Recenzja „Naruto Ultimate Ninja Storm”

Demon zwący się „Naruto:UNS zaatakował spokojną wioskę „Playstation 3”. Gracze-shinobi powstali, by odeprzeć atak potwora, niestety nieskutecznie. Na pomoc osadzie przybył szlachetny ninja, który po wycieńczającej walce pokonał bestię. Bohater ten zwał się, pierwszy Kikookage – Heviro.

Lubię Naruto, nie potrafię tego sensownie wytłumaczyć, po prostu lubię tą historię opowiadającą o przyjaźni (…„Stałeś się moim najlepszym przyjacielem, Naruto. Muszę ciebie zabić…” ), miłości rodzinnej (..Itachi-braciszku, dlaczego zamordowałeś mamę i tatę?..” ), kolorowych soczewkach ( „Sharingan!”, „Byakugan!” ), z odrobiną niezdrowych zapędów („Sasuke-kun twoje ciało będzie moje” ), ale przede wszystkim o przygodzie chłopaka w pomarańczowym dresie. Manga Masashiego Kishimoto mówi o przezwyciężaniu własnych słabości, walce z coraz silniejszymi przeciwnikami przy użyciu wymyślnych technik (zwanych tutaj Jutsu) i marzeniach do których zawsze trzeba uparcie dążyć .

Złapany w Iluzję Marketingu

Przyznam się szczerze, że gdy oglądałem pierwszą „zajawkę” z Naruto Ultimate Ninja: Storm, wtedy jeszcze znaną pod nazwą kodową PS3 Project, to cholernie mi się gra spodobała. W oczy rzucała się śliczna grafika, płynna animacja i dynamiczne sekwencje walki. W raz z upływem czasu, Namco Bandai serwowało nam kolejne, niekiedy rewolucyjne newsy jak walka w pełnym 3D (wcześniejsze gry z pod Ultimate Ninja były bijatykami 2D), czy tryb Story zawierający całą fabułę pierwszej serii (co brzmiało tym bardziej smakowicie, że zawarcie w jednej grze wydarzeń z przeszło 130 odcinków anime było zadaniem , iście heroicznym). Fanom na całym świecie przed oczami stanęła wyśniona, kompletna gra z pomarańczowym dresem w roli głównej. Marzenia te podtrzymywał fakt, że za grę odpowiedzialny był zespół tworzący poprzednie części serii UN, czyli CyberConect2, więc jest to team zaznajomiony z tematem, wiedzący „o co chodzi” w tym całym bałaganie. W końcu nadszedł wyczekiwany czas premiery, więc można się przekonać, czy nowa gra z Uzumakim jest, jak mówi tytuł, wielkim, potężnym Sztormem, czy tylko burzą w szklance wody.

Ręka, noga, ninja, kłoda

Gra jest na podstawie anime, w którym cały czas ktoś się pierze po gębach, więc łatwo się domyśleć, że w grze zajmować będziemy się tym samym. I na tym polu pierwsza gra z Naruto na konsoli PlayStation 3, nie ma się czego wstydzić. Mimo swojej prostoty (do zadawania ciosów używamy tylko dwóch przycisków: „kółka” i „trójkąta” + „kwadrat” odpowiedzialny za rzut knai’em), walki wyglądają mega-efektownie i odbywają się (przeważnie na trudniejszych poziomach trudności) w zawrotnym tempie. Do tego dochodzą jeszcze wymienione wcześniej Jutsu, które możemy odpalić posiadając wystarczająca ilość Chakry (energii). Techniki dzielą się na dwa rodzaje: słabsze i mocniejsze. Te pierwsze oprócz tego, że zadają mniej obrażeń, to potrzebują mniej chakry niż te mocniejsze, przy których odpala się starannie wyreżyserowana scenka, podczas której możemy podziwiać jak nasza postać, (lub oponent) masakruje przeciwnika. Aby jeszcze bardziej walkę uatrakcyjnić, autorzy dodali też parę ciekawych patentów, takich jak tryb szału bojowego (tutaj zwanego Stormem) i przebudzenie . Szał uaktywni się, gdy bez wytchnienia będziemy okładać ciosami wroga. Postać wtedy zacznie „płonąć”, Chakra zacznie się automatycznie regenerować (normalnie kumulujemy ją przytrzymując „trójkąt”), a nasze ciosy będą zadawać większe obrażenia. O wiele ciekawiej prezentuje się „Przebudzenie”. Otóż gdy nasza postać straci wystarczającego dużo „życia”, w pobliżu paska pokazującego poziom Chakry, pojawia się kula oznajmująca, że możemy ‘’uwolnić siłę” . Nasza postać przechodzi wtedy w stan „Przebudzenia” i przez krótką chwilę jest silniejsza i szybsza. O ile wchodząc w ten stan Naruto, Sasuke czy Rockiem Lee tak naprawdę dostajemy nową postać z zupełnie innym garniturem ciosów, oraz technikami, to pozostała reszta postaci ma tylko wzmocnione ataki. Szczególnie przypadło mi do gustu „Przebudzenie” Itachiego, podczas którego świat na parę chwil zwalnia i staje się czarno biały. Kolejnym fajnym patentem są przedmioty ninja, które możemy używać podczas walki. Jedne służą do ataku (bomby z kunai’ami, wybuchające notki), z kolei inne obniżają szybkość, zatruwają, bądź odwrotnie, potrafią dać sporego kopa naszej postaci (oczywiście na jakiś czas). Daje to możliwość bardziej strategicznego podejścia do pojedynku, przyznam się szczerze, że zabawki nie raz ratowały mi skórę przed niechybną śmiercią. Ostatnia propozycja panów z CyberConnect2 najmniej przypadła mi do gustu. Otóż musicie wiedzieć, że w świecie Naruto, wojownicy formują się w trzy osobowe drużyny i w ramach tych drużyn, szkolą się i wykonują różne misje. W grze przed każdą walką wybieramy sobie oprócz bohatera, którym gramy, dwóch „przydupasów”, których później przywołujemy dzięki L1 i R1. Są całkiem użyteczni i odpowiednio zmontowana drużyna potrafi naprawdę wiele zdziałać, ale czasami człowiek grając z kumplem (albo z konsolą) w „Versusa” chciałby zagrać jeden na jeden, co się niestety nie da i wtedy jesteśmy skazani na walkę w drużynie.
W grze nie uświadczymy możliwości grania przez sieć co, patrząc przez pryzmat frajdy jaką daje granie w Soul Calibura IV przez PSN, jest sporym niedopatrzeniem developera (który tłumaczył się chęcią dopracowania trybu dla pojedynczego gracza, ale o nim za chwilę). Za to jestem pełen uznania dla faktu, że styl walki każdej z 25 postaci został bardzo dobrze odwzorowany w grze. Tak więc grając jakimś wymiataczem np.: wielokrotnie już wspomnianym Itachi’m, czujemy tą siłę, szybkość i ogólną moc, z kolei grając np.: Shikamaru musimy się sporo napocić, by posłać przeciwnika na dechy. Oczywiście ucierpiał na tym balans postaci, ale to nie Tekken czy Virtual Fighter, gdzie wszystko musi być wyważone.

Wioska Ukrytego Liścia to wejście do Matrixa

Autorzy stworzyli niezły silnik, teraz wystarczyłoby dać jakikolwiek tryby story i online, masę rzeczy do odblokowania, nowe ciuchy, bronie, ciosy, jakieś urywki z anime, bonusowe postaci, ukryte filmy czy cokolwiek innego, na wzór normalnych bijatyk np. Tekken’a czy Soulcalibur’a. Niestety developer na siłę chciał czymś graczy zaskoczyć i skupili się na trybie, w którym nie tylko będziemy mogli zwiedzać Konohę (albo Hiden Leaf Village -Wioskę z której pochodzi Naruto, Sasuke i reszta paczki), ale poznamy fabułę z całej pierwszej serii Naruto. Tryb zwany: „Ultimate Mission Mode”, miał nam urwać głowę, a co robi? Usypia po 2, 3 godzinach. Teoretycznie plan był ambitny, mamy otwartą przestrzeń jak w GTA, możemy sobie poskakać po budynkach, porozmawiać z napotkanymi NPC, wykonywać misje fabularne (podzielone na 4 rozdziały), do tego wykonywać śmieszne misje poboczne. Niestety żaden, a napisze to jeszcze raz by nikt tego nie przeoczył – ŻADEN z wyżej wymienionych założeń, nie został zrealizowany w należyty sposób. Sama mieścina wygląda strasznie ponuro, może i jest taka jak w na filmach, ale w serialu do jasnej ciasnej po ulicach nie chodziły zombie! To jest naprawdę depresyjne, gdy widzisz chłopczyka bawiącego się z kotkiem, podchodzisz do niego, ba! wpadasz na niego, a on nic. Jak głaszcze, tak głaszcze, nic nawet nie odpowie na zaczepkę. Tak zachowują się prawie wszystkie postacie jakie napotkasz, nie licząc tych, którzy dostali linijkę tekstu. Przeważnie są to tacy, którzy zlecają (tutaj uwaga) OBOWIĄZKOWE zadania poboczne! Mądre główki japońskich developerów wymyśliły sobie, że musimy przejść odpowiednią liczbę sub-questów, by odblokować misje fabularne. Oprócz zadań, w których musimy walczyć według określonych zasad: jak pokonanie przeciwnika przy pomocy „jutsu”, lub zaaplikowaniu mu 16-sto uderzeniowego combosa, autorzy dali nam tak wspaniałomyślne zadania jak zabawa w chowanego, zniszczenie ileś tam sztuk dekoracji, przejście X kroków, lub granie odpowiednią ilość czasu. Męczyłem się niemiłosiernie przechodząc te misje, niczym pierwszoklasista czytając „Pana Tadeusza”, mając nadzieje, że misje fabularne wynagrodzą mi mój trud. Jakże wielkie było moje zdumienie, gdy okazało się, że różnią się one tylko tym od zadań pobocznych, iż przed walką mamy kartkę z „pamiętnika” Naruto. No bonus, life is brutal. Nie ma filmiku poprzedzającego walkę, mamy tylko parę pustych zdań i tyle. Dopiero na końcu każdego z rozdziałów czeka nas walka z Bossem, która naprawdę jest bardzo dobrze zrealizowana, coś na wzór tych z God of War. Gracz ma się tyle męczyć dla tych czterech walk? Kompletna głupota i strata czasu. Jeszcze, gdyby autorzy odwzorowali dokładnie historię z telewizyjnego Naruto, to bym powiedział, że zrobili jak zrobili, ale wywiązali się z tego co obiecali. Rozumiem, że niektóre akcje mogły być przemodelowane aby było bardziej widowiskowo, ale po co wywalać niektóre fragmenty? Panowie developerzy wrzucili mi taki kwiatek, że zbierałem się dobre 10 minut! Otóż tam, gdzie oryginalnie w anime występuje 5-ciu złych, dali nam jednego, który jest chyba nieśmiertelny, bo walczymy z nim z 6 razy. O , olaniu całego początku historii , nawet nie będę wspominał. Gratuluje autorom inwencji twórczej. Ogólnie cały tryb to jedna wielka kpina.

„Zobacz niesamowitą grafikę HD, która jest lepsza niż w anime.”

Takie zdanie możemy przeczytać na pudełku z grą, czy jest ono prawdziwe? Hmm… zważając, że Naruto nigdy nie słynął z pięknej kreski, to Ultimate Ninja Storm jest naprawdę ładne. Postacie niewiele ustępują bohaterom z serialu, czy to sposobie poruszania czy wyglądem, do tego dochodzą świetne efekty podczas walk, wgniatające w fotel animacje jutsu, ba! nawet, filmy występujące w znikomej ilości mają jakiś magnez w sobie. Niestety reszta zawodzi: posępna Wioska Ukrytego Liścia, wyglądająca jak dom przed rozbiórką, czy areny, które są puste i wydają się być płaskie, mimo, iż autorzy sprytnie wybrali takie miejsce walk by jak najbardziej naturalnie wyglądały ograniczenia. Szkoda, wystarczyłoby dodać wielowymiarowe plansze i od razu wszystko wyglądałoby lepiej.
Rzadko opisuje ścieżkę dźwiękową, przeważnie wychodzę z założenia, że jeżeli mi nie przeszkadza podczas grania, to jest dobrze i nie ma o czym pisać. Teraz muszę zrobić wyjątek. Podczas premiery kreskówki Naruto, recenzenci i fani chwalili świetną ścieżkę dźwiękową. Połączenie ludowych motywów z instrumentami rockowymi dało piorunującą mieszankę. A co zrobiły mądre głowy z Namco Bandai? Zapłaciły pewnie nie małe pieniądze za nową ścieżkę dźwiękową, która jest kiepska i nawet się nie umywa do tej z oryginału. I po co? Czy nie lepiej byłoby za te pieniądze zatrudnić więcej programistów, by ci mogli dopracować produkt? Całość ratuje podwójny dubbing, już od samego początku możemy wybrać japoński, co dla fanów jest bardzo ważną kwestią.

„Do zobaczenia za dwa i pół roku, Naruto”

Poznęcałem się nad grą okrutnie, a i tak wiadomo, że się sprzeda. Fani posiadający tylko PlayStation 3 i tak kupią, bo alternatywy na tę chwilę nie ma. Tym bardziej, że gra naprawdę wygląda porządnie, a i sama walka jest sympatyczna. Niestety grze brakuje tej iskry, jakiegoś pomysłu, czegoś co by trzymało gracza przy konsoli. Pod koniec wydarzeń pokazanych w grze, Naruto razem z Jirayą wyruszają na dwu i pól letni trening. Mam nadzieje, że razem z nimi pójdą potrenować swoje programistyczne rzemiosło goście z CyberConnect 2 , a kolejna gra spod znaku Naruto: Ultimate Ninja Storm, będzie naprawdę dobrą pozycją. Na razie tylko dla fanów.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Dragon Ball Z: Kakarot