odsłonach. Nie spotkamy jednak starych znajomych, ale ci nowi są godnymi zastępcami. Oprócz ludzi – Liama i Cory – w skład ekipy wchodzą m. in. zadziorna i bezpośrednia asarianka Peebee, odważny i twardy kroganin Drack, turianka Vetra, a także przedstawiciel rasy zamieszkującej Andromedę – angar Jaal. Każda z postaci, poza unikalnymi dla siebie umiejętnościami i specjalizacjami, posiada także swoją historię, którą odkrywamy krok po kroku poprzez zaliczanie poszczególnych misji lojalnościowych. Nie zabrakło także możliwości wchodzenia w głębsze relacje z kompanami, co warto robić, chociażby dla ostatniej, stanowiącej wisienkę na torcie, sceny wieńczącej romans.

Punktem wypadowym, z którego wyruszamy na eksplorację galaktyki jest Nexus, czyli międzyrasowa stacja kosmiczna, odpowiednik Cytadeli. Do odwiedzenia czeka ponad setka planet, jednak zdecydowaną większość z nich możemy obejrzeć wyłącznie z daleka, dowiedzieć się nieco o ich strukturze lub wysłać sondę, aby wydobyć nieco minerałów. Tych, na których można wylądować jest zaledwie kilka, ale skala, w jakiej możemy je zwiedzać jest znacznie większa niż w pierwszych trzech częściach. Jak zapewne pamiętacie, w Mass Effect 1-3 lądowanie na jakiejś planecie oznaczało rozpoczęcie korytarzowej misji lub ewentualnie możliwość pobiegania po pół-otwartej lokacji. W Andromedzie naturalnie nie zabrakło tego typu rozwiązań, jednak dodano do tego iście otwarte przestrzenie. Całkiem swobodnie zwiedzać możemy pięć planet, na których jest naprawdę sporo do roboty – poczynając od kilkunastu zadań pobocznych na każdej z nich, a na otwieraniu wartościowych skrzyń czy odwiedzaniu tajemniczych miejsc kończąc. Szkoda jedynie, że dużo zdań pobocznych polega po prostu na pojechaniu w jakieś miejsce i porozmawianiu z kimś/przeskanowaniu jakiegoś obiektu skanerem, pojechaniu w kolejne miejsce i znów porozmawianiu/przeskanowaniu. Część misji jest naprawdę ciekawa, złożona i wnosząca coś nowego do historii czy konstrukcji świata, ale część jest po prostu niepotrzebna i zapycha tylko dziennik.

W każdym razie, przemierzanie planet na nogach trwałoby wiele, wiele godzin – nawet pomimo, że bohater wyposażony jest w pakiet skokowy – w związku z czym twórcy dodali do gry Nomada, sześciokołowy pojazd, który, po pierwsze, świetnie radzi sobie z pokonywaniem różnego rodzaju powierzchni, a – po drugie – chroni przed groźnymi warunkami atmosferycznymi panującymi na planetach. Na piaszczystym Eos występuje niebezpieczne dla życia promieniowanie, ma mroźnej Voeld panują temperatury w granicach -60 stopnie Celsjusza, zaś na opanowanej przez wyrzutków z Nexusa ludzi występują niezwykle kwaśne wody, które momentalnie przeżerają każdy pancerz. Szybko okazuje się jednak, że te wszystkie niegodności nie są do końca naturalne, a spowodowane pradawną technologią Porzuconych, przedwiecznej, niezwykle zaawansowanej technologicznie cywilizacji. Jest to kolejna zagadka, z którą musi zmierzyć się Pionier, a – co ciekawe – dostęp do urządzeń Porzuconych, które odnajdujemy w dużej mierze w rozlokowanych na planetach kryptach, odbywa się poprzez rozwiązanie logicznej zagadki wzorowanej na popularnej łamigłówce sudoku.

Nie jednak samym rozwiązywaniem sudoku Pionier żyje, a planety kolonizuje się w nieco inny sposób – głównie przy użyciu siły. Sekcje strzelankowe są świetnie zaprojektowane i niezwykle dynamiczne. Do dyspozycji gracza oddano kilka rodzajów broni – pistolety, strzelby, karabiny szturmowe oraz snajperki – a także wiele różnych umiejętności podzielonych na trzy drzewka – walki, biotyki i technologii. Rzucać można potężnymi granatami, turbodoładowywać swoje pociski, używać mocy niczym z Gwiezdnych Wojen czy podpalać lub zamrażać przeciwników. Przeróżnych zdolności jest kilkanaście, są niezwykle widowiskowe, a tego można je łączyć tworząc potężne kombinacje. W zależności od tego, w które drzewko chcemy inwestować swoje punkty umiejętności, profilujemy swoją postać pod konkretny styl walki, czyniąc go jeszcze bardziej skutecznym. Dorzucając do tego odpowiedni pancerz, który możemy wcześniej wytworzyć odpowiednio go przy tym usprawniając, można stworzyć naprawdę potężną postać, która w pewnym momencie czyni prawdziwy postrach wśród spotykanych na swojej drodze kettów, Porzuconych lub zbuntowanych ludzi.

W grze znalazło się także miejsce dla trybu sieciowego, jednak nie jest to multiplayer z prawdziwego zdarzenia, a raczej nieskomplikowane misje hordy, które możemy przejść z innymi graczami, ale… nie musimy. Na misję bowiem wysłać można także oddział kontrolowany przez sztuczną inteligencję, który – po upływie określonego czasu – rozprawie się z przeciwnikiem i w nagrodę dostarczy nam nagrody w postaci materiałów czy kredytów będących w grze walutą.

Od strony graficznej Mass Effect wygląda bardzo dobrze, choć planety, które swobodnie możemy zwiedzać wydają się nieco pustawe i pod względem zawartości po prostu nieciekawe. Ponadto, część elementów – przede wszystkim budynków i wnętrz – powtarza się, co nieco psuje ogólne wrażenie. Do tego muzyka przygrywa zbyt rzadko, co w połączeniu z kilkuminutową przejażdżką po rozległej pustyni czy przemierzaniu zalesionych terenów może lekko znużyć. Największą bolączką gry jest jednak strona techniczna, przede wszystkim ilość występujących błędów. Wyraźnie widać, że twórcom zabrakło kilku miesięcy na dopieszczenie i odpowiednie przetestowanie produkcji. W grze często jest się świadkiem zawieszających się animacji czy z nieaktualizującymi się celami misji – na szczęście a wszelkie bolączki w najgorszym wypadku pomaga restart gry. Problemem są też zbyt długie loadingi podczas przemierzania galaktyki, a kilkunastosekundowa sekwencja lotu z jednej planety na drugą, której do tego nie da się pominąć, potrafi zirytować. Twórcy starają się to wszystko łatać, wydając kolejne aktualizacje, i miejmy nadzieję, że wszystkie problemy uda się w końcu pokonać.

Podsumowanie

Najistotniejsze jest to, że Mass Effect pozostał starym Mass Effectem i zachował swój unikalny klimat. Jest to naprawdę bardzo dobry kosmiczny RPG, który twórcy chcieli odświeżyć poprzez dodanie otwartych światów, które dowolnie możemy eksplorować. O ile do tej zmiany nie jestem w pełni przekonany, bo przestrzenie są nieco puste i z szybkiej podróży korzysta się często, tak inne elementy – prowadzenie dialogów, sekwencje strzelane czy rozwój postaci – pozostały na tym samym poziomie, z który pokochaliśmy tę serię. Wspomnę tylko, że to nie pierwszy Mass Effect, a drugi był tym najlepszym, więc nie mogę doczekać się kontynuacji Andromedy. Oby tylko autorzy mieli trochę więcej czasu na jej dopracowanie.

Zostaw komentarz

Na tapecie
The Surge