Recenzja „Metal Gear Solid V: Ground Zeroes”

Sos do pizzy jest jej nieodzownym dodatkiem. Czy jednak oznacza to, że powinien kosztować połowę samej pizzy? Chyba nie…

A tak właśnie jest przypadku Metal Gear Solid V, którego Hideo Kojima postanowił rozbić na dwie osobne gry – jednak o ile Phantom Pain będzie wspomnianą pizzą, tak Ground Zeroes jest tylko sosem, czosnkowym albo pomidorowym.

Zacznijmy jednak przyjemnie. Metal Gear Solid V: Phantom Pain będzie świetne! Serio, po ograniu Ground Zeroes nie mam co do tego cienia wątpliwości. Klimat stał się poważniejszy, bardziej dojrzały. Sterowanie Big Bossem jest wygodne jak nigdy dotąd. Czuć po prostu, że steruje się człowiekiem, chociażby podczas strzelania czy walki wręcz. Największą zmianą jest jednak otwartość świata. Gra nie jest już prostym spacerkiem od punktu A do punktu B. Strażnicy mają poprawioną sztuczną inteligencję i nieostrożnego gracza mogą zajść z każdej strony, więc wcześniej warto zrobić rekonesans przy pomocy podręcznej lornetki, dzięki której można zaznaczyć strażników, aby potem przeanalizować ich ścieżki poruszania się. Do tego – pomimo, że jesteś najemnikiem – nie masz przy sobie ani kamuflażu ani pornosów do odwracania uwagi, nie ma nawet legendarnego pudła. Tylko ty, karabin i pistolet usypiający kontra reszta obozu. Dziwne jedynie, że pistolet usypiający działa jak chce i raz uśpi strażnika za pierwszym, a innym razem za trzecim czy za czwartym. Na szczęście na ratunek spieszy tryb Reflex – po zauważeniu przez strażnika gra zwalnia na chwilę, dając szansę na jego wyeliminowanie zanim uruchomi alarm. Szkoda tylko, że naprawdę emocjonującej rozgrywce towarzyszy pytanie: po co?

Misja polega na uratowaniu Chico i Paz. Cele przetrzymywane są gdzieś w obozie Omega na Kubie. Ground Zeroes zawiera sześć misji, wszystkie mają miejsce właśnie we wspomnianym obozie. Fabuła jest przeraźliwie krótka i tak naprawdę niewnosząca nic do uniwersum poza odpowiedzią na jedno pytanie. Zadania poboczne są natomiast pomysłowe, ekskluzywne dla konsol PlayStation misje Deja Vu są fajne, ale jednak wszystko dzieje się w jednej lokacji. Z drugiej strony zadania poboczne pokazują jak wszechstronna będzie pełna wersja gry.

Właśnie – będzie. W Ground Zeroes za mało jest tego, z czego emgieesy słyną, czyli głębokiej historii lub rozwoju postaci. Gdy po godzinie rozgrywki dobrniesz do napisów końcowych, przychodzi ci do głowy myśl, że jest to tylko pokazówka, swoiste tech-demo. Pokazówka tego, co potrafi silnik Fox, czyli tego nad czym pracował Kojima od czasów Metal Gear Solid 4. Szkoda, bo gdyby powiększyć ciut zawartość, zdecydowanie przedłużyć główną misje (np. do rozmiarów misji na tankowcu z drugiego MGS) i nadać jej większej, fabularnej wagi to nikt po ograniu Ground Zeroes by nie narzekał. Trochę dziwi mnie taki skok Konami na kasę,przecież nie tak dawno wydano HD kolekcje MGS.

Graficznie produkcja prezentuje się dobrze, nawet na PlayStation 3. Efekty pogodowe, postacie czy oświetlenie prezentują się zacnie. Dźwiękowo to klasa sama dla siebie, jednakże fanów może zaboleć zmiana głosu głównego bohatera z Haytera na Sutherlanda. Jak wypadł w nowej roli serialowy Jack Bauer? Osobiście sadzę, że nienajgorzej, ale lata przyzwyczajeń do barwy głosu Snake’a zrobiły swoje – czułem się trochę nieswojo.

Podsumowanie

Czy cieszę się, że mogłem zagrać w Ground Zeroes? Tak i nie. Nowa mechanika sprawiła, że nie mogę się doczekać pełnoprawnej piątki, bo tytuł zapowiada się doskonale. Ground Zeroes nie broni się jednak jako oddzielna gra. Kojima zaserwował świetny sos czosnkowy, ale zapomniał o pizzy. A nawet najlepszy sos nie będzie smakował dobrze bez pizzy, prawda?

Zostaw komentarz

Na tapecie
Final Fantasy VII Remake