Recenzja „Need for Speed”

Need for Speed obecny jest na rynku od przeszło dwudziestu lat, a od 1997 roku seria o nielegalnych wyścigach, tuningu i ucieczkach przed policją ukazywała się rokrocznie. W zeszłym roku – w wyniku co najwyżej zadowalających ocen odsłon Rivals, Most Wanted czy The Run – postanowiono zrobić przerwę, aby dokonać rebootu serii i stworzyć grę, która przypomni graczom najlepsze części, z Undergroundem na czele.

Bohaterem nowego Need for Speeda jest sam gracz, który jako kierowca z aspiracjami przyjeżdża do Ventura City w celu uzyskania szacunku wśród tutejszego światka nielegalnych wyścigów, a jednocześnie zarobienia na tym sporcie niemałych pieniędzy. Od razu po włączeniu gry zostajemy zapoznani ze Spikiem, naszym nieformalnym przewodnikiem, który przedstawia nas swoim znajomym – ślicznej Robyn, zafascynowanej tuningiem Amy oraz lubującego się w driftowaniu Manu. To właśnie oni podczas rozgrywki podrzucają graczowi cynki dotyczące tego kto i gdzie się ściga. Informują o tym za pomocą telefonu, co nie raz przybiera formę lekkiego stalkingu. Bardzo fajnie zrealizowano scenki przerywnikowe, które nie są renderowane, a filmowane z perspektywy pierwszej osoby, a we wspomnianych wyżej bohaterów wcielili się aktorzy.

Pomimo, że zdaję sobie sprawę, że warstwa fabularna w ścigałce nie jest najważniejsza, ta w najnowszej grze studia Ghost jest tylko tłem dla rozgrywki i nie śledzi się jej z zapartym tchem. Po prostu mamy być najlepszym kierowcą w mieście i wygrywać wszystkie zawody, a fabularne klipy ogląda się tylko z konieczności. Zabrakło mi dreszczyku emocji, który mogliśmy poczuć, kiedy udało nam się pokonać w uczciwej walce największych kierowców w mieście. Podczas rozgrywki spotykamy co prawda Magnusa Walkera, Kena Blocka, Risky Devila, Morohoshiego-sana oraz Nakai-sana – czyli prawdziwych kierowców, którzy wystąpili gościnnie w grze – ale pojedynki z nimi nie dostarczają dużo więcej satysfakcji niż zwykły, zwycięski przejazd.

Aby zostać najlepszym z najlepszych trzeba królować w pięciu kategoriach – prędkości, stylu jazdy, umiejętności współpracowania z członkami ekipy, tuningu oraz posiadać umiejętność znikania z policyjnych radarów. Każdy nasz przejazd jest oceniany względem tych kryteriów, co przekłada się na punkty REP, które z kolei podnoszą poziom doświadczenia pozwalający na odblokowywanie trudniejszych wyścigów i kupowanie lepszych podzespołów dla naszych samochodów. System rozwoju jest bardzo prosty i czytelny, a poziomy wpadają jak szalone, co daje poczucie, że z każdą wygraną jesteśmy coraz mocniejsi i coraz bardziej popularni w środowisku.

Standardowo, jak na serię i gry wyścigowe ogólnie przystało, jeździć możemy w kilku rodzajach zawodów – ściganiu się z punktu A do punktu B, robieniu okrążeń, jeździe na czas oraz popularnym driftowaniu. Część z nich rozgrywamy razem z członkami ekipy i musimy z nimi współpracować, aby np. nabijać punkty w drifcie – polega to na tym, że trzeba wchodzić ślizgiem w zakręty w asyście kompanów, co oznacza, że w zależności od sytuacji trzeba ich gonić lub czekać na nich, aby z sukcesem zaliczyć przejażdżkę. Na szczęście sztuczna inteligencja kompanów działa dobrze i dostosowuje się do stylu jazdy gracza. O ile jednak jest to zaleta w przypadku jazdy z ziomkami, podczas ścigania się z oponentami może to lekko zirytować, bo zaciera nieco rywalizację. Kiedy jedziemy bezbłędnie i szybko, przeciwnicy – niezależnie od posiadanych pojazdów – dotrzymują nam kroku, a w momencie kiedy gdzieś się rozbijemy zwalniają, abyśmy mieli jeszcze szansę ich dogonić, co – przynajmniej na początku – znacznie ułatwia rozgrywkę. Na szczęście w dalszej fazie rozgrywki jest już trochę trudniej i po dzwonie czy wykręconym bączku nasz szanse na zwycięstwo znacznie maleją.

Na początku rozgrywki wybrać możemy sobie jeden z trzech samochodów – Hondę Civic, Forda Mustanga oraz Subaru BRZ. Auta sprawdzają się w pierwszych kilkunastu przejazdach bez zarzutu, ale potem wypada przesiąść się na coś lepszego. Z tym nie ma problemu, bo kasy zarabia się naprawdę dużo i już po kilku wyścigach stać nas na samochód średniej klasy. A wybierać jest w czym – autorzy przygotowali przeszło 30 samochódów, poczynając od słabiutkiego Volvo z 1975 roku a kończąc na superszybkim Lamborghini Aventador. Najistotniejsze jest jednak to, co znajduje się pod maską, a możliwości modyfikacji jest naprawdę całkiem sporo. Oprócz zwiększania mocy silnika, należy pamiętać także o podzespołach odpowiedzialnych za sposób zachowywania się samochodu na drodze. W zależności od doboru opon, hamulców czy sprzęgła nasze auto może się albo bardziej ślizgać, co wskazane jest przy driftowaniu albo bardziej stabilnie przylegać do asfaltu, zmniejszając ryzyko wpadnięcia w poślizg, ale znacznie wolniej wchodząc w zakręty. Duże znaczenie mają tu co prawda umiejętności gracza, ale – choć system jazdy jest w pełni zręcznościowy – czuć różnicę zachowania się pojazdów w zależności od montowanych części. Dla osób, które nie lubią grzebać pod maską istnieje jeden, uniwersalny suwak, dzięki któremu – przesuwając go w lewo lub w prawo – wybieramy czy auto ma się lepiej prowadzić czy lepiej driftować. Zmieniać można także wygląd pojazdów, dobierając kolor i rodzaj lakieru, montując spojlery, felgi, błotniki czy nową maskę. Niestety, zabrakło mojego ulubionego bajeru ze starszych Need for Speedów – neonów pod podwoziem, ale na szczęście jest nitro.

Skojarzenia z Undergroundem i spółką nasuwają się podczas przejażdżki po mieście, nad którym nigdy nie świeci słońce. Rozgrywka odbywa się tylko wieczorami i w nocy, jak na nielegalne wyścigi przystało – po zmroku ruch jest mniejszy, a przed policją znacznie łatwiej uciec. Warto podkreślić, że ucieczka przed glinami to nie jedyny sposób na pozbycie się ścigających nas radiowozów czy ominięcie porozstawianych blokad. Można też… zapłacić mandat, którego wartość wzrasta wraz z czasem trwania pościgu. Ventura City nie jest dużą metropolią, ale nie zabrakło w niej miejsca zarówno na port czy magazyny, jak i bogatszą dzielnicę z widokiem na centrum lub kręte, górzyste drogi. Oprawa graficzna tytułu jest dobra, choć graficy mieli ułatwione zadanie ze względu na panującą na niebie ciemność. Najważniejsze są jednak samochody, a te wymodelowano bardzo dobrze, ale brakuje widoku z kokpitu i zaawansowanego systemu zniszczeń. Ścieżka dźwiękowa z kilkoma mocniejszymi bitami, jak i nieco spokojniejszymi, popowymi kawałkami wpasowuje się w klimat rozgrywki, ale i tak najlepiej słucha się ryku silnika.

Gra posiada także tryb sieciowy – po naszym mieście czasem jeżdżą sobie inni gracze, a my możemy przyłączyć się do ekipy i ścigać się wraz ze znajomymi. Jest jednak gorsza wiadomość – aby grać trzeba być stale połączonym z internetem. Kiedy nagle stracimy łączność lub Electronic Arts przeprowadza na serwerach konserwację, rozgrywka, nawet samotna, nie jest możliwa. Już kiedyś Microsoft chciał wprowadzić podobne rozwiązanie z swoim Xboxie ONE, ale pod ogniem krytyki się wycofał, a teraz Need for Speed nie tylko próbował wejść do tej samej wody, ale zanurzył się w niej po szyję. Nie rozumiem implementacji tego rozwiązania, szczególnie, że w ścigałkę gra samemu również sprawia frajdę, a nie zawsze ma się stały dostęp do sieci. Z koniecznością stałego dostępu wiąże się jeszcze jeden kłopot – niemożność zapauzowania rozgrywki, nawet podczas fabularnego wyścigu, więc jeśli zaswędzi nas nos musimy z tym faktem wytrzymać do linii mety.

Podsumowanie

Tegorocznego Need for Speeda nie można ochrzcić Undergroundem 3. Nie tak łatwo jest bowiem dorównać legendzie. Gra studia Ghost posiada, co prawda, naleciałości undergroundowego klimatu, ale jest tylko dobrą grą, która cierpi przede wszystkim na momentami dość powtarzalną rozgrywkę, niepotrafiącą zaciekawić fabułę oraz wymaga stałego połączenia do sieci, co niektórym może wręcz uniemożliwić rozgrywkę. Jeśli jednak potrzebujecie zastrzyku wyścigowej adrenaliny, a przy okazji lubicie tuningować fury to w nowym Need for Speedzie na pewno będziecie się dobrze bawić, ale tylko przez 15 godzin, bo po skończeniu głównego wątku w Ventura City nie ma za bardzo co robić.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Star Wars Jedi: Upadły zakon