Recenzja „Need for Speed: Hot Pursuit”

Nowy Need for Speed z piskiem opon wkroczył do czytników naszych konsol. Czy dziecko studia Criterion przywraca dawny blask ponad 15 letniej serii? Na odpowiedz na to pytanie zapraszam do recenzji. Według Googla światowy rekord najdłuższego pościgu samochodowego trwał niespełna dwa dni, zaczął się w Niemczech, ciągnął się przez nasz piękny, nadwiślański kraj i zakończył na Ukrainie. Ponad 1000 kilometrów zaciekłej, nieprzerwanej gonitwy. Nie mam bladego pojęcia jak sie nazywali uczestnicy tego „maratonu”, ale wiem jedno – nowa gra spod szyldu NFS z pewnością przypadłaby im do gustu.

Do Hot Pursuit przysiadłem tuż po solidnej sesji z Gran Turismo 5. Przesiadka z dzieła Polyphony Digital na, bądź co bądź, arcadowego NfS’a okazała się dla mnie początkowo cholernie bolesna. Pierwsza myśl po odbyciu pierwszego wyścigu? „Boże, jak ta gra zapierdziela!”. Tak, drogi Czytelniku. Need for Speed jest szybki. Cholernie szybki. Dla sim-racerowych purystów widok samochodu wchodzącego w zakręt z prędkością rzędu 250 km/h może się okazać istną profanacją. Jeżeli zaliczasz się do tej grupy docelowej, to dzieło ojców Burnout’a nie jest dla Ciebie. Kręcić nosem będą też miłośnicy „Za-szybko-wciekłowej” otoczki jaka towarzyszyła serii przy okazji odłamów Need for Speed: Underground czy Carbon. W grze nie ma możliwości przyozdobienia swej odpicowanej fury setką tysięcy nalepek. Zamiast autosculpta jest autolog. Zamiast „bling-blingu”, kwintesencja samczej rywalizacji.

Sam rdzeń racera Criterion jest prosty niczym konstrukcja cepa. Ot, autorzy – hołdując zasadzie „pure and simple” – postanowili zrobić grę w gruncie rzeczy prostą, lecz nie prostacką. Nie uświadczymy tu więc wyścigowego free-roamingu znanego chociażby z ostatniej odsłony Burnout’a. I bardzo dobrze. Oddano nam możliwość stanięcia po dwóch stronach barykady – jako szlachetny stróż porządku i prawa oraz jako uzależniony od adrenaliny amator ogromnych prędkości, łamiący przepisy kodeksu drogowego gdzie tylko się da. Jeżdżąc jako gliniarz odblokowujesz misje policyjne, zasiadając natomiast za sterami wozów „uciekinierów” – misje przeznaczone dla nich. Za udział i wygraną w eventach (odpowiednio: brąz, srebro, złoto) zbieramy punkty, za które z czasem zdobywamy nowe fury. Wraz z postępem w grze odblokowujemy dostęp do specjalnych narzędzi charakterystycznych dla każdej ze stron konfliktu. Początkowo jest to zaledwie rozsuwana kolczatka, z czasem jednak w nasze ręce zostają oddane takie cuda jak EMP (impuls elektromagnetyczny), czasowe turbo, zakłócenia systemów, wsparcie helikoptera czy blokady. Ich użycie zostało przypisane pod klawisze „krzyżaka”. Razi natomiast małe zróżnicowanie owych „power-upów” po stronie policjantów i uciekinierów. Autorzy mogliby pokusić się o stworzenie zupełnie innych systemów dla każdej z „frakcji”. Był potencjał w tej kwestii na większą różnorodność, a panowie z Criterion nie do końca go wykorzystali.

Aspektu „ekonomicznego” znanego chociażby z serii Gran Turismo w Hot Pursuit nie uświadczymy, podobnie zresztą jak możliwości pogrzebania w silniku, nadwoziu i ustawieniach auta. Nowe samochody pojawiają się w naszym garażu po prostu za wygrywanie kolejnych wyścigów. Ot, bez specjalnego skomplikowania. Czysty arcade.

Sam model jazdy już taki prosty i łatwy nie jest. Owszem, podstawy prowadzenia aut opanujesz po jakiś 10 minutach z grą, ale by uzyskać jak najlepsze wyniki, trzeba nowemu NfS’owi poświęcić trochę czasu. Prawdziwą sztuką jest dobre wejście w zakręt. Drift w tej grze wymaga manualnej zręczności i nie raz będziesz konfrontował swoja brykę z pobliską bandą zanim dojdziesz do perfekcji. Czuć, że auta w nowym Hot Pursuit ważą swoje i jakby niechętnie wchodzą w zakręty, boleśnie każąc za każde niewłaściwe wychylenie gałki analogowej. Owszem, w poślizg furę wprowadzić jest stosunkowo łatwo, lecz wyjście z niego – nie tracąc przy tym prędkości to już inna para kaloszy. Chociaż początkowo model jazdy wprawiał mnie w stan frustracji, tak z czasem zacząłem czerpać z niego nielichą satysfakcję.

Akcja gry toczy się w fikcyjnym hrabstwie Seacrest, które pewnikiem wzorowane było na wybrzeżu Kalifornijskim. Ponad 160 km dróg i autostrad, to obszar na którym można się „wyszaleć”. Autorzy chwalą się, że wspomniane hrabstwo rozmiarami przewyższa Paradise City z ostatniego Burnouta aż czterokrotnie. Rzeczywiście oddano nam ogromne połacie terenu, setki ciągnących sie malowniczo dróg i autostrad. Co ciekawe za otoczenie obecne w grze odpowiada DICE, deweloper znany chociażby z serii Battlefield. Wspomniana szwedzka ekipa odwaliła tu kawał świetnej roboty. Otoczenie prezentuje się wprost fenomenalnie, jest malownicze i dość zróżnicowane. Cieszy obecność zmiennej pory dnia i nocy, świetnie odwzorowane efekty pogodowe i oświetlenie. Malkontenci przyczepią się zapewne do kompletnego braku miast, ale ten szkopuł kompletnie mi nie przeszkadzał. Widok Lamborghini Gallardo sunącego po górskich serpentynach w deszczu wynagradza wszystko i od razu wrzuca uśmiech satysfakcji na twarzy.

Co do samochodów natomiast – do dyspozycji oddano nam ponad 60 licencjonowanych bestii od Subaru, Porsche, po wspomnianego Lamborghini czy Pagani Zonda. Jest w czym wybierać, aczkolwiek boli brak chociażby jednego modelu Ferrari. Czerwone auta spod szyldu czarnego konia na żółtym tle idealnie wpasowałyby się w needforspeedową otoczkę. Całkiem prawdopodobnie, że autorzy szykują DLC w tym temacie – zupełnie tak jak to miało miejsce w przypadku Shifta. Cóż, polityka firmy, w końcu to EA ;). Samo wykonanie aut stoi na bardzo wysokim poziomie. Autorzy zadbali o takie szczegóły jak widok tarczy hamulcowych czy kratkowane siatki na przednim „grillu”. Fakt faktem wizualnie samochody w nowym dziele Criterion nie prezentują maniakalnego wręcz przywiązania do detali, z jakim wykonane zostały samochody Premium w GT5, ale nie są też od nich znacząco brzydsze. Efektowniej niż w dziele Polyphony prezentują sie natomiast uszkodzenia. Criterion to firma znana z fantastycznego wręcz odwzorowania zniszczeń i nie inaczej jest w tym tytule. Odpadające zderzaki, wgniecenia blachy czy spektakularne koziołkowanie aut w trakcie kras to tu chleb powszedni. Nie można co prawda wkomponować swego auta np. w okoliczny słup, aczkolwiek model zniszczeń prezentuje tu więcej niż okazały poziom. Totalnej „burnoutowej” rozwałki jednak nie ma, zapewnie ze względów licencyjnych. W kwestii grafiki nie mogę pominąć delikatnego aliasingu. Ząbkowanie stanowi swoistą „rysę na diamencie” piękna oprawy wizualnej Hot Pursuit, chociaż przy ogromnych prędkościach nie rzuca się tak mocno w oczy.

Największą zaletą, jeżeli chodzi o gameplay nowego NFS’a jest tak zwany „Autolog”. Aspekty community pojawiały się już w innych tytułach wyścigowych (vide Bernout: Paradise) natomiast nie na tak szeroką skalę, jak w latorośli Criterion Games. Najłatwiej przyrównać ów tryb do… Facebook’a. Największą frajdę będą czerpać z niego osoby, które mają dużo znajomych na PSN, jednocześnie szarpiących w Hot Pursuit. Syndrom „jeszcze jednego wyścigu” można tu podnieść do kwadratu. Tryb ten prowadzi swego rodzaju leaderboardy czasów wśród ludzi z Twojej friend listy. Wystarczy, że któryś z nich pobije Twój czas na danym odcinku, a Autolog automatycznie Cię o tym poinformuje. Co najlepsze – niemal za naciśnięciem jednego guzika możesz przysiąść do próby poprawienia czasu kumpla, któremu wydaje się, że jest lepszy. Z naciskiem na „wydaje się” :). Nie muszę chyba dodawać, że masakrowanie wyników znajomych z możliwością dodania doń komentarzy, uzależniają bardziej niż pewne „przedmioty kolekcjonerskie”. Autolog potrafi przykuć do konsoli na długie godziny i znacznie podnosi żywotność nowego Need for Speed’a. Zaskakujące, że nikt przed chłopakami z Criterion Games nie wpadł na podobny patent. Proste i genialne zarazem.

Słów kilka o multiplayerze. Miłośnicy kanapowego grania mogą czuć się nieco zawiedzeni. Ekipa z Criterion Games nie przewidziała w swym nowym dziele split-screen’a dla dwóch graczy. Tendencja w branży coraz częstsza, ot developerzy najwidoczniej wolą się skupić na aspekcie dopieszczania on-linowego multi, który w Hot Pursuit jest kapitalny. Brak trybu podzielonego ekranu mimo wszystko smuci i poczytuję go jako istotną wadę tego tytułu. Sama rozgrywka online jawi się jako smakowity kąsek multiplayerowego wygrzewu. Najciekawiej prezentuje się tryb „gliniarze versus przestępcy” dla ośminu graczy (po czterech dla każdej z frakcji), nic nie stoi też na przeszkodzie by siedmiu amatorów okrągłych donatów skierowało swe wirtualne radiowozy w pościgu za jednym uciekinierem. Jest sycąco i adrenalinopędnie, jak na porządnego arcade-racera przystało.

Hot Pursuit, to póki co najlepszy Need For Speed w jaki miałem okazję zagrać. Jest szybki, piękny, a funkcja Autolog potrafi wycisnąć z tej pozycji ostatnie soki. Chłopaki z Criterion Games po raz kolejny udowodnili, że nie bez powodu przylepia im się metkę jednych z najlepszych developerów w branży.

Zostaw komentarz