Recenzja „Medieval Moves: Wyprawa Trupazego”

Jeśli uważnie oglądaliście konferencję Sony na tegorocznych targach E3, powinniście pamiętać prezentację nowej gry przygodowej, tworzonej wyłącznie z myślą o kontrolerze Playstation Move. Wspomniany pokaz powinien zapaść Wam w pamięć również ze względu na prowadzącego, który co chwilę chwalił grającego mówiąc teksty typu dobry strzał, Jeremy czy świetna robota, Jeremy, co brzmiało dość zabawnie. Teraz Medieval Moves zadebiutowało na rynku i możemy przekonać się czy gra jest warta tego, aby tak żywiołowo kibicować osobie trzymającej w ręce różdżkę.

Historia opowiedziana w grze jest prosta i przedstawiono ją za pomocą rysunkowych obrazków wraz z głosami bohaterów w tle. Choć wydawać się to może pójściem na łatwiznę, taka koncepcja pasuje do otoczki produkcji i oglądania cut-scenek nie brakuje. Głównym bohaterem jest młody książę Gerwazy, któremu towarzyszy duch jego przodka, uczący go królewskich manier i zwyczajów a także służący dobrą radą. Niestety, królestwo zostaje zaatakowane przez armię szkieletów, na której czele stoi Morgrimm. Udaje mu się nie tylko zająć zamek, ale również zamienić mieszkańców w szkielety oraz przejąć kryształ o wielkiej mocy, za zamiarem wykorzystania drogocennego kamienia do niecnych celów. Gerwazego przykry los również nie omija, jednak moc rodzinnego amuletu ochroniła jego umysł przed działaniem czarnej magii, dlatego też nie stał się bezmyślnym poplecznikiem Morgrimma. Nie opuściło go nawet poczucie humory, gdyż postanowił, że od tej pory nazywać się będzie Trupazy.

Jak nie trudno się domyślić, główną oś rozgrywki stanowi przebijanie się przez kolejne miejscówki w królestwie (ulice, kuźnia, kopalnie…) w celu powstrzymania agresora i odzyskania klejnotu. Największą zaletą produkcji jest szerokie wykorzystanie kontrolera Move’a, dzięki któremu za pomocą odpowiednich gestów, Trupazy wykonuje poszczególne działania na ekranie. Jeśli graliście w zeszłoroczne Sports Champions odnajdziecie się w sterowaniu jak ryba w wodzie, gdyż za obie produkcje odpowiada to samo studio. Machanie kontrolerem więc odpowiada za ciosy mieczem, przytrzymanie przycisku T i wyjęcie strzały z kołczanu umiejscowionego na plecach pozwala na prucie z łuku, zaś uniesienie Move’a i skierowanie kulki w stronę twarzy oznacza wypicie napoju uzupełniającego zdrowie. Ponadto, można też strzelać shurikenami z prędkością karabinu maszynowego, używać tarczy do ochrony przed atakami, a w niektórych momentach wystrzelić hak, balansować na krawędzi (trzeba wtedy rozłożyć ręce w celu utrzymania równowagi) czy unikać przeszkód poprzez ruchu w odpowiednim kierunku. A co najważniejsze, całą grę można przejść bez oglądania jakichkolwiek tablic czy interfejsów, co z jednej strony wskazuje na małe rozbudowanie produkcji, z drugiej jednak zapewnie prostą i przystępną rozgrywkę. Tak prostą, że tytuł nie oferuje możliwości swobodnej eksploracji plansz a bohater porusza się po sznurku, zatrzymując się w góry zaplanowanych momentach, aby stoczyć walkę czy uruchomić jakiś mechanizm. Z początku trochę mnie to zaniepokoiło, bo przecież nie stanowiło żadnego problemu, aby dać możliwość poruszania się, jednak wraz z postępami w rozgrywce nie przejmowałem się tym faktem i bez zastanowienia eliminowałem wyskakujących na ekranie przeciwników. Niestety, wiąże się to z faktem, że przechodzenie gry po raz wtóry mija się z celem, ponieważ produkcja niczym nie zaskoczy, choć producenci do ponownego przejścia gry zachęcają, umieszczając sporo przedmiotów do odnalezienia i kilka poziomów trudności. Pierwsze podejście starcza jednak na pięć, sześć godzin (w zależności od poziomu trudności), co jak na tytuł przeznaczony wyłącznie dla kontrolera ruchu, jest czasem bardzo dobrym i bez robienia przerw potrafi zmęczyć… fizycznie. Przedłużeniem rozgrywki są wieloosobowe tryby rozgrywki – przy jednym telewizorze lub w sieci – jak odmiana popularnej hordy, czyli odpierania kolejnych fal przeciwników czy obrona jakiegoś celu przed nadciągającymi oddziałami przeciwnika.

Grafika w grze jest ładna i przyjemna dla oka, kolorowa i da się odczuć bajkowy klimat. Modele postaci zrealizowano dobrze, trochę karykaturalnie, podobnie jak ich animacje. Przeciwników, z którymi mierzy się Trupazy, jest kilka rodzajów i zmieniają stylistykę w zależności od lokacji – np. w kopalni walczymy z górnikami a w zamkowych kuchniach z kucharzami. Są szkielety wyposażone wyłącznie w miecz, ich silniejsze i większe odpowiedniki z grubszym pancerzem i tarczą, są też szkielety preferujące walkę dystansową (strzały z łuku czy rzut beczką), nawet latające a także takie korzystające z sił przyrody – ognia czy wody. Na naszej drodze spotkać można również kilku bossów a każdego z nich trzeba pokonać w inny sposób, najczęściej trafiając w czułe punkty, często z wykorzystaniem elementów otoczenia. Choć paleta przeciwników jest w miarę szeroka, niestety, jest również niemyśląca, gdyż każdy rodzaj przeciwnika ma z góry przepisane działania i pozycje, z której atakuje, dlatego też nie ma mowy o przemieszczaniu się wrogów po polu walki. Szkielety przystosowane do walki w zwarciu po prostu napierają na bohatera, zaś te cechujące się walką dystansową chowają się za osłonę, wychylając się w momencie oddania strzału, co skrupulatnie wykorzystać może bohater. I choć wydawać się może, że tak przewidywalne pojedynki łatwo wygrać, siła przeciwnika leży w jego liczebności, gdyż aby jednocześnie atakować mieczem a w między czasie posłać parę strzał z łuku i osłonić się przed pociskami nieprzyjaciela, trzeba jednak trochę sprawności posiadać. Poziomy natomiast są różnorodne, choć czasem monotonne, gdyż kilka razy zdarzyło mi się biec takim samym korytarzem aż dotarłem do zamierzonego celu. Fajnym rozwiązaniem są z rozwidlenia, przy których możemy wybrać, jaką z dwóch ścieżek chcemy pójść, aby dotrzeć do kolejnej lokacji. Ścieżka dźwiękowa produkcji jest klimatyczna i wpasowuje się w konwencję tytułu. Gra posiada też pełną polską wersję językową, zaś głosy postaci zostały dobrane świetnie.

Medival Moves: Wyprawa Trupazego to dobra gra i – o ile pamięć mnie nie myli – pierwsza stworzona specjalnie pod Move, oferująca spójną i ciekawą przygodę. Najważniejsze jednak, że tytuł świetnie wykorzystuje możliwości, jakie daje kontroler ruchu i zapewnia kilka godzin przyjemnej zabawy. Choć tytuł nie ustrzegł się błędów, mam nadzieję, że wkrótce ujrzymy więcej produkcji w podobnej konwencji, nie traktujących Move’a jako dodatku czy zabawki do zbijania wirtualnych kręgli. Wyjmijcie więc kontroler z szafy i wyruszcie na ratunek królestwa, szczególnie, że ratunek nie kosztuje drogo – jedynie 99 zł.

Zostaw komentarz

Na tapecie
God of War Ragnarök