Recenzja „Naruto Shippuden: Ultimate Ninja Storm 2”

Czas na kontynuację brazylijskiej telenoweli rodem z rysunkowej Japonii. W tym sezonie Naruto dowie się kto jest jego tatusiem, polubi się z żabkami, a jego przyjaźń z Sasuke nabierze całkiem nowego wymiaru. Ręka, noga, ninja, kłoda. Zapraszam więc na recenzję Naruto Ultimate Ninja Storm 2.

O byciu shinobi nie świadczy to, jak żyjesz, ale to jak umierasz. Nie chodzi o to, co się robiło, ale o to, czego dokonało się przed śmiercią….

W ramach przypomnienia: w pierwszej części gry główny bohater Naruto po nieudanej misji polegającej na sprowadzeniu swojego przyjaciela – Sasuke, wyrusza razem z legendarnym ninja Jirayą na 2,5-letni trening, aby przygotować się na walkę ze złą organizacją Akatsuki, która chce zebrać wszystkie ogoniaste bestie w celu zdobycia kontroli nad światem (toż, coś oryginalnego). Dwójka zaczyna się od powrotu chłopaka z tegoż treningu. Tutaj muszę się przyznać, że obawiałem się tego, co autorzy zrobią z fabułą, bo o ile fabuła pierwszej części historii pomarańczowego dresa była spójna i kompletna, tak druga cześć serialu nie jest jeszcze skończona i trwa nadal. Jak się okazało historia jest jednak sprawnie poprowadzona. Twórcy tym razem – w przeciwieństwie do jedynki, gdzie cała fabuła wyjaśniona była w tekstowym wprowadzeniu – stworzyli mnóstwo fabularnych wstawek, dzięki którym łatwiej zrozumieć kto, z kim i dlaczego. Lepiej czuje się obecny w mandze/anime klimat i oczywiście całość nie śmierdzi już taką prowizorką jak miało to miejsce poprzednio. W napisach końcowych widać, że ze studiem developerskim współpracowało studio odpowiedzialne za serię telewizyjną – jak widać przynosi to efekty. Nie ma większych tarć ani zmian w fabule. Fani będą zadowoleni. A nie-fani? Cóż, będą na pewno czuć się trochę zagubieni i zdezorientowani, pomimo usilnych starań twórców, aby tak nie było (zwoje ze streszczeniem historii z pierwszej części rozsiane tu i ówdzie). Ale tak między nami: czy ktoś nieznający Naruto sięgnie po pudełko z grą? Jeśli tak, to zdecydowana mniejszość.

Wspaniale! Mam nadzieję, że się pozabijają nawzajem!

Sercem każdej bijatyki zawsze jest system walki. Nie inaczej jest tutaj. Ekipa z CyberConnect2 nie zawiodła i sprawiła, że obijanie mord jest przyjemne.. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę fakt, że mamy tutaj do czynienia z grą na bazie licencji, więc nie doszukujmy się jakiejś głębi na miarę Tekkena czy Street Fightera.

Na pierwszy rzut oka gra wygląda jak kopiuj-wklej z poprzedniczki. Taka sama klawiszologia, ataki opierające się na energii (czakry), przedmioty ninja, przemiany i potężne specjale okraszone animacją. Jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach, a te szczegóły są tak wyraźne, że odczujemy je już po rozegraniu pierwszego pojedynku. Po pierwsze, pasek energii ładuje się wolniej, postacie wydają się poruszać jeszcze płynniej po polu walki niż wcześniej, dzięki temu gra zyskała strategicznego smaczku. Aby walki nie zrobiły się przez to ślamazarne, autorzy uprościli kombinacje ciosów i zrezygnowali z długich animacji Ultimate Jusu. Teraz animacje są może trochę mniej widowiskowe, ale nie wybijają gracza z rytmu walki.

Wielkiej rewolucji doczekał się system postaci wspomagających, czyli tych, które wzywamy podczas walki po naładowaniu odpowiedniego paska. Przed walką można ustawić, w jaki w sposób mają nas wspierać: czy ich zadaniem będzie przedłużanie combo, bycie tarczą, podczas gdy my zbieramy czakrę, lub w końcu przyjęcie techniki specjalnej przeciwnika na siebie. Aby nie było za prosto – nowinka nie działa od początku pojedynku a dopiero po naładowaniu specjalnego paska współpracy, który podnosi się wraz z używaniem pomocników. Gdy z kolei zapełni się w całości to pojawia się możliwość odpalenia morderczej kombinacji wszystkich trzech postaci. Mały ukłon w stronę fanów – smaczek, polegający na tym, że jedni bohaterowie współpracują z innymi dając bonusy do siły czy obrony. W końcu pojawiło się coś, na czego brak strasznie narzekałem w poprzedniczce: pojedynki jeden na jednego.

Pamiętacie przebudzenia? Moment, w którym postać zmienia się w swoją silniejszą formę na jakiś czas będąc o krok od śmierci? Teraz ten tryb wraca w jeszcze bardziej destrukcyjnej formie. Obecnie nierzadko przebudzone wersje postaci zajmują prawie cały ekran, są potężne jak bomba atomowa i widowiskowe jak hollywoodzki film. Wielka zbroja ciachająca wszystko swoim mieczem? Proszę bardzo. Olbrzymia bestia strzelająca promieniami energii i wgniatająca wroga w ziemię? Pewnie, nie ma sprawy. Oczywiście, przez to siada balans postaci, ponieważ spora część z nich ma słabe przebudzenia i nie może się równać do przeboksowanych bohaterów. Ale za to trzeba winić już autora mangi, że niektóre postacie traktuje po macoszemu.

W Naruto Ultimate Ninja Storm 2 pojawia się w końcu gra po sieci. Są rankingi, można grać też rozrywkowo czy z kumplem. Wyszukiwanie graczy działa sprawnie. Ogólnie rewolucji ani jakiś udziwnień nie ma, ale jest przyjemnie i o to właśnie chodzi.

Chyba jedyną rzeczą, jakiej brakuje mi w NUNS2, jako bijatyce to wielopoziomowe plansze, dzięki czemu walki zyskałyby jeszcze bardziej na efektywności. Może pojawią się w kolejnej części?

Moje życie było pełne porażek…

Cholera. Kocham Japończyków za to, że potrafią popadać ze skrajności w skrajność. W pierwszej części mieliśmy trójwymiarową wioskę Konohy, która wiała pustką i straszyła mieszkańcami – zombie. Teraz za to gracz dostaje rozwiązanie rodem ze starych gier z serii Final Fantasy. Ot, zilustrowany świat mangi przy pomocy pięknych plansz, po których biega się wytyczonym korytarzykiem trójwymiarową postacią – coś na wzór fajnala siódemki. Acha, dzięki temu zabiegowi zyskują mieszkańcy-zombie, którzy na pierwszy rzut oka przybrali na liczebności jak i wydają się żywsi, niestety, dalej robią za chodzące manekiny. Dzięki Bogu z gry wyleciał obowiązek robienia każdego zadania pobocznego w celu posunięcia fabuły do przodu – co było bezsprzecznie największą bolączka pierwszej części. Choć poboczne questy nie zniknęły i są nadal nudne jak flaki z olejem (i tak samo się ciągną), to można je olać i bez większych przeszkód bawić się tylko z fabułą. Niestety, jako, że mamy 2D, które skutecznie eliminuje skakanie i rozbudowaną eksploracje, tak więc następuje wielki powrót zbieractwa, które również jest interesujące jak oglądanie schnącej farby na ścianie i stanowi prawdziwą katorgę.

Najsilniejszym plusem trybu dla jednego gracza jest to, że w trakcie jego trwania bierze się udział w naprawdę świetnie zrealizowanych pojedynkach z bossami, których miedzy nami mówiąc jest o wiele więcej niż pierwszej części. I co dziwne, ilość wcale nie zwyciężyła nad jakością i można śmiało stwierdzić, że te walki są perełką tego trybu jak i gry. Dynamiczne, pełne wodotrysków i QTE, jakich nie powstydziłby się Kratos (ok, ok, przesadzam).

Mniejszym plusem jest fakt, że jeżeli przeżyjesz te japońskie katusze, to odkryjesz, że gra jest napakowana dodatkami od takich oczywistości jak dodatkowe postacie, przez wcześniej wspomniane streszczenie pierwszej części gry oraz łapanie ptaków (które po oswojeniu mogą przynosić jakieś drobiazgi), a na narutowej wersji telefonu komórkowego rodem z GTA IV kończąc. Nie musicie się jednak martwić, że w trakcie jakiejś walki dostaniecie wiadomość Hey, Naruto! Wanna go bowling?. Postacie mają tutaj ciut więcej taktu, hehe. Są jeszcze karty ze scenami z serii i przydomki, które można używać w grze po kablu, jako własnego.

Sztuka jest czymś, co przetrwa z pięknem i gracją. Prawdziwa sztuka jest wiecznym pięknem.

Grafika byłaby cudna, piękna, zapierająca dech w piersiach, gdyby nie jeden szkopuł – krawędzie! Jak można tak zepsuć cała świetną oprawę takim małym, wkurzającym szczegółem? Walki są efekciarskie, rozbłyski świetne, ale ten nieszczęsny aliasing sprawia, że cały czas w głowie kiełkuje myśl, że coś tu nie gra. Jeszcze gorzej jest, gdy chodzimy po pięknie wymalowanych planszach w trybie story, bo wtedy każdy element 3D kłuje niemiłosiernie w oczy. Oczywiście po jakimś czasie idzie się przyzwyczaić, ale HD miało przecież pieścić zmysły, a nie je kaleczyć.

Do muzyki nie mam zastrzeżeń, pasuje do tego, co się dzieje na ekranie telewizora, podkreśla niektóre sceny. Wzorem pierwszej części mamy podwójny dubbing – oryginalny japoński dubbing daje radę, natomiast angielski brzmi trochę sztucznie i radziłbym go używać w ostateczności, gdy kompletnie nie trawisz japońskiego.

Powierzam tobie moją Wolę Ognia…

Kończąc recenzję pierwszej części radziłem, aby autorzy razem z Naruto wybrali się na trening i doszlifowali swoje zdolności. Jak widać ekipa z CyberConnect2 wzięła sobie do serca uwagę i solidnie przepracowała, dzięki czemu dwójka bije poprzedniczkę na każdym kroku. Mimo że Ultimate Ninja Storm 2 wciąż jest pełne niedoróbek i archaizmów to po tym, co tym razem zaprogramowali twórcy – na przyszłość serii można patrzeć ze spokojną głową. Fani tą grą i tak będą zachwyceni, a to chyba było głównym zamierzeniem twórców. Reszta? Może sobie odpuścić, bo nie straci nic przełomowego. Jednak jeśli w wyniku jakiegoś przedziwnego zrządzenia losu płytka ze Stormem 2 pojawi się w czytniku twojej konsoli (ot, zamach ninja) – to daj jej szanse, a nuż, widelec zainteresuje Cię historia o najbardziej nadpobudliwym ninja na świecie – dzielnym Naruto Uzumakim.

Zostaw komentarz